Nr 2/2026 Na dłużej

Z Dariuszem Dudzińskim rozmawia Mateusz Sroczyński

Mateusz Sroczyński: Gdy rozmawialiśmy dwa lata temu na łamach świętej pamięci portalu „Soundrive”, mówiłeś, że raczej nie lubisz podsumowań płyt roku, bo te wydane przez Ciebie nie są w nich uwzględniane. W ubiegłym roku nic nie wydałeś, więc może tym razem zainteresowałeś się jakimiś listami? Albo może zrobiłeś własną?

Dariusz Dudziński: Gdybyś uprzedził, że o to spytasz, to może bym się czymś zainteresował… Ale niestety, ostatnio mocno skaczę w przeszłość i nadrabiam zaległości, takie jak Art Pepper, znany Ci zapewne Sven Libaek czy różne ciekawe rzeczy z lat 50. Nie wiem, jak to się stało. Sam chyba zauważyłeś, że 2024 rok był ciekawy, a 2025 już niekoniecznie. Mam wrażenie, że to jest jakiś światowy trend.

Trend?

No, może nie jest długotrwały, ale globalny. Mniej ciekawej muzyki powstaje.

Ale nadal masz radary nastawione na współczesność?

To nie tak, że się na teraźniejszość obrażam. Takie wycieczki w przeszłość są dla mnie równie rozwijające, co słuchanie muzyki nowoczesnej. Okazuje się, że nie znałem czegoś takiego jak Ferrante & Teicher Orchestra. Albo że w latach 50. grano fajną muzykę, o której ja nic nie wiem. To wszystko jest dla mnie nowe. Mógłbym tej muzyce przykleić etykietę z napisem „2025” lub „2026” – to mi nie robi zbyt dużej różnicy. Cały czas poszerzam swoje horyzonty.

Kiedy jeszcze pisałeś o muzyce, byłeś bardzo wyczulony na nowości.

Rzeczywiście, i to jest powód do pewnego niepokoju. Ale z drugiej strony – nie mogłem być wyczulony na, dajmy na to, 1958 rok. Nawet z roku 1980 nie wszystko złowiłem. Duże ryby już dawno złowione, wiadomo, ale te małe też mogą być smaczne. Nie wiem, jak to się stało, ale dopiero w 2026 roku posłuchałem takiego gitarzysty, który się nazywa Gábor Szabó. Inny znany gitarzysta, Marcin Dymiter, zawsze polecał mi jego płyty, tylko dotąd się nie złożyło, żebym się z nimi zapoznał. Ale wierzyłem, że są dobre – i faktycznie są.

Z mojej perspektywy rok 2024 rzeczywiście był bardzo obfity w udane próby dążenia ku nowości. Natomiast rok 2025 zdawał mi się już dużo mniej ciekawy. Czyżby Twoja teoria o tym, jakoby od 1973 roku co trzynaście lat zdarzał się najlepszy rok w muzyce, kapitulowała? Przypomnijmy, że są to kolejno lata 1986, 1999, 2012 i właśnie 2025.

Na to wychodzi. Może nastąpiło przebiegunowanie, a może trzeba wziąć poprawkę na te obliczenia i wprowadzić rok przestępny? Ale to już przekracza moje zdolności – do skonstruowania precyzyjnego kalendarza potrzeba ściślejszego umysłu. Niemniej w tym roku numerologia znów stoi po naszej stronie. Kiedy w 2015 roku udzielałem wywiadu dla „Dwutygodnika”, zauważyłem, że mam czterdzieści pięć lat, a Świetlicki pięćdziesiąt cztery. Teraz ja mam pięćdziesiąt sześć, a on sześćdziesiąt pięć. To dobry znak, więc uznałem, że trzeba odkurzyć nasz zespół Najprzyjemniejsi.

A w 2024 roku ukazało się sporo ciekawych rzeczy, właściwie takich niespodzianek. Dave Graney zrobił aż dwie całkiem różne płyty, The Innocence Mission się obudzili, tak jak to robią co parę lat – bardzo fajnie. Co tam jeszcze było?

Najlepsza solowa płyta Thurstona Moore’a – „Flow Critical Lucidity”.

