Z Sébastienem Beliah, francuskim kontrabasistą, członkiem francuskiego byłego kolektywu Umlaut oraz liderem i założycielem polsko-francuskiego kwartetu Lumpeks reinterpretującego środkowopolskie oberki, rozmawia Michał Wieczorek.
Sébastien Beliah: Moja partnerka, Olga Kozieł, jest Polką. Na początku naszego związku mieszkałem w Paryżu, a ona w Warszawie. Gdy postanowiliśmy zamieszkać razem, byłem na etapie życiowych zmian – właśnie zrezygnowałem z pracy i mogłem zadecydować o swoim miejscu na ziemi. Chciałem spróbować czegoś nowego, bo całe życie spędziłem w Paryżu. Nigdy wcześniej nie mieszkałem za granicą ani nawet w innym regionie Francji. W Polsce mieszkam już dziesięć lat.
Nie do końca. Sercem Umlaut – kolektywu i wytwórni, w której działałem przez wiele lat – był Joel Grip. To właśnie on jako pierwszy pokazał mi polską muzykę tradycyjną, fascynując się między innymi wydawnictwami fundacji Muzyka Odnaleziona Andrzeja Bieńkowskiego.
Ta pasja przekładała się również na artystyczne poszukiwania i współprace Joela. Przez jakiś czas nie miał swojego stałego miejsca – ciągle podróżował, zawsze u kogoś pomieszkiwał. Pewnego razu trafił do Lublina i wracał tam kilkukrotnie. Poznał tam różne osoby: Ewę Grochowską, Jana i Zosię Bernadów, Olgę. Wkrótce zaczęli razem działać: Joel zaprosił Ewę na organizowany przez siebie festiwal Hagenfesten w Szwecji, a w 2011 roku zaczęliśmy organizować festiwal w Paryżu w ramach inicjatywy Umlautu. Śpiewały na nim Zosia Bernad i Maniucha Bikont. Podczas ich występów po raz pierwszy doświadczyłem tej muzyki na żywo.
Bardzo. Zawsze miałem sentyment do muzyki skrzypcowej, lubiłem tradycyjne utwory z Ameryki czy Irlandii, więc od razu byłem zaciekawiony. A gdy usłyszałem Ewę, ciekawość przerodziła się w fascynację. Zszokowało mnie, że w kraju nie tak odległym od mojego istnieje muzyka, której nigdy wcześniej nie słyszałem. Brzmiąca z jednej strony egzotycznie, bo nie mamy we Francji takich rytmów, a z drugiej znajomo – było w niej podejście do groove’u i dźwięku, które było mi bliskie. Jestem jazzmanem, więc grana przeze mnie muzyka jest związana z tymi aspektami.
Na początku traktowałem ją tak jak każdą inną muzykę, którą znałem. Posłuchałem jej i dodałem do playlisty, do której często wracałem. Dopiero po przeprowadzce do Polski zacząłem ją wykonywać. Wpływ na to miało również to, że od razu trafiłem do niewielkiego środowiska muzyki tradycyjnej. Było lato, chyba przedostatnia edycja Taboru w Sędku; muzyka towarzyszyła mi tam od rana do nocy i po prostu zacząłem się nią interesować. Chciałem nauczyć się grać, zrozumieć, o co w niej chodzi. Zapisałem się na warsztaty z Michałem Żakiem i Stanisławem Witkowskim. I tak zacząłem grać polską muzykę.
Inną ważną postacią w mojej przygodzie jest Ewa Grochowska – to ona zabierała mnie na badania terenowe na Lubelszczyźnie. Wtedy poznałem też Basię Michalec, z którą grałem od czasu do czasu. Tak się to zaczęło, od spędzania czasu z innymi.
Na samym początku bardzo chciałem, żeby to było odseparowane od mojej praktyki jazzowej. Nie chciałem mieszać jej z muzyką tradycyjną, nie znajdowałem związku między nimi. Dopiero później zrozumiałem, jak mogę te dwie muzyki połączyć. Porozmawiałem o swoim pomyśle z Olgą, a także z Louisem i Pierre’em, których znam od dawna, i założyliśmy zespół. Tak powstał Lumpeks.
