Nr 4/2026 Na teraz

Oblicza zła

Kamil Bujny
Teatr

Przed Centrum Sztuk Performatywnych Piekarnia – jedną z kulturalnych przestrzeni Wrocławia – gromadzi się charakterystycznie wyglądająca grupa kobiet i mężczyzn. Przypominają bardziej publiczność koncertu metalowego niż zwykłą widownię teatralną. Wyróżniają ich skórzane kurtki i wystające spod nich flanelowe koszule, długie włosy, ciężkie buty, spodnie czarne lub moro, a mężczyzn – dodatkowo brody. W wypełnionym gęsto holu panuje gwar – jest duszno, wyczuwalne są napięcie i podekscytowanie, słychać rozmowy o muzyce. Czekamy jednak nie na koncert, ale na spektakl – „Złe baśnie” w reżyserii Marcina Libera na podstawie „Żyli długo i szczęśliwie, póki nie umarli. Nieznanych baśni braci Grimm” w wyborze i przekładzie Elizy Pieciul-Karmińskiej. Wrocławski Teatr Pantomimy poszerzył swoją publiczność o nową grupę odbiorców – słuchaczy i słuchaczki THVN-u, założonego w 2020 roku blackmetalowego zespołu, zaangażowanego przez Libera do udziału w przedstawieniu.

Podłoga przestrzeni scenicznej wyłożona jest białymi – pokrytymi plamami krwi – płytkami, gdzieniegdzie leżą wielkie przeskalowane mózgi, a w rogu sceny stoi metalowy stół prosektoryjny. Horyzont wyznacza ciemność, z której – po lewej stronie – wynurza się coś w rodzaju górskiej skały. Zauważyć można jeszcze metalowe stojaki, do których przymocowano obiekty przypominające pod względem faktury i kształtu surowe kawałki mięsa. Wszystko to wygląda niby groźnie, ale jednak sztampowo i bardzo umownie. Od razu wiadomo, o co chodzi: znamy i bez problemu czytamy ten kod filmowych horrorów klasy B wykorzystany przez Mirka Kaczmarka (scenografia, kostiumy i reżyseria świateł). Na scenę wchodzą aktorzy i aktorki, grający role mieszkańców Grin – wsi, w której toczy się akcja. Mają pobielane twarze, ciemne, wyraziste makijaże, a ich kostiumy utrzymane są w estetyce subkultury metalowców. Niektórzy noszą skórzane kurtki i wojskowe spodnie, inni koszulki z gotyckimi napisami. Witają się ze sobą, beznamiętnie powtarzając „cześć”, po czym ustawiają się w szeregu, by wspólnie wyśpiewać, powracającą przez całe przedstawienie jak refren, frazę „szatan to szmata, kurwa garbata”. Przewodzi im – ubrany w quasi-biskupią sutannę – równie demoniczny ksiądz-dyrygent (Jan Kochanowski). Po chwili zaczynają tworzyć, kojarzony z rockowymi koncertami, młyn. Biegają, wpadają na siebie, podskakują, machając przy tym włosami (choreografia: Hashimotowiksa). Ich ruchy – determinowane głośną, graną na żywo przez blackmetalowy zespół muzyką – są energiczne, impulsywne, chaotyczne. Gdy gitarowe riffy i perkusja cichną, nastrój ulega zmianie: rozszalały tłum znika, a na pierwszy plan wysuwa się postać kreowana przez Agnieszkę Dziewę. Bohaterka próbuje opowiedzieć o traumie z przeszłości („krew, dużo krwi, bardzo dużo”), ale nie potrafi tego zrobić. Wspomnienia okazują się zbyt bolesne, a powiązane z nimi obrazy nie dają się przełożyć na słowa. Scena z udziałem tej postaci trwa bardzo krótko, zarysowując jedynie jej krajobraz emocjonalny. Z kontekstu możemy wywnioskować, że to żona Sinobrodego, bezwzględnego mordercy swoich małżonek. Choć kobieta nie odpowiada za zbrodnie męża, ich przypadkowe odkrycie wywarło na niej piętno i diametralnie zmieniło postrzeganie przez nią rzeczywistości. Widok krwi i martwych ciał stał się bagażem, z którym odtąd musi iść przez życie. Status postaci kreowanej przez Dziewę nie jest jednoznaczny, a urwanie sceny w kulminacyjnym momencie mnoży wątpliwości. Czy aktorka gra bohaterkę baśni, poddaną w przedstawieniu próbie psychologicznej reinterpretacji, czy może kogoś o tożsamych doświadczeniach, kto o własnej traumie może opowiadać jedynie za pośrednictwem odwołań do znanego tekstu kultury?

