Z Dorotą Masłowską, laureatką Poznańskiej Nagrody Literackiej – Nagrody im. Adama Mickiewicza, rozmawia Piotr Dobrowolski
Dorota Masłowska: Miło, że wyznaczono mnie na kobietę-Mickiewicza. Choć Adam byłby może nieco zdziwiony, że my pisarki opowiadamy teraz Polskę ramię w ramię z mężczyznami. Ale serio, serdecznie ucieszyłam się z tej nagrody. Czasem czuję, że jako osoba z wieloma wyróżnieniami, a mimo to wciąż tworząca ciekawe rzeczy, jestem w kłopotliwej kondycji. Bo trochę nie ma mnie już po co nagradzać.
Z kanonem jestem silnie związana emocjonalnie. Kocham język polski, polska literatura mnie stworzyła. Dała mi szansę na pogłębione rozumienie świata i prowadziła mnie poza granice tego, co namacalne i rzeczywiste; zainspirowała mnie do podjęcia pierwszych prób artystycznych. W tym sensie jest mi bliska, ale nie mogę powiedzieć, żebym na co dzień sięgała po „Dziady” albo „Beniowskiego”. Nie wiem, czy potrafiłabym dzisiaj się tak skupić, żeby znowu czytać takie rzeczy. Ale potrafię rozpoznać w sobie taki rodzaj dumy i doniosłości, że robię coś, co jest wykrzaczoną kontynuacją tego szlachetnego zrębu.
Zawsze staram się eksplorować jakiś nowy dla mnie wymiar czy odcień języka. Dużo osób zarzuca mi jednak coś całkiem przeciwnego: że ciągle piszę tę samą książkę. Ja właściwie nie mam nic przeciwko temu: praca, którą wykonuję, odbywa się na języku. On zmienia się w czasie i względem okoliczności, a ja łapię tę jego zmienność i wykorzystuję ją jako swój idiom literacki. Czasem udaje mi się złapać coś większego niż to, co jestem w stanie objąć rozumem. Zdarza się, że umiejętnie pochwyciwszy sposób, w jaki ludzie się wypowiadają, sięgam dalej niż moja spostrzegawczość czy wyobraźnia. To pozwala mi czasem dotknąć metafizycznego miejsca, gdzie przemawia przez nasze usta coś większego.
Z grubsza tak. W młodości trudno było mi znieść jałowość i dosłowność mojej rzeczywistości. Literatura i pisanie pozwoliły mi znaleźć klucz do magicznego ogrodu, który oczywiście był niesłoneczny i dość ponury, ale jednak był rozszerzeniem, innym wymiarem, innym światem. Ten sam impuls miewam też teraz. Ale nie zawsze – dzisiaj, kiedy czuję się spełniona na różnych polach, rzeczywistość wystarcza mi na dłużej. Nie muszę pisać, by uciekać ze swojego życia, bo ono jest bogate, spełnione. Ale z kolei zdarza mi się, że tworzę inaczej: piszę, maluję, komponuję piosenki. No i cokolwiek to jest, uczucie przechodzenia do tego ogrodu powraca. To wrażenie jest na tyle silne, że bez niesmaku mogę je ubrać w taki banalny obraz. Ten stan mogę porównać do przeżyć pod wpływem substancji psychodelicznych – tworzenie sprawia, że doświadczam czegoś na kształt poszerzenia percepcji, widzę wszystko spokojnie i z oddali.
Czasem przytłaczają mnie problemy, z którymi – jak każdy człowiek – muszę się konfrontować. Kiedy piszę, tworzę, mogę je animować. Czuję wtedy cudowny, magiczny dystans, jakbym wznosiła się ponad ziemię. Nawet najbardziej krwawe, bolesne doświadczenia stają się substancją, z której mogę lepić światy. Już ta możliwość rewizji i relatywizacji jest niesamowita. Kolejną rozkosz daje artystom możliwość podzielenia się tym przetworzonym cierpieniem z innymi ludźmi. Wychodziłoby na to, że to język umożliwia mi zobaczenie innego wymiaru i przeniesienia się tam. Doświadczywszy tego raz – a pierwsza dawka jest za darmo – chce się przeżywać coś takiego bez przerwy. Ale to niewskazane i chyba zresztą niemożliwe. Dlatego ja to doświadczenie – odruchowo i nieświadomie – sobie dawkuję.
