Szczerzący kły pies niemiłosiernie ujada, mężczyzna z roztrzaskaną ręką wyje z bólu i wrzeszczy, rzucając przekleństwami, dookoła tryskają krew i woda z rozwalonej wanny, która właśnie spadła razem z kąpiącym się w niej Martym z wyższego piętra. Szczek, wycie, wrzask, bluzgi, skomlenie. Tu wszystko dzieje się naraz, w najwyższych decybelach, nieustannie wstrzykując adrenalinę i podnosząc tętno. Można by powiedzieć – kolejny dzień w biurze dla Josha Safdiego, którego poprzednie filmy, podpisane razem z bratem Bennym, były ciągłą kawalkadą buzującego dziania się. Choć „Wielki Marty” jest podobny do poprzednich dokonań duetu, jednocześnie jest też nieco inny – bo dodatkowo jeszcze bezczelny jak jego bohater. Marty to kawał dupka, zwykły łajdak, który zupełnie nieoczekiwanie zaczyna wzbudzać w nas sympatię, a może nawet odrobinę współczucia.
Twórczy bracia postanowili kontynuować swoje reżyserskie kariery osobno. Ale, co ciekawe, obaj w tym samym czasie nakręcili podobne w założeniu filmy: o zapomnianych bohaterach z historii amerykańskiego sportu. Benny w „Smashing Machine” odświeżył postać Marka Kerra, zapaśnika o biografii zwichniętej uzależnieniem od opioidów. Josh natomiast opowiedział o mistrzu tenisa stołowego z lat 50., Martym Riesmanie (w filmie nadał mu nazwisko Mauser, które podkreśla myszowatą urodę i naturę postaci). Tematyka podobna, ale tylko jeden z braci zachował dawny styl. Podczas gdy Benny zmienił optykę i nakręcił znacznie bardziej tradycyjny dramat sportowo-odwykowy z determinantą emocjonalną, Josh pozostał przy energii znanej z „Good Time” i „Nieoszlifowanych diamentów”. Można odnieść wrażenie, że biografia Riesmana stanowi tylko pretekst, strukturę, na którą reżyser będzie mógł nałożyć własny, dobrze znany jego widzom styl bliższy filmowi akcji czy thrillerowi niż klasycznemu kinu sportowemu, nie wspominając o konwencjonalnej biografii.
W tym tkwi bezczelność tego projektu. „Wielki Marty” obiecuje jedno, a daje drugie. Niby jest biografią, ale twórca wyciąga z niej tylko te elementy, które pasują do jego filmowej maniery. Niby jest o sporcie, ale tenisa stołowego w nim znacznie mniej niż pościgów, bijatyk, strzelanin i wyjątkowo błyskotliwych dialogów. Nikt z oglądających nie powinien jednak mieć Safdiemu za złe tego, że jest zwodzony i oszukiwany przez reżysera filmu dokładnie tak samo, jak czyni to wszystkim dookoła jego bohater Marty.
Tytułową postać poznajemy, gdy przymierza buty klientce. To jego ostatni dzień pracy w sklepie obuwniczym. Za chwilę na zapleczu spłodzi swojej sąsiadce dziecko, wydłuży przerwę w pracy o cztery godziny poświęcone na trening przy stole tenisowym, po czym wyceluje w swojego kolegę pistoletem, domagając się pieniędzy ze sklepowego sejfu. Są mu niezbędne do wyjazdu na mistrzostwa świata w Londynie, na których ma zamiar rozbić w pył wszystkich przeciwników. Bo przecież nikt nie może się równać z Wielkim Martym! Gdyby chodziło o zawody w pewności siebie, bezczelności i przechwałkach, wygraną miałby w kieszeni. Ale w tenisie stołowym też jest dobry. W Londynie kosi więc konkurencję do samego finału, w którym konfrontuje się z nieznanym mistrzem z Japonii. Zawodnik grający w nieznanym stylu, trzymając inaczej paletkę o odmiennym kształcie i ogumieniu, jest dla Marty’ego nie do zatrzymania. Po przegranej bohater sięga po znany repertuar: krzyki, rzucanie przedmiotami i oskarżenia o oszustwo. Ale ostatecznie Amerykanin musi przełknąć gorycz porażki i boksować się z urażoną, bo wyjątkowo delikatną dumą, czekając rok na rewanż w Tokio.
Ale na przeszkodzie bohaterowi staje ponownie brak finansów. By zdobyć fundusze niezbędne do wyjazdu do Japonii, a przy okazji spłacić nałożoną na niego przez związek sportowy karę, rusza w odyseję po Nowym Jorku. Spotyka na swej drodze postaci nie mniej intrygujące niż bohaterowie Homera: gangstera z chorym psem, samotnego mężczyznę z potężną giwerą, producenta wiecznych piór, aktorkę niskich lotów czy taksówkarza kantującego ludzi. Ale nie o szukanie konkretnych paraleli z antycznym eposem tu chodzi – raczej o rozmach i drogę, którą pokonuje Marty, a my wraz z nim.
