Ponoć istnieją książki, dzięki którym nasz świat będzie lepszy. Tak napisał Adam Lipszyc w blurbie do „Nowoczesności na haju” Michała Herera. Nie jestem pewny, czy dokładnie tak bym tę maksymę sformułował – a przynajmniej w odniesieniu do tej pozycji – ale jestem przekonany, że istnieją takie, dzięki którym nasz świat jest ciekawszy i bogatszy w nowe obserwacje. Lipszyc pisał nie recenzję, a blurba, który rządzi się specyficzną poetyką – możliwe więc, że ostatecznie mamy na myśli to samo. Mnie lektura eseju Herera pozwoliła na uporządkowanie zjawiska, które śledziłem od kilkunastu lat: znaczenie narkotyków dla amerykańskiej literatury. Spore znaczenie miała tu proza Williama Burroughsa.
Pierwszy raz przeczytałem „Ćpuna” Burroughsa w wieku dwudziestu lat. Nie zrobiłem tego z powodu chwytliwego tytułu czy tematu. Nie załapałem się na zbiorową fascynację powieściami o narkotykach, czyli „My, dzieci z Dworca Zoo” Christiane F. czy „Pamiętnik narkomanki” Barbary Rosiek. Kierowała mną młodzieńcza fascynacja bitnikami. Choć moim ulubionym z trzech filarów ruchu – Burroughsa, Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca – był ten ostatni, to Burroughs wydawał mi się najbardziej cool. Kerouac trafiał do mnie swoją wrażliwością i naiwnością, Ginsberg imponował pewnością siebie i obyczajowym wyzwoleniem, Burroughs natomiast wymykał się wszelkim klasyfikacjom. Nienagannie ubrany, oczytany intelektualista, który uzależnił się od heroiny. Homoseksualista i mizogin, który zastrzelił swoją żonę. Okultysta i szur, podchodzący do wszystkiego zimno i racjonalnie. Nie bez powodu Herer pisze, że „Zdarzenie imieniem Burroughs jest czymś tak nieprawdopodobnym i tak trudnym do zakwalifikowania, że wydaje się do pojęcia wyłącznie jako anomalia, odstępstwo” (s. 215).
Po latach mam coraz więcej wyrozumiałości dla życiowych wyborów Kerouaca i proporcjonalnie mniej cierpliwości dla jego spontanicznej prozy. Natomiast naiwna fascynacja Burroughsem jako osobowością przeistoczyła się w szacunek dla jego pisarstwa. Z tego powodu z pewnego rodzaju ekscytacją sięgnąłem ponownie po jego debiutancką powieść (często nie zaliczaną do kanonu autora), „Ćpuna”, który ukazał się właśnie w nowym tłumaczeniu.
Jak powiedziałem, czytałem ją już jednak inaczej – perspektywa zmieniła się nie tylko dlatego, że zyskałem życiowe doświadczenie, ale także dlatego, że czytałem Burroughsa przez pryzmat książki Herera: tego, co mi uświadomiła i tego, z czym miałem ochotę polemizować.
W „Nowoczesności na haju” Burroughs odgrywa prominentną rolę jako mimowolny symbol buntu wobec mieszczańskich norm. Herer czyta literaturę jako dowody przemian społecznych – to perspektywa, która często świetnie się sprawdza. Idąc za tym założeniem, używa trzech dzieł, by pokazać, jak kształtowała się nowoczesna podmiotowość. To znów chwyt znany (w pamięci mam choćby Jonathana Crary’ego, który w „Zawieszeniach percepcji” używa trzech obrazów, by pokazać przemiany w nowożytnym postrzeganiu rzeczywistości na przestrzeni lat 1880-1905), ale w tym przypadku ryzykowny. Czasem warto takie ryzyko podjąć, by lektura „pracowała” w czytających.
Książka Herera obejmuje okres od połowy XIX wieku do lat siedemdziesiątych wieku XX i poświęcona jest wpływowi narkotyków na mieszczańską tożsamość – poczynając od jej początków, aż po czas, który autor identyfikuje jako jej prawdopodobny zanik. Jako trzy historyczne ośrodki tego procesu wymienia dwa miasta i jeden kraj: XIX-wieczny Paryż, Berlin z pierwszej połowy XX wieku i Stany Zjednoczone (jako całość) z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego stulecia. Wpływ zakazanych substancji Herer rozumie jako transgresję w służbie podtrzymania kruchych granic mieszczaństwa, bo narkotyki zawsze stanowiły jedynie tymczasową ucieczkę od codziennych udręk. A tych mieszczanom nigdy nie brakowało.
Burroughs tymczasem zdawał się używać narkotyków odwrotnie: nie żeby się wyłączyć, ale żeby móc wraz z wejściem w dorosłość stać się częścią rodzącego się neoliberalizmu. Nie dotyczy go to, co Herer określa „afektem antymieszczańskim” (s. 13), więc bunt wobec mieszczańskiego etosu, który jest sprzeciwem wobec imperatywu produkcji, stanowiącego podwaliny kapitalizmu. Mieszczan – sukcesywnie przekształcających się podczas wywodu filozofa w klasę średnią – jako zbiorowości raczej nie porwał heroinowy nałóg, o wiele mocniej jednak miała uderzyć w ich współczesny odpowiednik opiatowa epidemia XXI wieku. Szukając recepty na fizyczny ból, często wywołany latami pracy w celu utrzymania statusu, sięgano po tabletki – o wiele wygodniejszy, przystępniejszy i pozornie bezpieczniejszy sposób przyswajania narkotyku. Jak pisze w poświęconej epidemii książce „Dreamland” Sam Quinoes: „Opiatowe tabletki przeciwbólowe okazały się nośnikiem, za pomocą którego heroina trafiła do głównego nurtu życia społecznego” (s. 23). Ich ograniczona dostępność na receptę i wywołany nimi głód, jednakże pchnęły część uzależnionych ku heroinie i jej podobnym substancjom, dla lepszego efektu wstrzykiwanym dożylnie. Tym sposobem spełniła się przestroga Burroughsa o narkotykach jako globalnym wirusie.
