Literaturą fantazjuje się całkiem przyzwoicie, nawet jeśli jej fabuły zwodzą nas, a nawet pakują w pospieszny pociąg i wywożą na manowce rzeczywistości. Lubię sobie pofantazjować, gdy to, co sobie wymyślam, wiąże się z historiami, które kiedyś przeczytałem – dajmy na to – w wannie. W wannie, co wie każdy, czyta się czasem bardzo dobrze, a czasem okropnie – zwłaszcza, gdy nieco za ciepła woda sprowadza otumanienie i senność. Wraz z nimi pojawiać się mogą różne widziadła i inne asamblaże, które znoszą upierdliwy podział na to, co prawdziwe, i na to, co na pewno takie nie jest. A więc: fantazjowanie literaturą jest fajne. Ale może być także szkodliwe, co przekonująco prezentują siostry Maria (dramaturgia) i Zofia (reżyseria) Gustowskie w spektaklu „Katarzyna, czyli o szkodach, jakie przynosi czytanie powieści”.
Nie mamy wystarczających informacji, by stwierdzić, czy Katarzyna Morland, bohaterka „Opactwa Northanger” Jane Austen czytała swoje ukochane powieści w wannie. Odpowiedzi na to pytanie nie dostarcza nam także zrealizowane na podstawie tej prozy przedstawienie Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Jest jednak w powieści odnosząca się do lektury scena, w której podekscytowana Katarzyna wyznaje, że sięgnęła po „Tajemnice zamku Udolpho” Ann Radcliffe, gdy tylko otworzyła oczy. Nic dziwnego: to dobra, wciągająca powieść – tym lepsza, im gorliwiej pochłaniana jest przez czytelnika. A trudno o lepszą porę na lekturę gotyckiej kobyły niż chwila tuż po przebudzeniu, kiedy jeszcze żaden z otaczających nas przedmiotów nie nabrał swoich oficjalnych kształtów. Po entuzjazmie, który książka ta wzbudza wśród rówieśników Katarzyny, można tylko domyślać się, jakie były warunki ich czytelniczych uniesień. Myślę, że ktoś mógł czytać ją w wannie. Nie bez powodu hasło „Udolpho” rozpala w ekscytacji oczy Austenowskiej młodzieży. To tytuł, który pozwala zafascynowanym literaturą osobom rozpoznać się w tłumie i oddzielić od tych, którzy nie podzielają zachwytów nad podobnymi powieściami: tych, którzy czytanie literatury uważają za stratę czasu, uważając, że nie przedstawia ona prawdziwego świata. Zresztą, jak wyjaśnia sceniczne wcielenie Katarzyny (Zofia Bąk), najlepszym testem każdej nowej znajomości jest sprawdzenie, czy poznana osoba czyt te same książki, co ty.
„Katarzyna, czyli o szkodach, jakie przynosi lektura powieści” należy do dość rzadkiego gatunku „wiernych i pięknych” teatralnych adaptacji literatury. Przy tym – co wydaje się największą zaletą legnickiego przedstawienia – nie tylko sprawnie wydobywa ono najbardziej interesujące sensy nieobecnej wcześniej na deskach polskiego teatru powieści Austen, ale też celnie je aktualizuje. Katarzyna, dziewczyna niczym specjalnym się niewyróżniająca (być może poza wyobraźnią i obsesyjną pasją do gotyckiej literatury), na zaproszenie przyjaciółki domu, Pani Allen (Małgorzata Urbańska), jedzie na sześć tygodni do uzdrowiska w Bath. Poznaje tam trochę tak zwanego wielkiego świata, uczestniczy w balach i próbuje znaleźć swoje miejsce w dobrym towarzystwie. Zdobywa też serca nowych przyjaciółek i zawraca w głowach kilku absztyfikantom. Na zaproszenie jednego z nich wyrusza do jego rodzinnego domu – tajemniczego i mrocznego opactwa w Northanger. Ktoś złośliwy mógłby się żachnąć, że „Opactwo…” czy „Udolpho” to jedynie urocze ramotki, którymi wzruszają się raczej młodociane czytelniczki (jakby było w tym coś złego), jednak siostry Gustowskie wykorzystują te tytuły, subtelnie i zgrabnie operując nienachalnym mariażem archaicznego kostiumu i współczesnej kompozycji.
