Nr 8/2026 Na moment

W marcu tego roku w pełni wygenerowana cyfrowo piosenkarka/raperka TaTa podpisała umowę z wytwórnią Pacific Music Group. W wystosowanym do prasy oświadczeniu ten krok tłumaczono powrotem TaTy – która istnieje jedynie jako algorytm – do jej „filipińskich korzeni”. Brzmi to dystopijnie i przerażająco, jednak mogłoby zostać zbyte jako kolejne z dziwactw zrodzonych w Dolinie Krzemowej, gdyby osobą stojącą za TaTą nie był Timothy Mosley, znany jako Timbaland.

Na początku XXI wieku był on najbardziej wziętym producentem muzycznym, współpracującym z Justinem Timberlakiem, Nelly Furtado, Madonną czy 50 Centem. O tym, jak wielką renomą cieszył się wówczas, niech świadczy ta historia: był rok 2007 i Kanye West właśnie wydał swój największy przebój, „Stronger”. Kiedy usłyszał go w radiu, nie był zadowolony z brzmienia stopy, więc postanowił przygotować nową, „właściwą” wersję. Miksował piosenkę kilkanaście razy, zasięgając porad u takich producentów jak Swizz Beatz czy Pharrell Williams, ale wciąż czuł, że to nie to. W końcu poprosił o pomoc Timbalanda, a ten z miejsca rozwiązał problem. „Stronger” miało być wyzwaniem rzuconym supremacji Timbalanda jako króla klubowego, tanecznego hip-hopu, jednak wówczas West zrozumiał, że na tronie zasiadała właściwa osoba.

Wśród ówczesnych producentów, których podkłady były z miejsca rozpoznawalne dzięki charakterystycznemu brzmieniu – takich jak Trackmasters, The Neptunes, DJ Premier czy DJ Quik – Timbaland zawsze wyróżniał się oryginalnością, a ta brała się przede wszystkim ze sposobu, w jaki programował perkusje i jakich dźwięków używał, by jego bębny brzmiały żywo i energicznie. Gdy inni producenci osadzali sample w centrum pętli i budowali wokół nich podkłady, Timbaland stawiał na kilka instrumentów perkusyjnych i bawił się ich tonacją, sample często traktując jako dopełnienie całości. Były od tego wyjątki – na przykład brzmiący jak południowa potańcówka „Jimmy Mathis” (2003) Bubby Sparxxxa – ale potwierdzały one tylko regułę i rolę perkusji jako serca muzyki Mosleya, który zaczynał przecież jako beatboxer. Stopy używane przez Timbalanda stanowiły amalgamat żywej perkusji i elektronicznego, głębokiego basu, werble były krótkie i zdecydowane, a wszystkiego dopełniały egzotyczne bongosy, marakasy oraz beatbox. Obojętnie, czy chodziło o metronomicznie uderzającą kroplę w „Say It Right” (2006) Nelly Furtado, czy naprzemiennie rozbrzmiewające hi-haty w „Raise Up” (2001) Peteya Pabla, Timbaland nie ustawał w poszukiwaniach nowych sposobów, by wciąż zaskakiwać i brzmieć świeżo.

Jednocześnie Mosley kultywował obraz twórcy pociesznego i pozytywnego, zapoczątkowany w teledyskach Aaliyah i Missy Elliott. To ta druga, po podpisaniu kontraktu płytowego, zabrała go ze sobą do Nowego Jorku i otworzyła drzwi do kariery. Timbaland i Elliott byli nastolatkami, ale mieli już swoje brzmienie – futurystyczny funk, gęsty jak moczary rodzimej Virginii. Kiedy w 1995 roku Aaliyah pracowała nad sequelem do świetnie przyjętego debiutu „Age Ain’t Nothing but a Number”, odrzuciła kilku uznanych producentów – w tym Diddy’ego – i zaufała nieznanym szerszej publiczności Elliott i Mosleyowi. Płyta „One in a Million” (1996) uczyniła z Timbalanda jednego z najbardziej wziętych beatmakerów Ameryki, a tytułowy singiel był tak nowatorski, że początkowo stacje radiowe miały problem z miksowaniem go z innymi utworami. Kilka lat później Timbaland zabawił się z radiowymi DJ-ami, miksując za nich „Get Your Freak On” Missy Elliott i „Ugly” Bubby Sparxxxa na końcu teledysku tego drugiego, ale wtedy był już gwiazdą porównywalną do artystów, którzy udzielali się na jego produkcjach.

Na początku XXI wieku Timbaland wszedł w swój najlepszy okres: „Loose” Nelly Furtado, „FutureSex/LoveSounds” Justina Timberlake’a i solowy „Shock Value” ukazały się na przestrzeni roku. Na promującym ostatnią z wymienionych płyt singlu „Give It to Me” Timbaland zdissował innego producenta, Scotta Storcha, określając go jako „klawiszowca” („piano man”), który nie jest w stanie napisać przeboju. Było to wyrachowane zagranie, ponieważ Storch miał pełne prawo być wówczas złym na Timbalanda za to, że nie uwzględnił go wśród autorów „Cry Me a River” (2002) Justina Timberlake’a. Ostatecznie panowie się porozumieli i nazwisko Storcha dodano do listy twórców. Parę lat później Timbaland został oskarżony o używanie nieoczyszczonych sampli (co akurat w hip-hopie nie jest czymś wyjątkowym) oraz kradzież całych partii utworu chiptune z 2000 roku. Jednocześnie zaczął podupadać kreatywnie – wciąż produkował hity, szczególnie z Timberlakiem, jednak kiedy skończył się popyt na byłego członka N’Sync, Timbaland również przestał być najbardziej wpływowym producentem muzycznym.