Ten proces był prawdziwą wewnętrzną podróżą. Wielu moich znajomych we Francji zaczęło wówczas tworzyć projekty łączące muzykę tradycyjną z różnych stron świata z jazzem i nie tylko. To na przykład zespół Electric Vocuhila: Francuzi, którzy głęboko zainteresowali się muzyką Madagaskaru. Ich eksploracje nie ograniczały się tylko do słuchania tamtejszych utworów – zespół kilkukrotnie odwiedził wyspę, a potem zaczął budować swoje kompozycje w oparciu o tsapiky, gatunek muzyczny typowy dla południowo-zachodniej części kraju. Z kolei mój bliski znajomy Fidel Fourneyron, z którym graliśmy przez lata w zespole Un Poco Loco, zainteresował się kubańską muzyką religijną i założył zespół ¿Que Vola? Dzięki temu nabrałem pewności, że moje eksperymenty będą w porządku – i nie będzie to zwykła jazzowa kombinacja z muzyką tradycyjną.
Chciałem odnaleźć serce tej muzyki, to, co mnie w niej interesowało. Groove, transowe rytmy, wirowanie – wszystko to jest mocno związane z tańcem. Takie podejście do muzyki zawsze było mi bliskie. Sposób grania i brzmienie, które według mnie łączy wiejskich muzykantów z jazzmanami.
Na debiucie były to utwory, które usłyszeliśmy w archiwach, przede wszystkim Andrzeja Bieńkowskiego. Z kolei przed nagraniem „Poloneza” pojechaliśmy na badania terenowe i to one są głównym źródłem melodii. Jest tam też jedna autorska kompozycja i dwie improwizacje. Teraz nagraliśmy trzeci album, na którym znajdą się wyłącznie nasze własne kompozycje, zainspirowane muzyką tradycyjną. To jest trochę inny tryb pracy, bo mamy tu więcej swobody i luzu.
Trochę tak. To zależy od kontekstu. Gdy gramy w Polsce, na przykład w Ambasadzie Muzyki Tradycyjnej albo na festiwalach związanych z muzyką tradycyjną – Ethniesy czy Dźwiękach Północy – to mam wrażenie, że publiczność zna kod do odszyfrowania naszej muzyki. Gramy też na takich festiwalach jak Avant Art, niezwiązanych z muzyką tradycyjną, i tam publiczność jest taka jak we Francji. Zainteresowana, ale też zastanawiająca się, co my właściwie robimy. Dostajemy od naszych słuchaczy zróżnicowany feedback.
To chyba moje szaleństwo… Od samego początku mojej przygody z tym instrumentem czułem, że kontrabas ma bardzo bogaty dźwięk, że można z nim zrobić bardzo ciekawe rzeczy, mimo że nie jest to instrument stworzony dla solistów. Gdy studiowałem muzykę klasyczną, nie chciałem grać sonat solowych czy koncertów, ale muzykę bardziej współczesną, podobną do utworów Jamesa Tenneya albo Toma Johnsona. Czułem, że ten instrument ma potencjał.
Po pierwsze, byłem zajęty Lumpeksem. A po drugie, nie czułem, że mam coś do opowiedzenia. Zresztą ta moja pierwsza płyta była tak naprawdę drugą. Nagrałem swój materiał już wcześniej, pod koniec studiów w konserwatorium w Paryżu. Preparowałem brzmienie kontrabasu spinaczami, pokrywką od słoika czy innymi przedmiotami codziennego użytku. Później jednak uznałem, że trzeba wrócić do czystego brzmienia kontrabasu. Skupiłem się na instrumencie i stworzyłem album „Nocturne”. Wydawało mi się wtedy, że nie chcę już więcej grać solo, że mam ten etap za sobą. To jest ciekawe, ale bardzo wymagające – a przy tym trochę nudne, bo trzeba podróżować samemu… Daje to dużo swobody, ale ja jestem człowiekiem, który lubi mieć kontakt z innymi. Musiałem trochę odczekać, zwolnić z innymi projektami, żeby poczuć, iż ponownie nadszedł czas grania solowego.