Aktualizacja historycznej opowieści wydaje się zaskakująco łatwa, ponieważ niezależnie od tego, jak dumni jesteśmy z technologicznego i kulturowego postępu, pewne nasze zachowania i głupotki nie zmieniają się tak, jak zmienia się otaczająca nas rzeczywistość. Owszem, Katarzyna ugrzęzła w gotyckich fantazjach jak sarna w krzakach malin, ale czy nam nie zdarza się to samo pod wpływem różnych fikcyjnych scenariuszy? Dramaturgia Marii Gustowskiej wydobyła z powieści Austin fragmenty będące diagnozami dobrze nam znanego fantazjowania, w którym i dzisiaj opieramy się na – często naiwnych – kliszach. Ten sprytny zabieg sprawia, że niepotrzebne staje się wprowadzanie jakiegokolwiek rekwizytu nowoczesności, aby czytelnie do niej nawiązać. Czasem nawet przekornie odwracana jest tendencja aktualizowania – w pierwszej scenie spektaklu bohaterka zamienia swój współczesny strój codzienny na suknię z epoki, która w kontekście opowieści o fantazjowaniu wydała mi się bardziej wymownym i aktualnym kostiumem niż powyciągany dres. Najcenniejsze okazują się jednak przemycone w kompozycji spektaklu struktury narracyjne i prezentacje problemowe, które odsyłają nas do współczesności (udramatyzowanie wymiany listów w formie bliskiej musicalowi czy klamra kompozycyjna uwydatniająca niejednoznaczną relację bohaterki z matką). W kreowanym tak obrazie możemy, jako widzowie, przejrzeć się, a czasem nawet rozpoznać. I śmiać z samych siebie.
„Katarzyna…” to spektakl bezpretensjonalnie zabawny i lekki. Siostrom Gustowskim udało się wydobyć z tekstu Austen to, co może bawić nas dzisiaj, a świetny zespół legnickiego teatru dobrze wyczuwa tempo żartu. Bąk z czułością i swobodą kreuje tytułową postać, a partnerujący jej Arkadiusz Jaskot (Henryk Tilney) i Paweł Palcat (Jan Thorpe) dobrze sprawdzają się zarówno w rolach amantów, jak i rywalizujących ze sobą samców (czasem wręcz dosłownie przybierając pozy kogutów). Małgorzata Urbańska (Pani Allen), Paweł Wolak (Generał Tilney) czy Anna Sienicka (Izabela Thorpe) potoczyście oddają koturnowe idiolekty swoich postaci. Aktorzy i aktorki dobrze odnajdują się w konwencji teatralnego flirtu z kostiumowością i tradycyjną formą teatru dramatycznego, ale też – sprawnie utrzymując niezłośliwy, choć ironiczny dystans – nie popadają w katorżniczą przesadę. Widziałem podobnie pomyślane spektakle, których obsada walczyła o każdy oddech. Legnicki zespół oddycha na scenie swobodnie – jest perfekcyjnie zsynchronizowany z „oddechem” spektaklu.
Ta swoboda i zgranie to oczywista zasługa realizatorek. Zofia Gustowska ma, jak czasem określa się taką umiejętność, dobrą rękę do aktorów. Potrafi wprowadzić zespół na poziom tak idealnego wyczucia stylistyki i dynamiki spektaklu, że praca sceniczna aktorów i aktorek sprawia wrażenie biegłości i luzu. Widać to było w kilku jej wcześniejszych projektach, a szczególnie w moim ulubionym „Własnym pokoju” na podstawie eseju i biografii Virginii Woolf (również zrealizowanym we współpracy z siostrą, Marią, Teatr Łaźnia Nowa 2022). W „Katarzynie” równie sprawnie operuje tonacjami, przy czym spektakl nie gubi rytmu. Reżyserka udanie komponuje też w całość pracę współpracujących z nią realizatorek: kapitalną choreografię Katarzyny Sikory, bogate w detale i smaczki kostiumy Aleksandry Harasimowicz, przemyślaną, funkcjonalną scenografię Katarzyny Pawelec czy świetną muzykę Agaty Zemli. Spektakl jest znakomicie zrealizowany, a jego sceny wprowadzają niepowtarzalne odniesienia estetyczne. Widz angażowany jest rozmaitością prezentowanych znaczeń, jednak całość, dzięki bezbłędnej świadomości kompozycyjnej reżyserki, nie przytłacza. Chodzi mi po głowie przymiotnik, idealnie określający tę realizację: jest ona awantażowna w najlepszym znaczeniu tego słowa (ten uroczy archaizm podłapałem od Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, autorki przekładu „Opactwa Northanger”), które – jak podaje Doroszewski – znaczy tyle, co „korzystny, zyskowny, pożyteczny, ładny, efektowny”.