No właśnie. Nie wiem, kto się teraz zbudzi. Czytałem, że Souled American, wynalazcy alt-country, mają wreszcie wydać nową płytę. Nagrywali ją ponoć jeszcze w 2024 roku i przez cały 2025. Siedem czy osiem lat temu żona jednego z tych panów została zapytana na Facebooku o ich nową płytę, na co odpowiedziała, że naprawdę ciężko nad nią pracują. Poprzednią wypuścili w 1996 roku… Dawniej wystarczyło pół godziny, żeby zespół nagrał album. Oczywiście żartuję, ale teraz to już nie jest aż tak niespotykane, żeby pracować nad takim projektem dwadzieścia lat. Kiedyś się mówiło, że Scott Walker co jedenaście lat się zaszywa na bezludnej wyspie i tworzy; to było szokujące. „Mag, geniusz” – tak się mówiło. Co tu dużo gadać: dzisiaj coraz trudniej z muzyki wyżyć, więc spada na niższe miejsce w hierarchii potrzeb, o ile nie chce się grać komercyjnie albo składać wniosków na te przeklęte granty. Z drugiej strony, od kiedy technologia weszła pod strzechy, to paradoksalnie coraz łatwiej jest ją robić na poziomie profesjonalnym.

Jestem dość sceptyczny, jeśli chodzi o wielkie powroty po latach, więc mam obawy co do Souled American. Doświadczenie pokazuje jednak, że te powroty coraz lepiej się kończą. Na blogu Przyzwoitości sam odnotowywałeś, że 2012 rok odznaczał się silną emanacją „stylu późnego”. Wskazywałeś na „The Seer” Swans i „Bish Bosch” Walkera. Obie płyty były rewelacyjne i charakteryzowały się wyraźnym odrzuceniem przeszłości. Zresztą takie odrzucenia zdarzały się wówczas często. Wire czy Caetano Veloso też wydawali wtedy coraz dziwniejsze rzeczy. Stare dziady po prostu zaczęły znowu eksperymentować. Ostatnio podobnie zachowali się Moore, Kim Gordon czy wspomniany przez Ciebie Graney. Coś chyba jest na rzeczy.

Metrykalnie się starzejemy, a mentalnie część naszej populacji stoi w miejscu – w dobrym tego słowa znaczeniu, bo wychodzi na to, że młodniejemy. Kiedyś się mówiło „wiecznie młodzi trzydziestolatkowie”, potem „wiecznie młodzi czterdziestolatkowie”, teraz „nie wiadomo od kiedy, ale już pięćdziesięciolatkowie” i cały czas człowiek czuje to swędzenie plazmy. Hasła „eksperyment”, „gitara”, „dobry tekst” cały czas są ważne i są nośnikiem jakiejś ciekawej myśli. Moja ulubiona niemuzyczna felietonistka „Guardiana”, Arwa Mahdawi, nazwała pokolenie X „Szwajcarią wszystkich generacji” – nie tracimy czasu na użeranie się z boomerami czy zetkami.

Skąd myśl, że to właśnie 1973 rok był najlepszym w historii muzyki?

Zauważyłem to. Gdy słuchałem muzyki, która mi się podobała, to za każdym razem okazywało się, że jest z 1973 roku. Biorę płytę, patrzę na datę wydania, no i widzę 1973. Biorę kolejną – to samo. Big Star z „Radio City”, Faust z „Faust Tapes”. Najlepsza polska płyta tamtych lat, zespół Nurt – zgadnij, z którego roku. Nie dało się tego nie zauważyć. Podobnie: kiedyś zdarzyło mi się w radiu usłyszeć bardzo kiepską piosenkę… Pretensjonalną, z niefajnym tekstem, zaśpiewaną minoderyjnie. Pomyślałem, żeby zapamiętać kto to, a w przyszłości unikać. To była Maria Peszek. Minął miesiąc i znowu usłyszałem jakąś kiepską piosenkę; czekałem, aż powiedzą, kto ją zaśpiewał, no i padło: „śpiewała Maria Peszek”. Ze trzy razy mi się to zdarzyło. Przypadek? Tak samo właśnie było z rokiem 1973, 1986, nawet 1999. Wszystkie najfajniejsze płyty zgrupowały się właśnie w tych latach. Lepsze wiatry wtedy wiały. Odwrotnie do 2025 roku, kiedy to wiały wiatry gorsze.

W życiu nie postawiłbym na rok 1973. Jako wielki admirator nowofalowej rewolty wskazałbym może na rok 1979. Nieprawdopodobnie kreatywny moment – wtedy ukazały się wszystkie te najważniejsze postpunkowe debiuty. Naprowadzono muzykę na nowy tor.