Podobnie potraktowane zostały postaci z pozostałych „Nieznanych baśni braci Grimm” – między innymi z „Dziewczyny bez rąk”, „Noża w dłoni”, „Jak dzieci bawiły się w świniobicie”, „O drzewie jałowca” czy „Wieloskórki”. Bohaterowie i bohaterki spektaklu Libera nie są częścią większych, rozbudowanych i psychologicznie zniuansowanych opowieści, inscenizowanych w realistyczny i angażujący emocjonalnie sposób. Jawią się raczej jako pozbawione podmiotowości figury zła, zdemonizowane karykatury swoich literackich pierwowzorów. Nie poznajemy ich motywacji ani przeszłości, trudnych wyborów czy moralnych rozterek. Wszystko tu się już dawno dokonało, nikt nie stoi w obliczu żadnej decyzji – kto ma zginąć, ten zginie, a kto ma zabić, ten zabije. Historie bohaterów opowiada z offu dziecięcym głosem narratorka (Julia Totoszko), a aktorzy i aktorki – poza drobnymi wyjątkami i wspomnianą wcześniej frazą „szatan to szmata, kurwa garbata”, puentującą niektóre ze scen – poruszają jedynie ustami. Podobne rozwiązanie stosowano już we wcześniejszych realizacjach wrocławskiego teatru, między innymi w „Stadzie. W środku jesteśmy baśnią” w reżyserii Martyny Majewskiej, gdzie wykonawcy lip-syncowali puszczane z offu, popowe szlagiery.

Fot. Natalia Kabanow

Oś fabularną przedstawienia wyznacza rozbita na kilka części akcja „Dziewczyny bez rąk”. Na raty, ale linearnie, poznajemy historię tytułowej bohaterki (Karolina Pewińska), której ojciec (Artur Borkowski) – w związku z podstępem Złego (Jan Kochanowski) – odciął piłą mechaniczną ręce. Jej dalsze losy – opuszczenie domu rodzinnego, spotkanie dobrodusznego króla (Jakub Pewiński), przymusową ucieczkę z zamku oraz doświadczenie boskiego cudu – nadają rytm spektaklowi. Pomiędzy kolejnymi częściami tej historii inscenizowane są inne – krótsze, ale znacznie bardziej „krwiste” i brutalne – baśnie, dla których intermediami stają się głośne wykony kapeli. Zaczyna ona grać w punkcie kulminacyjnym danej sceny, a natężenie dźwięku wykonywanych utworów jest tak wysokie, że nie sposób traktować ich jedynie jako puenty czy komentarze do akcji – przenoszą napięcia z poziomu znaczeń na poziom fizycznego doświadczenia, wywołując afekty.

Przez całe „Złe baśnie” trup ściele się gęsto: lecą głowy i odcinane są kończyny, czego wyrazem są wszechobecne plamy krwi. Macochy bez mrugnięcia okiem mordują tu swoich pasierbów, by z ich ciał przyrządzać pożywne potrawki. Bóg zsyła śmiertelne choroby na nieposłuszne dzieci, a zdemoralizowani i paskudni wobec siebie ludzie krzywdzą dobre, pomocne elfy (Eloy Moreno Gallego). Liber nie próbuje stawiać uniwersalnych pytań o źródła zła, przechwytywać sensy poszczególnych baśni czy wpisywać ich w nowe konteksty. Stara się raczej pokazać – choć zabrzmi to może jak banał – że zło jako rewers dobra jest immanentną cechą naszego życia. Nie ma przed nim ucieczki, a jego kulturowa wszechobecność – multiplikowana przez horrory, baśnie i popkulturę – sprawia, że skłonni jesteśmy rozpoznawać je wyłącznie w skonwencjonalizowanych, jednoznacznych figurach (czarny charakter, morderca, demiurg itp.), rzadko zaś dostrzegamy je w codziennym życiu i naszych wyborach. Estetyka i konwencja horroru, mroczna charakteryzacja wykonawców oraz obecność blackmetalowego zespołu, reprezentującego gatunek muzyki, który przez kościelnych moralistów utożsamiany jest z satanizmem, to jedynie złudna emanacja zła – jego pozłotko, uproszczenie, zakłamany obraz. Prawdziwe zło jest gdzie indziej; w tle, pomiędzy słowami. Nie staje się głównym tematem spektaklu. Dziewczyna bez rąk musi uciekać przed wpływami Złego, opuścić swój dom i tułać się po świecie z dzieckiem, bo jej mąż – Król – przebywa na wojnie. Gdy ta wreszcie się zakończy, a mężczyzna wróci i odnajdzie swoją rodzinę, jego syn (kilkuletni Adam Gorzelewski) go nie pozna: „To nie jest mój ojciec. Mój ojciec to szmata, kura garbata!”, mówi, w sposób typowy dla dziecka zmiękczając popularny wulgaryzm. Zło ma tu mniej spektakularną twarz – nie szaleńca z piłą motorową czy szatana, lecz wojny, która rozbija rodziny.