Jakie sensy proponuje przedstawienie sióstr Gustowskich? Cechą dramaturgicznej twórczości Marii jest operowanie rozbudowanymi znaczeniami w ramach subtelnej formy językowej i formalnej. Nigdy nie dostałem od niej po głowie pałką zaplanowanego programowo przesłania. W „Katarzynie…”, podobnie jak we „Własnym pokoju”, Gustowska pozwala materii tekstu swobodnie, niemal organicznie rozrastać się, przez co oba spektakle zachowują balans pomiędzy opowiedzeniem czegoś, a opowiedzeniem o czymś. Jej dramaturgie niczego nie manifestują – przy uważnym odbiorze ich znaczenie rekonstruuje się w kontakcie z wrażliwością widza. Wielopoziomowość „Katarzyny…” wynika przede wszystkim z inteligentnie przeprowadzonej lektury porządnej książki oraz dokonaniu pewnych przesunięć w opowiadanej historii.
Najważniejszym z dokonanych przemieszczeń jest zmiana perspektywy narracyjnej. Klasyczna, trzecioosobowa perspektywa wszechwiedzącego narratora komentującego prezentowane wydarzenia znajduje teatralny odpowiednik w decyzji, by sceniczną opowieścią zawiadowała sama bohaterka. Owszem, Katarzyna zyskuje samoświadomość roli, jaką odgrywa w prezentowanej historii i zyskuje większą sprawczość, jednak przy okazji traci pełnię wiarygodności. Głowę ma w chmurach, a dokładniej w gotyckich powieściach, co – przy jej skłonności do fantazjowania – przynosi interesujący efekt. W niektórych scenach spektaklu, bez ostrzeżenia czy wyraźnego wskazania przyczyn takich wędrówek, protagonistkę ponosi wyobraźnia. W tych momentach widzowie postawieni zostają przed wyborem, czy gotowi są zawierzyć jej słowom i – kreowanym przez nie teatralnym obrazom – czy zachowają wobec nich dystans. Publiczność porusza się więc, trochę po omacku, w dziwacznej przestrzeni, w której – podobnie jak tuż po przebudzeniu – nie do końca rozróżniamy, co jest prawdziwe, a co takim nie jest.
Wiarygodności Katarzyny nie zwiększa jej skłonność do reinterpretowania rzeczywistości według tropów z ulubionych powieści. Kiedy więc zostaje wysłana z Panią Allen do uzdrowiska, wycieczka staje się dla niej wyprawą, podejmowaną przez literacką heroinę w ekscytujący świat: niebezpieczny i nieco przesadnie sentymentalny. Odniesieniem, przez które Katarzyna sama postrzega swoje losy, stają się perypetie Emilii St. Aubert, bohaterki „Tajemnic zamku Udolpho”. Dzięki temu każda jej przyjaciółka zyskuje cechy wrażliwej duszyczki (szczególnie, jeśli korzysta z tych samych wzorców lekturowych), a każdy napotkany mężczyzna jawi się albo jako melancholijny amant, albo grubiański tyran (tylko Jan Thorpe, który nie czytuje powieści, jest w oczach Katarzyny nieszczęsnym cymbałem). Ponadto niemal każdy człowiek i niemal każde miejsce zdają się w jej oczach skrywać jakieś bolesne albo fantastyczne tajemnice.
Obdarzając Katarzynę Morland taką fantazją, Austen ładuje swoją bohaterkę na minę. Najlepszym tego dowodem są katastrofalne skutki pobytu dziewczyny w tytułowym opactwie, gdzie – naiwna i pijana lekturą – popełnia nietakt oskarżenia gospodarza, Generała Tilneya, o popełnienie strasznej zbrodni na swojej żonie. W tym kontekście lektura powieści przynosi jednoznacznie szkodliwe skutki. Adaptacja Marii Gustowskiej podkreśla jednak także nieco mniej oczywiste cechy Katarzyny. Ukształtowana przez liczne struktury narracyjne bohaterka zyskuje zdolność rozpoznawania, gdy ktoś – z premedytacją lub nie – przypisuje jej samej jakąś rolę we własnej opowieści. W końcu wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu, opieramy się na narracjach i tworzonych przez ich pryzmat – fantazjach. Lektura może okazać się przydatna, ponieważ pozwala nam lepiej uświadomić sobie działanie tych mechanizmów.
Wychodzi więc na to, że szkody z lektury powieści, które podkreśla już tytuł spektaklu Gustowskich (ale także przyswajania filmów, spektakli, informacji medialnych), są mieczem obosiecznym, na który sami możemy czasem się nadziać. W tym samym jednak czasie znajomość różnorodnych fabuł pozwala nam bronić się przed wciśnięciem w duszne konwencje i cudze narracje. A przy tym, po prostu, dobrze jest czasem pofantazjować sobie literaturą. Albo obejrzeć porządny spektakl. Jeśli będziemy mieć trochę szczęścia, ktoś może wpadnie kiedyś na pomysł zamiany teatralnych foteli na wypełnione ciepłą wodą wanny.