autograf Timbalanda
Timbaland | źródło: Wikimedia Commons

Zauważywszy zwrot branży muzycznej ku cyfryzacji, założył odpłatną platformę Beatclub, gdzie producenci mieli nawiązywać kontakty, wymieniać się pomysłami, a ci najlepsi mogli liczyć na krytykę i wskazówki samego Timbalanda. W praktyce wyglądało to jednak tak, że podczas live’ów Timbaland słuchał wybranego utworu przez kilkanaście sekund, rzucał kilka słów i przechodził do następnego. W międzyczasie nawiązał współpracę z startupem AI Suno, czego efektem był ten klip z 2023 roku. W nim Timbaland opowiada o zrealizowaniu swojego marzenia, jakim była współpraca z zabitym w 1997 roku Notorious B.I.G., po czym włącza utwór z komputerowo wygenerowanym głosem rapera. Fakt, że Timbaland przedstawił nagranie jako współpracę, był problematyczny i mógł znamionować odklejenie od rzeczywistości, ale chyba nikt nie spodziewał się następnego kroku podjętego przez (kiedyś) najpopularniejszego producenta muzycznego na świecie. I nie chodzi o fakt, że Timbaland nie przejął się krytyką – a nawet wywołał jej jeszcze więcej, mówiąc o „czystej duszy” AI w konfrontacji ze współczesnymi artystami.

W 2025 roku Timbaland ogłosił bowiem założenie nowej wytwórni, Stage Zero, i przedstawił swoją nową artystkę, TaTę Taktumi. W teledysku do jej debiutanckich utworów „Glitch” i „Pulse” producent pojawia się obok cyfrowej artystki. „Glitch”, rapowany w pozbawiony ekspresji sposób, stanowi zbieraninę linijek, których można oczekiwać od sztucznej inteligencji „nakarmionej” mainstreamowym hip-hopem. „Pulse” również brzmi pospolicie, jak utwór, który można znaleźć gdzieś w środku tracklisty przypadkowego albumu R&B. Timbaland utrzymywał, że do pracy z AI używa tylko utworów, do których posiada prawa autorskie, ale podkłady TaTy nie brzmią jak wyprodukowane przez niego.

Ponieważ TaTa jest w całości wygenerowana przez AI, nie powstałaby, gdyby nie inni artyści, których muzyki – bez ich zgody – używał Timbaland. Producent broni się, twierdząc, że o wyjątkowości generowanych przez AI utworów świadczy gust osoby wchodzącej z nią w interakcję. To jest ten nowy „czynnik ludzki”, nie czas spędzony na szukaniu odpowiedniej stopy, cięciu sampli i tworzeniu pętli, która rosła z każdą ścieżką tak, że każdy mógł rozpoznać, kto wyprodukował utwór. Jak mówi współtwórca Suno, Mikey Shulman: „współcześnie tworzenie muzyki nie jest przyjemne […] trzeba opanować grę na instrumencie lub obsługę odpowiedniego programu”. Zdaniem Shulmana branża muzyczna jest mniejsza od gamingowej (!), ponieważ nie jest interakcyjna, co ma zmienić jego oprogramowanie – słuchacz ma stawać się twórcą poprzez wpisanie kilku słów w okienko. I można by było zbyć Shulmana jako kolejnego tech bro, który uważa, że wynalazł ogień, gdyby nie udział samego Timbalanda w tym startupie.

Trudno mi wyobrazić sobie, że ktoś kreatywny nie kocha procesu, w którym pomysł stopniowo się urzeczywistnia i można go sensorycznie doświadczyć. Rezultat tego przełożenia nie jest idealny, ale widać w nim pracę, czas i emocje, niczym odciski palców twórcy lub twórców. Oddanie procesu w ręce AI to odebranie rezultatowi człowieczeństwa, więc tego, co czyni sztukę wartą przeżywania. Zamiast tego staje się ona produktem, który może wytworzyć każdy wyposażony w odpowiednie oprogramowanie. Osobom szukającym szybkich, bardziej dopasowanych do siebie rozwiązań może to jednak wystarczyć. Rezultatem będzie wtedy większa izolacja odbiorców od twórców, którzy nie będą czuli więzi z artystami – ci staną się tylko dostarczycielami towarów, co można odczytywać analogicznie do marksistowskiej alienacji od produktu pracy.

Dla mnie to zwielokrotniona, nieskończona pętla zatomizowanych odbiorców-twórców – Uroboros zjadający własny ogon. Timbaland, Shulman i inni zwolennicy wykorzystania AI mówią o zapewnianiu narzędzi słuchaczom i pogłębianiu doświadczania muzyki, jednocześnie zabijając interakcję pomiędzy artystami i odbierając im możliwość budowania relacji z odbiorcami. Ludzie dorastają, zmieniają się i przekładają nabyte doświadczenia na język sztuki. Tego procesu nie da się zamknąć w żądaniu od AI wygenerowania utworu o określonym przeżyciu, w stylu określonej artystki.