Można tak powiedzieć, tyle że to był jeden styl. Wszystkie zespoły były z jednej bandy. Chociaż każdy prezentował coś innego, to wywodzili się z tej samej podgrupy. A w 1973 roku to i soulowe, i jazzowe, i folkowe rzeczy powychodziły, całkiem przełomowe. Chociaż były wyjątki, bo na przykład Joni Mitchell, najwybitniejsza – jak to dzisiaj słyszę – nie wydała wtedy swojej najlepszej płyty. Mój ulubiony zespół Yes zaliczył z kolei największą porażkę – płytę „Tales from Topographic Oceans”. Trzeba jednak pamiętać, że to była płyta, która dotarła na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów.

To zupełnie nie wyklucza, że była porażką.

Jeżeli zdamy sobie sprawę z tego, że to dwupłytowy album z czterema dwudziestominutowymi utworami, kliniczny przypadek elephantiasis, to jednak robi to wrażenie. A teraz się nie zdarza. Ostatni raz chyba „III Symfonia” Henryka Mikołaja Góreckiego odniosła taki sukces. Muszę tu zaznaczyć, że my w Słupsku znaliśmy ją wtedy na pamięć, mój winyl z tą symfonią zdążył się już wtedy zniszczyć.

fot. Daria Kędziora

Mówiąc o swoich gustach, wielokrotnie deklarowałeś przywiązanie do figury hipstera. Mógłbyś to rozwinąć?

To nie jest moja opinia. Już dawno temu moi znajomi mówili, że jak ja polecam wszystkim wokoło coś fajnego – niekoniecznie muzykę – to dwa lata później wszyscy się tym jarają. Tak było w przypadku wspomnianego już Góreckiego, Jima Jarmuscha albo Monty Pythona. Ja się chyba tym hipsterem urodziłem, bo zawsze miałem jakiś estetyczny kompas. Nawet za dzieciaka, jak słuchałem Bee Geesów, to Boney M. byli spoko, ale już ten zespół od „Słońca Jamajki” od razu był dla mnie ściemą.

Dostrzegasz jakieś stylistyczne lub ideowe podobieństwa, które powracały w tych trzynastoletnich interwałach?

Najdziwniejsze jest to, że nie. Nie było parasolki, pod którą by się to wszystko mieściło. Jakoś tak się złożyło po prostu, że małym, dużym, grubym i chudym lepiej było wtedy grać. Czy te lata się jakoś wyróżniały? Roku 1973 nie mogę pamiętać. Rok 1986 pod względem mody szorował po dnie. A rok 1999, dekada Billa Clintona, był czasem wielkiej imprezy. Ten świat w swoim szaleństwie jest po prostu nieprzewidywalny, ale nie jest to zbyt mądra konstatacja. Jeśli chodzi o różnice, chce mi się zażartować, że żadnych nie widzę, że w ogóle nie rozróżniam, czy to rok 1973, czy 1999, to brzmi tak samo… W sumie zespół Faust wydał świetne płyty w obydwu tych rocznikach. Z tego, co się orientowałem, to całkiem sporo ludzi – nie tylko ja – uważa „Ravvivando” z 1999 roku za ich najlepszy album w ogóle.

Pamiętam, jak kiedyś zachwycałeś się piosenką The Vaselines „I Hate the ’80s”. „I hate the ’80s ’cause the ’80s were shit” – tak śpiewali. Święte słowa, zwłaszcza w kontekście ich drugiej połowy.

Wiesz co, ten rok 1986 chyba jednak miał jakiś wspólny mianownik: po „angularnej” pierwszej połowie ejtisów twórcy zatęsknili za psychodelią i nieoczywistymi brzmieniami późnych lat 60. Syd [Barrett – przyp. MS], Scott [Walker – przyp. MS], scena Canterbury, kapele typu Creation czy Move, nawet folk rock – tamten kontrabasista z Pentangle, który zmarł niedawno [Danny Thompson – przyp. MS], grał wtedy na płytach Davida Sylviana, Kate Bush i stu innych. I wszystko to się wtedy na tę nową muzę przesączyło. Geniusze post-punka z This Heat wydali wtedy sielankową płytę jako The Camberwell Now. To samo XTC. Nawet ci wariaci ze Stump też w gruncie rzeczy uaktualnili stylistykę Captaina Beefhearta. Czyli pierwsza fala nostalgii przyniosła jednak nowe i twórcze rozwiązania.