To sposoby wyrazu, które rozwijałem przez lata grania z innymi ludźmi albo podczas samotnego grania w pracowni. To nie są rzeczy, które czasami przypadkowo odkrywałem, a efekt skrupulatnej pracy. To nie tak, że uporczywie szukałem dziwnych sposobów gry. Raczej gdy odkryłem jakąś nieznaną mi wcześniej technikę, czekałem do momentu, aż organicznie stanie się częścią mojego muzycznego słownictwa i będę mógł za jej pomocą wyrazić jakąś emocję. Bo właśnie po to gram muzykę, by wywoływać i przekazywać emocje.
Moja praktyka muzyczna jest przede wszystkim praktyką improwizatora, a więc jest związana z konkretnym momentem, z „tu i teraz”. Myślę, że muzyka tradycyjna jest zakotwiczona w kontekście i ja jako improwizator marzę o tym, by grać taką muzykę, która jest dopasowana idealnie do momentu i miejsca wykonania. To oczywiście jest fantazja, ale były takie momenty, kiedy w Polsce słuchałem muzykantów i miałem poczucie, że to, co grają, jest totalnie zgodne z kontekstem, w jakim grają. W tym poszukiwaniu próbuję odnaleźć też siebie i swoją własną, wewnętrzną muzykę tradycyjną.
Ciągle jej szukam.
Nie, nigdy. Tak naprawdę nigdy się nią nie interesowałem. Chyba dlatego, że poza regionami takimi jak Bretania czy Oksytania muzyka tradycyjna nie przetrwała. Według mojej najlepszej wiedzy, wszędzie indziej grane są rekonstrukcje. Mam znajomego, który chciał zrobić badania terenowe na północy Francji, ale nie znalazł nikogo, kto by wykonywał tam muzykę tradycyjną.
Oczywiście, we Francji również można spotkać się z ciekawymi środowiskami skupionymi wokół takiej muzyki – warto tu wspomnieć o kolektywie La Nóvia lub dziewczynach z zespołu Garenne.
To temat na długą rozmowę, ale w skrócie: to zależy. Niektóre utwory mógłbym rozpisać, ale żaden nie jest zapisany. Oczywiście, mam notatki, ale to nigdy nie jest partytura od A do Z. No, może tylko jeden utwór jest tak skomponowany. Przeważnie moje utwory to połączenie improwizacji i kompozycji. Czasem utwór może zmienić się podczas nagrania, czasem mam tylko zarys pomysłu, który rozwijam w improwizacji. Przyznam, że zawsze mnie to ciekawiło u innych: co jest skomponowane, a co zaimprowizowane. Interesują mnie też różne sposoby zapisu muzyki, nie tylko nuty, ale też zapisy graficzne.
Nie. To po prostu obrazek, który narysowałem.
Sam się czasem zastanawiam, dlaczego stoję na skrzyżowaniu tych trzech różnych rodzajów muzyki. Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ale wydaje mi się, że odpowiedź zawsze będzie zależna od wyniku, który chcę uzyskać. Przede wszystkim chodzi o to, co lubię grać w danym momencie. Podobnie mam ze słuchaniem muzyki. Czasem chcę posłuchać Mahlera, bo chcę wyrazić emocje związane z wielką orkiestrą. A czasami mam ochotę na jazz albo coś wyciszonego.
Myślę, że wybór jest związany z emocją, którą chcę wyrazić albo przeżyć podczas grania muzyki.
Ciągle pół na pół. Mam wciąż więcej pracy we Francji, ale coraz więcej czasu spędzam w Polsce, gdzie też pojawia się coraz więcej pracy. Muszę w tym wszystkim znaleźć równowagę.