Na pewno kwestionuję to, co i jak mówię oraz jak mówią ludzie wokół mnie. Biorę to pod lupę i powtarzam tak długo i takim tonem, aż ujawni się fałsz. Moja praca opiera się po części na okrucieństwie przedrzeźniania, powtarzania i dystansowania się wobec schematów językowych, w które wszyscy – bez różnicy, czy jesteśmy mądrzy, czy głupi – popadamy. To prowokuje kontrowersje i przysparza mi niewielbicieli. Pandemia używania nieswoich myśli trwa, a nikt nie chce być łapany na bezmyślnym mówieniu. Jednak podstawowego okrucieństwa dopuszczam się na sobie. Posługuję się przede wszystkim własną głupotą. Kwestionuję swój sposób myślenia; infekcje językowe, którymi sama się zarażam. A przy tym ciągle się staram, żeby to, co piszę, było piękne. „Magiczna rana” jest w moim odczuciu książką piękną językowo, chociaż w dużej mierze zbudowałam ją z różnych kalectw i kalek, z językowych i myślowych brudów, które pięknie układam i umajam.
Spotkałam się niedawno z polskimi czytelnikami w Japonii, gdzie przeczytałam fragment „Rękopisu znalezionego w butelce po Fancie”, bo wydawał mi się właśnie piękny, poetycki. I jedna ze słuchaczek tak gwałtownie i boleśnie zaprotestowała – że po co w ogóle piszę w taki sposób i na co komu taka sztuka, czy ja chcę ich wszystkich zranić, obrzydzić im do reszty życie? A druga dodała, że jestem wiedźmą. To mnie urzekło, ponieważ dawno nie słyszałam tyle szczerego i serdecznego, a równocześnie szalenie infantylnego wezwania, by sztuka była piękna. Oczywiście nie zgadzam się z tym całą sobą, ale to mi też uświadomiło, jak bardzo obłudne jest to moje poczucie piękna języka, który jednak jest zrobiony ze śmieci, dysharmonijny i spisany tak, żeby powodował dyskomfort. Moja mama – która nie interesuje się za bardzo tym, co piszę, co jakoś szanuję – powiedziała kiedyś: „Dorotka jest artystką, bo zawsze lubiła robić coś z niczego”. Myślę, że to był bardzo ciekawy wgląd. Klecę z tego, co leży tak bardzo wszędzie, że aż nikt po to nie sięga.
W moim przypadku to nie jest jasna sprawa – wiem doskonale, że moja twórczość wielu odstrasza swoją pozorną miałkością, ordynarnością. A ja jednak wierzę, że potrafię dać czytelnikom coś takiego, co ja otrzymuję od swoich ukochanych autorów i autorek – możliwość nagłego katapultowania się w zupełnie inny wymiar wolności. To jest – czasem ponura, ale jednak – zabawa wyobraźni. Znam to uczucie i właśnie nim chcę się dzielić.
Czasem, ale raczej nieczęsto, trafiam na książki, które potrafią rozgrzać mi mózg do czerwoności. Czytam na co dzień, by nie zapomnieć, jak się czyta. Jednak rzadko pojawia się zachwyt. Do tej pory nikt nie zdetronizował dla mnie Denisa Johnsona, George’a Saundersa czy Lucii Berlin. Chociaż ostatnio chyba poczułam coś takiego znowu przy Leonorze Carrington. Tak czy siak – za każdym razem, kiedy wracam do pisania, niesie mnie jakiś nowy odlot. To nie zawsze jest inspirowane literaturą; robię bardzo różne rzeczy, które pomagają mi w rozwijaniu aparatu pisarskiego. Ostatni rok spędziłam na przykład na nagrywaniu płyty: siedziałam w studiu i pisałam piosenki, zanurzona po uszy w świecie muzyki, bardzo skomplikowanej i bardzo rozmaitej. Z drugiej strony pracowałam przy wystawie koreańskiej malarki SiOn – to niezwykła artystka wizualna, dla której świat to kolory, kształty, symbole, loga, faktury. Ona nawet jak gotuje obiad, to nic nie jest przypadkowe, każdy talerz wygląda jak obraz. Czułam, że jej wrażliwość zmienia sposób, w jaki widzę. To na pewno karmi i rozwija moją wyobraźnię, otwiera na nowe formy ekspresji. Ale co tu się oszukiwać – powinnam pewnie regularnie pisać. Takie regularne wprawki pisarskie to podstawa. Przed „Magiczną raną” przez dwa lata pisałam felietony do „Tygodnika Powszechnego”, które były dla mnie takimi gamami. Dostałam wolną rękę, więc chodziłam po mieście, znajdując rzeczy, których nie umiałam nazwać, ale czułam, że jest w nich coś znaczącego, tylko nieuchwytnego. Musiałam to namacać, wynaleźć innymi zmysłami. To ćwiczenie namierzania niejasnych skojarzeń, wrażeń, błądzenia i znajdowania sprawiło, że „Ranę” pisałam bardzo rozćwiczonym, świadomym i zdyscyplinowanym językiem. Ale dodam, że w tej chwili jestem w takiej wspaniałej sytuacji – mogę sobie pozwolić na robienie i eksplorowanie tego, co mi się podoba, i korzystam z tego.