A teraz przynosi?

Z żalem zauważam, że nie zauważam. Ale o jakich przykładach mówimy: o kapeli Molchat Doma? Nie czuję w tym nowego smaczku, nawet nowej przyprawy, i nie porywa mnie to, ale publiczność swoją mają i to doceniam. Już bardziej cieszą mnie takie eksperymenty myślowe, jak płyta zespołu Julie: „wyobraźmy sobie, jak mógłby wyglądać następny album My Bloody Valentine, gdyby nie poszli w stronę »Loveless«”. Ale to, jak mówię, ćwiczenia stylistyczne. A Ty widzisz jakieś jaskółki zmian w 2026 roku? Będzie dobry?

Dwa lata temu pytałeś mnie o to samo i udzieliłem rozczarowującej odpowiedzi.

No, a teraz?

Chyba też. Jaskółek nie widzę, ale z wielkim entuzjazmem obserwuję trwające już dość długo odrodzenie minimalizmu. Titanic Sea Moon zdecydowanie jest jego częścią, tak jak Water Damage, Toc, Jeff Parker, Oren Ambarchi z „Ghosted”. The Necks wydali przecież swoją najlepszą i najdłuższą zarazem płytę na starość, bo dopiero w ubiegłym roku. Wydaje mi się, że w tym wszystkim chodzi o odzyskiwanie czasu, przestrzeni i koncentracji w rzeczywistości, która jest okropnie przestymulowana. Raczej się tego kontekstu zbyt często nie dostrzega.

No to najnowsza muzyka Titanica, którą będziemy teraz grać na żywo i nagrywać na płytę, powinna Ci się spodobać. Coraz bardziej minimalizujemy; nie ma czasu sublimować, trzeba napierdalać. To jakiś duch naszych czasów? Z czego on się bierze?

Ty mi powiedz.

Z tego, co ludzie robią – cóż za odkrywcze spostrzeżenie. Chyba nie ma czegoś takiego, że widmo krąży i nas chwyta. Co, będziemy psioczyć na ogólną sytuację polityczną? Trochę niby można. Zawsze byłem za eskapizmem i za tym, żeby to właśnie pięknoduchowska sztuka była odpowiedzią na problemy świata. „Ojczyzna potrzebuje ekscentrycznych nierobów” [cytat z utworu „O.P.E.N.” Przyzwoitości – przyp. MS]. Ale przychodzi czas, gdy faktycznie coś trzeba zrobić. Chociażby jak ci Islandczycy, którzy na Eurowizji machali flagą Palestyny. Ktoś mówi: „gramy dla wszystkich”. Naprawdę tak samo gracie dla tych, którzy chcą, żeby Ukraina była wolna, i dla tych, którzy chcieliby ją rozjebać i wsadzić pod ruski but? Ja tak nie chcę grać. Powiedzmy to otwarcie, faszyzm panoszy się po świecie i nie stać nas chwilowo na luksus wsłuchiwania się w subtelne zmiany akordowe tudzież podziwiania kunsztownej formy kompozycji, symetrycznej czy też asymetrycznej. Był czas na Briana Wilsona czy Fleet Foxes, teraz jest czas na, kurde, nie wiem co. A przynajmniej nie wiem, jak to powiedzieć, żeby nadawało się do publikacji. Mój przyjaciel, dość znana postać – tutaj niech pozostanie anonimowa – pokazał się ostatnio w kożuszku. I chyba wyczuł, że chciałem go o niego zapytać, bo sam zaczął objaśniać, że bawił w jednym z krajów byłej Jugosławii. Spotkana przez niego starsza pani zmartwiła się, że on jest takim chudzielcem, a na zewnątrz zimno, więc postanowiła dać mu kożuch po nieboszczyku mężu. Byli podobnego wzrostu, więc okrycie się sprawdziło. W czasie wojny ów nieboszczyk mąż był, jak w piosence Kazika, „partyzantem Broz Tity” – w tymże kożuszku latał po lesie i strzelał do faszystów, a do tego strzelał celnie. Tradycji generalnie nie lubię, ale do niektórych możemy nawiązywać. Na pohybel sukinsynom, jak mawiał prezes Dyzma.