Debiutancką powieść Burroughs (początkowo wydaną pod panieńskim nazwiskiem matki) oparł na własnych przeżyciach – William Lee stanowi alter ego autora, a jego doświadczenia są delikatnie podkoloryzowanymi doświadczeniami pisarza. Przypadłością bitników było, że ich pisarstwo najbardziej poruszało, gdy pisali o sobie – idąc za tym tropem, głównego bohatera powieści będę przedstawiał jako samego autora „Ćpuna”, „Pedała” czy „Nagiego lunchu”. Burroughs jeszcze jako dziecko oznajmił: „Jak dorosnę, będę palił opium”, ale ostatecznie zdecydował się na inny opiat, heroinę. Słowa „zdecydował” używam tu nie bez powodu, bo Burroughs dobrowolnie wybierał „emigrację wewnętrzną” za pośrednictwem narkotyków i to dzięki nim zdobył „poważną motywację, żeby rozejrzeć się za zarobkiem”. Pisarz nie odurzał się tylko heroiną, ale też amfetaminą, kokainą czy marihuaną. Jak zauważa Tadeusz Pióro w kolekcji esejów poświęconej autorowi, „przez mniej więcej pięćdziesiąt lat był Burroughs takim lub innym środkiem odurzony niemal permanentnie” (s. 42).
Na kartach powieści wywodzący się z bogatego domu – rodzice mają służących, autor nawet w głębokiej dorosłości otrzymuje miesięczne kieszonkowe – Burroughs otacza się różnymi szemranymi typami, którzy wiedliby wygodne życia, gdyby nie narkotyki. Chris „ma dzianych starych i żyje z kieszonkowego”, Marvin pracuje jako kelner „na pół etatu w nocnym klubie w Village”, a „bezrobotny taksówkarz Kelly” dorabia, sprzedając prezerwatywy. Jak zauważa Herer, Burroughs „niczym wytrawny antropolog, badający obyczaje dzikich ludów, opisuje plemiona narkomańskiego półświatka” (s. 222), szczególnie krytycznie odnosząc się do palaczy marihuany, których bardziej interesuje gadanie niż zysk. Sama narkomania nie jest poddana krytyce, co było wbrew wymogom serii w jakiej ukazało się w 1953 roku pierwsze wydanie „Ćpuna”. Jak pisze Pióro we wstępie do wspomnianej kolekcji: „powieść o narkomanie miała być umoralniająca i «ku przestrodze»” (s. 11).
To, że amerykańskie społeczeństwo lat pięćdziesiątych potrzebowało umoralniania, nie powinno dziwić, szczególnie po lekturze książki Herera. Filozof rekonstruuje, jak i dlaczego nowoczesne społeczeństwa zachodnie uznały narkotyki za niebezpieczne, zakazując ich konsumpcji w imię wyższego dobra. Kontekst i pobocza są dla niego tak istotne, że tekst tonie w przypisach, co nie ułatwia lektury. Mosty budowane między konkretnymi punktami w czasie przez Herera są momentami chybotliwe i choć daje się przez nie przejść, łatwo odnieść wrażenie, że konstrukcje mogą w każdej chwili runąć. Prowokowało mnie to do zastanowienia, jak tę strukturę można ulepszyć lub czy można inaczej zaplanować połączenie pomiędzy elementami. Na pewno przydałoby się uporać z definicją narkotyków, która jawi się jako nośna, lecz dość luźna kategoria. Jej przyjęcie zmusza autora do omawiania w jednym rozdziale, przykładowo, LSD i heroiny, co wymaga sporej gimnastyki narracyjnej.
Wspólne dla książki Burroughsa i wywodu Herera jest traktowanie haju jako okazji do spojrzenia na świat z innej perspektywy (jedno ze zdań powieści mówi o tym wprost) i dostrzeżenia pewnych prawidłowości. W debiucie autora „Queer” widać zalążki rozwiniętych później przez Burroughsa koncepcji wykraczających poza doświadczenie cielesne, jakim jest dla niego haj i poszukiwanie go. „Ćpun” od późniejszych książek nie różni się tematycznie, ale odróżnia się stylem.
Jak na tym tle wypada nowe tłumaczenie? Na pewno brzmi bardziej na czasie niż pierwszy przekład, w związku z tym aura autora jako kogoś wyjątkowo „cool” wciąż się utrzymuje. Teresa Tyszowiecka nie miała w tym zakresie prostego zadania, mimo że „Ćpun” jest chyba najbardziej „przetłumaczalną” książką Burroughsa. W późniejszych powieściach pisarz posługuje się stylem tak specyficznym, że (moim zdaniem) niemożliwością jest dokładne przełożenie, przykładowo, „Nagiego lunchu” na jakikolwiek inny język (w tym również język filmu).
„Ćpuna” kończy wspomniana już obserwacja: „Haj to postrzeganie świata z niezwykłej perspektywy. To chwilowa wolność od dyktatu starzejącego się, unikającego ryzyka, zrzędliwego, tchórzliwego ciała”. Burroughs nie znalazł tego, co miał nadzieję odkryć za pośrednictwem yagé (ayahuaski) na końcu „Ćpuna”, ale poszerzona perspektywa uczyniła z niego lepszego pisarza. I choć w ogólnym rozrachunku jego książka może nie uczyniła świata lepszym, nie przeszkadza to zachwytowi nad stylem: językiem, jakim została napisana.