Marty to postać, którą trudno polubić: bezczelny cwaniak, zadufany bubek, niesłowny palant, a na domiar złego piekielnie utalentowany. Wraz z kolejnymi meandrami jego podróży przez mroczne zakątki metropolii, upokarzającymi porażkami, sypiącymi się na głowę nieszczęściami i połajankami jego niezłomna pewność siebie mięknie, a wraz z nią – nasza niechęć. To klasyczny antybohater, którego kochamy nienawidzić, a jednocześnie kibicujemy mu i uśmiechamy się na widok uroczej bezczelności, którą Marty wkrótce będzie musiał porzucić. Chyba najbardziej ujmuje swoim talentem – doskonale wiemy, że jest świetny, że zwyczajnie zasługuje na wszystko to, o czym marzy, że zasługuje. Ale pragniemy, by przed osiągnięciem sukcesu świat utarł chłopakowi trochę nosa.
Ta ambiwalencja nie wybrzmiałaby, gdyby nie Timothée Chalamet. Idealnie wpisuje się w rolę dziecinnego zarozumialca ze swoim chuchrowatym ciałem, spiczastym nosem i wielkimi brwiami. Uroda efeba, niezdrowa, młodzieńcza cera, lekko rysujący się cienki wąsik – podkreślają niedojrzałość i właściwą dla chłopięctwa nieuzasadnioną buńczuczność. Rola Marty’ego to nie tylko warunki fizyczne – to również znakomita mimetyka i niewyobrażalna energetyczność Chalameta. Jego bohater jest bombą spontaniczności nakręcanej adrenaliną. Nie zamykają mu się usta, ciągle gestykuluje, jest w nieustannym ruchu, raz po raz zmienia stany emocjonalne: od euforii, przez niezachwianą pewność siebie, po rozpacz. Po drodze oglądamy jeszcze wzruszenie, szok, strach, ale również wstyd, dumę, świadomość własnej wartości i niezgodę na upokorzenie. To właśnie dzięki Chalametowi – jego szelmowskiemu uśmiechowi i nieco naiwnemu spojrzeniu niedorostka – w Martym plącze się tak szeroka gama emocji. Bohater jednocześnie irytuje i wzbudza podziw, wywołuje odrazę i współczucie. Bo to dzieciak z biednej nowojorskiej dzielnicy, który jest przekonany, że miejsce na olimpie ówczesnego świata mu się po prostu należy.
Zresztą także i świat jest rozgorączkowany, pełen sprzeczności i obciążeń – choć innych niż Marty. Wciąż słychać echa II wojny światowej z pogłosem po wybuchu bomby atomowej. Jeden ze sportowych przeciwników głównego bohatera przeżył Auschwitz, komuś syn zginął na Pacyfiku, japoński rywal stracił słuch, a dla jego krajan zwycięstwo z Amerykaninem ma z wiadomych względów szczególny posmak.
Safdie wykorzystuje te wszystkie konteksty do podnoszenia dramaturgii, wikłania bohaterów w jeszcze bardziej złożone konflikty, ale również do komplikowania ich osobowości i psychologicznego profilu – na czele z Martym, któremu się wydaje, że to wszystko jego nie dotyczy. Bezczelnie żartuje z Holocaustu, wyśmiewa ofiarę z życia, jaką poniósł syn jego rozmówcy, wykorzystuje wzajemne urazy Amerykanów i Japończyków do egoistycznych celów. Ale niedawna przeszłość ma z nim więcej wspólnego, niż mogłoby mu się wydawać. Tu wszystko zdaje się mieć drugie dno – również polityczne – co tłumaczy tak potężne zamieszanie, jakie rozpętało się wokół gry plastikową piłeczką o atomowej sile rażenia.
W ten sposób Safdie trzyma nas w garści. Jako mistrz suspensu ciągle podbija emocje, które już wydawały się sięgać zenitu. Doskonale tworzy sceny „sportowe” nawet wówczas, gdy nie dotyczą one sportu: precyzyjnie prowadząc dramaturgię i oddając ducha (ale też tempo i rytm) rywalizacji zarówno w scenach kameralnych, intymnych, pełnych sprzecznych emocji, jak i w klasycznych scenach kina akcji. Całość kipi od energii – jak u Roberta Altmana, sceny wypełniają przekrzykujące się głosy, kamera z trudem nadąża za rozemocjonowanymi bohaterami, a montaż dodatkowo wzmacnia tempo. Podobnie jak w poprzednich filmach braci Safdie, w potoczystości filmowej opowieści nie gubi się jej moralny wymiar. Ostatecznie jest to przypowieść o opamiętaniu, dojrzewaniu do odpowiedzialności i potrzebie życiowych kompromisów – ale podejmowanych nie zawsze i nie za wszelką cenę. Bo posiadanie talentu jest również zobowiązaniem, a przyzwoitość niekiedy wymaga bycia w zgodzie z samym sobą.