To przywodzi mi na myśl punk rocka, chociaż zastanawiam się, czy za tym może dziś pójść coś więcej? W geście wydobycia hałasu z gitary zawsze będzie coś imponującego, ale wyobraź sobie, że gdy będziemy rozmawiać o Twojej teorii za trzynaście lat, to będzie 2038 rok (o ile w ogóle będzie). Czy wtedy nadal będziemy słuchać kolejnych naśladowców Sex Pistols albo Joy Division? Jest w tej wizji coś naprawdę smutnego. Już i tak za dużo tego powstało.

Ja tam wierzę młodzieży. Powiem więcej – współczuję. Ludzie w moim wieku nie mieli aż tak dużo muzyki do poznawania, bo od połowy ejtisów wszystko się już wchłaniało na bieżąco: 4AD, Soniców, Killing Joke, grandż, srandż. A te bidulki mają na starcie pięć dekad do opanowania i jeszcze przemądrzałych staruchów, którzy gnoją wszelkie ich próby oryginalności, mówiąc, że żeby móc łamać zasady, trzeba je wszystkie najpierw poznać. Mam wielką nadzieję, że ci młodzi im przypierniczą, i to porządnie.

W jaki sposób mają to zrobić?

Nie wiem, stary jestem. Oni najlepiej wiedzą, gdzie konkretnie wbić ten nóż w plecy. W 1991 roku to Guns N’ Roses byli gwiazdami i wszystkim miały spaść kapcie po wydaniu ich płyt, a tym cieniasom z Nirvany wytwórnia prognozowała, że jak sprzedadzą pięćdziesiąt tysięcy egzemplarzy, to będzie dobrze.

Potrafisz sobie w ogóle wyobrazić muzykę za trzynaście lat?

Oczywiście! Zawsze wygrywa to, co głupsze, prostsze, bardziej krzykliwe. Nirvana to akurat wyjątek: jedno z tych zaburzeń genetycznych, które prowadzi do rozwoju gatunku, tak jak pojawienie się mowy artykułowanej. To, na co ludzie psioczą, wygra. W latach 70. mówiono, że są, owszem, jakieś maszyny, które ze swoich obwodów elektronowych wydają automatycznie równe dźwięki perkusyjne, ale żaden muzyk nie upadnie tak nisko, żeby stosować je do czegoś więcej niż akompaniament do ćwiczeń, bo przecież nie ma w tym żadnej iskry artyzmu.

Simon Reynolds, autor „Retromanii”, uznał niedawno, że nie chce być zapamiętany jako „zrzęda”, więc napisał „Futuromanię” – studium muzyki zapatrzonej w przyszłość. Jeszcze go nie czytałem, ale z wywiadów, których przy okazji premiery tej książki udzielił, wywnioskowałem, że skupia się tam niemal wyłącznie na elektronice.

I tu Reynolds się myli, bo to nie o treść chodzi, tylko formę – powiedziałbym nawet, że sformatowanie. Zespół Ich Troje przez pierwsze kilka lat istnienia, przed tymi megasukcesami, wyróżniał się tym, że strasznie to było głupie, wyraźnie głupsze niż twórczość konkurencji. A przecież to wcale nie są głupi ludzie.

Co masz na myśli?

Co mam na myśli, mówiąc, że to nie są głupi ludzie? To, że nimi nie są. Inteligentnie zdiagnozowali w swoim czasie, gdzie leżą konfitury, i dokładnie całą półeczkę wyczyścili, innym zostawiając słoiki do wylizania. Kiedyś powiedziałbym, że to cynizm; teraz widzę, że to po prostu biznes. Biznes, który nic nie ma wspólnego z jakąkolwiek sztuką. Wyczuć, gdzie ludzie mają słabość, i zaatakować ich z tej strony. A zawsze ogół publiczności będzie tęsknił do muzyki równo zagranej, jasno brzmiącej i poruszającej tematykę zabawową. I ja to zrozumiałem w chwili przebłysku, widząc w 2001 roku w telewizji wiec przedwyborczy SLD z udziałem zespołu, o którym mówimy. Entuzjazm na estradzie i wśród publiczności sięgał zenitu; na scenie, wśród chóru postaci, stał Leszek Miller ze zmęczonym uśmiechem, podśpiewując półgębkiem: „chodź, pokażę ci, czym moja miłość jest, dla ciebie zabiję się”. Oznaczało to: kochani, akceptuję was wszystkich wraz z waszym koszmarnym gustem, jesteśmy jedną wielką wspólnotą i to my, a nie jacyś smętni inteligenci, zaraz wygramy te wybory. I to jest przyszłość!