Wszyscy bohaterowie ulegają złu, bo nie ma przed nim ucieczki – tylko śmierć pozwala wyrwać się spod jego wpływu. Dobitnie uzmysławia to jedna z najlepiej przemyślanych i zrealizowanych scen, podczas której postać chłopca zabitego przez macochę (Jakub Pewiński), „ugotowanego na kwaśno” i zjedzonego przez własnego ojca, przemienia się w „pięknego ptaka”. Aktor wchodzi na element scenografii imitujący górską skałę i jako jedyny „wznosi” się ponad Griny, by cieszyć się z uzyskanej wolności. Nie należy już do okrutnego świata żywych. Czysty, dobry i szczęśliwy jest poza ludzką społecznością. Może szybować ponad wojnami po błękitnym niebie. Pewiński bardzo przejmująco ukazuje moment transformacji swojego bohatera – z niezwykłą precyzją, dużymi pokładami wrażliwości i świadomością gestu pokazuje, jak zamordowany chłopiec uwalnia się od brutalności otaczającego go świata i staje się częścią innej – jasnej, wolnej od zła – rzeczywistości. Poetycki obraz wywołuje wzruszenie i na długo zapada w pamięć.

Przedstawienie Libera, otwierające rok jubileuszu 70-lecia istnienia Wrocławskiego Teatru Pantomimy, podporządkowane zostało estetyce horroru i ciężkiemu brzmieniu grupy THVN. Oglądając „Złe baśnie”, zastanawiałem się, czy twórcom i twórczyniom udało się zachować proporcje – czy spektakl nie staje się czasem koncertem, który wzbogacono elementami dramaturgii? Czy aktorzy i aktorki nie zostali zmuszeni oddać palmy pierwszeństwa muzykom? Po części może tak się stało, ale oba te plany – akcji i koncertu – zostały tak płynnie i konsekwentnie połączone, że trudno wyobrazić sobie ich rozdzielenie (czego najlepszym przykładem jest scena, podczas której wyrodni bracia dokuczają siostrze, rzucając w nią plastikowymi – wykorzystywanymi m.in. podczas muzycznych festiwali – kubkami na piwo). Aktorzy i aktorki Pantomimy nie tylko odnaleźli się w złożonej strukturze spektaklu i nadali swoim rolom indywidualny charakter (poza wspomnianym Jakubem Pewińskim, świetne role stworzyły i stworzyli Karolina Pewińska, Jan Kochanowski, Agnieszka Dziewa i Eloy Moreno Gallego), lecz także wypracowali przekonującą kreację zbiorową. To zresztą staje się powoli regułą tego teatru, którego przedstawienia często ukazują określoną i zamkniętą społeczność (w spektaklu „Niepokój przychodzi o zmierzchu” w reżyserii Małgorzaty Wdowik – zmagającą się z nieprzepracowaną traumą rodzinę; w „Symfonii alpejskiej” w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego – zakon mimów; w „Stadzie. W środku jesteśmy baśnią” w reżyserii Martyny Majewskiej – żyjącą z dala od cywilizacji osadę; w „Czyż nie dobija się koni?” w reżyserii Radosława Rychcika – zdesperowanych uczestników konkursu tanecznego), ale robią to tak, by zróżnicować portrety psychologiczne i sposoby bycia jej poszczególnych członków. Udało się to osiągnąć również w „Złych baśniach” – spektaklu, który pokazuje, że zło to nie tyle szaleńcy z piłą mechaniczną w dłoni czy odżegnywani od czci i wiary blackmetalowi antychryści, ile, po prostu… człowiek.

„Złe baśnie”
na podstawie „Żyli długo i szczęśliwie, póki nie umarli. Nieznane baśnie braci Grimm”
w wyborze i przekładzie Elizy Pieciul-Karmińskiej

Reżyseria i adaptacja: Marcin Liber

Scenografia, kostiumy i reżyseria świateł: Mirek Kaczmarek
Choreografia: Paulina Jaksim i Katarzyna Kulmińska | Hashimotowiksa
Muzyka na żywo: T H V N /band/ w składzie Marcel Pociecha (gitara, wokal), Jarosław Jazienicki (perkusja), Michał Jarosz (perkusja live), Marceli Hryniewicki (bas, wokal), Maciej Rzońca (wokal, ambienty)
Sound design i ambienty muzyczne: Maciej Rzońca

Wrocławski Teatr Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego

Premiera: 9.01.2026