Jaki jest Twój stosunek do używania sztucznej inteligencji w muzyce? Do pewnego stopnia akceptujesz czy radykalnie odrzucasz?

Zawsze mam na to pytanie tę samą odpowiedź: widząc, co wyprawiają niektórzy przedstawiciele żywej inteligencji, cieszę się na nadejście sztucznej.

Kolega powiedział mi jakiś czas temu, że upowszechnienie dostępu do AI zaczyna „oczyszczać rynek z kiepskich grafików, którzy się szarogęszą”. Z jednej strony nie chce mi się wierzyć, że tak może być w muzyce, ale gdy widzę skalę ironicznej aprobaty dla Kutas Records podpartą argumentem, że to jest rzekomo „i tak lepsze niż dziewięćdziesiąt procent polskiej muzyki”, to wydaje mi się to okropnie żenujące, nudne i mocno pesymistyczne.

Czyli co: dobra puenta, złowieszcza taka, że jednak nas nie zjedzą, tylko zjemy się sami? Wszystko ku temu zmierza. Myślę, że tak jak grafiką AI już wszyscy rzygają, to jeszcze moment i tą muzyką też będziemy. Co zostanie? Poezja i dobroć, jak mówił Cyprian Kamil Norwid.

Wspomniałeś, że numerologia jest w tym roku po naszej stronie. Skąd u Ciebie ta ufność pokładana w liczbach?

Wszystkim rządzą liczby, rytmy i cykle. Jako perkusista tym wszystkim oddycham. No przecież.

Jesteś przesądny?

Oczywiście! Czarny kot przynosi szczęście, a zakonnica pecha. To Ty nie wiesz?

W 2024 roku, po prawie dwudziestu latach, jako Przyzwoitość wydałeś wreszcie płytę „Eryk, mówiący banan”. Teraz zapowiadasz powrót do materiału Najprzyjemniejszych, który od dekady leży w szufladzie. Czyżbyś na starość postanowił pozałatwiać niedokończone sprawy?

No, jest ten głos z tyłu czaszki dobiegający, że cyk i zaraz nie będzie można. To tak jak Damnedzi, których zapytano, dlaczego zeszli się w oryginalnym kwartecie – powiedzieli, że nie chcieli spotkać się w trzech na pogrzebie i żałować, że nie zagrali w czterech jeszcze raz. Ale bardziej serio: po prostu czuję, że mam tam kilka niezłych kompozycji i nie ma powodu, żeby nie ujrzały światła dziennego. Najlepiej, żeby stało się to pod szyldem Najprzyjemniejszych, ale jeśli się nie uda, to będzie z nich część następnej płyty Przyzwoitości.

Czyli przed Przyzwoitością rozciąga się jeszcze jakaś przyszłość?

Przyzwoitość ma kolosalną przyszłość – świetne hasło mi wyszło! Cały czas coś powstaje, ale w tempie, o jakim wspominaliśmy, każda kolejna płyta to będzie wielki powrót. „Eryka…”, płytę, którą po kilkunastu latach sam wyprodukowałem – łącznie z przygotowaniem grafiki do druku – wypromowałem tak, jak umiałem. Wciąż mam nowe pomysły, zarówno muzyczne, jak i tekstowe. Ostatnio napisałem też trochę tekstów dla Titanica, więc chyba Przyzwoitość musi poczekać. O, a teraz mi tytuł filmu wyszedł.

Tak jak dwa lata temu, muszę Cię jeszcze dopytać, czy myślisz o powrocie do pisania o muzyce. Brakuje Ci tego?

Powiem prawdę. Rok temu miałem już w głowie ułożoną całą recenzję reedycji płyty Zbigniewa Wodeckiego, tylko byłem zbyt zajęty pracami nad płytą Przyzwoitości, żeby to zmaterializować. Mam pewne plany na ten rok, ale najpierw może zacznę je realizować, a potem upubliczniać.

Rafał Szymański, z którym grasz w Titanic Sea Moon, wspominał, że namawia Cię, byś napisał autorską historię polskiej muzyki po wojnie. Co Ty na to?

Od przyszłego tygodnia już kończę z prokrastynacją.