Oczywiście tak! Na przykład przez ostatnie trzy lata pisałam scenariusze w różnych tandemach. To akurat dryl podwójny – nie dość, że wymusza systematyczność, to potrzebna jest też synchronizacja wyobraźni z drugim twórcą. Wiem, że to potrzebne, ale każdą formę dyscypliny przyjmuję z niechęcią, ponieważ najbardziej chciałabym nie robić nic. A jeśli już miałabym pisać, to najlepiej byłoby tylko pod wpływem natchnienia, które spływałoby na mnie w sposób nadprzyrodzony i nieodgadniony.
To jeden z ważniejszych kluczy do mojej twórczości już od czasu „Wojny P-R”. Wszystko, co pisałam wcześniej, zdradzało jakieś tam umiejętności, ale było płaskie, wymyślone. Dopiero zaprzęgnięcie do pisania poczucia humoru sprowokowało zwrot akcji – nagle artystycznie znalazłam się w zupełnie innym miejscu. Pamiętam euforię, która towarzyszyła temu odkryciu: skakałam z radości, bo to nieprawdopodobnie z dnia na dzień poszerzyło moją swobodę twórczą. I do dziś moim największym szczęściem w pisaniu jest wysmakowany, umiejętnie ukryty, czający się na czytelnika żart. Wtedy czuję trójwymiar. Przez humor zyskuję szczególny rozmach spojrzenia.
Tak, wiadomo – chciałam być poetką. Przecież nawet na Festiwalu Fabuły ładnych parę lat temu Andrzej Stasiuk z Markiem Bieńczykiem, z którymi występowałam, zrobili mi pranka i zaczęli czytać moje wiersze. Oczywiście były dość okropne, ale kiedy Paweł Dunin-Wąsowicz zasugerował, żebym przestała je pisać, to byłam urażona. Ciekawe, że dzisiaj, pisząc teksty na płytę, wracam do poezji. Chociaż ten rodzaj twórczości wydaje mi się tajemniczy i nie zawsze go rozumiem, uwielbiam to robić. Podoba mi się przestrzeń, którą mam w wierszu. Lubię tę impresyjność, niedopowiadanie rzeczy do końca, orbitowanie na granicy sensu i bezsensu. Brak precyzji, który jakby daje większą precyzję. To wszystko mnie ekscytuje, ale też niepokoi na tyle, że na co dzień nie chciałabym przebywać w tak niejasnym świecie.
Za wszystkim, co kiedykolwiek napisałam, stał impuls, żeby zrobić coś innego niż to, czego ode mnie oczekiwano. A to był moment po „Między nami dobrze jest”, w którym poczułam, że jestem już bardzo mocno uwikłana w takie „Co z tą Polską”. Że ciągle ktoś do mnie dzwoni z mediów, żebym coś komentowała, że czai się na mnie jakaś niechciana rola. Potrzebowałam przestrzeni, żeby się odwinąć. Dzisiaj uważam, że eksperyment tamtej powieści skończył się porażką. Widać w niej, że w języku, który jest tak bardzo fikcyjny, skonstruowany, nie pulsuje rzeczywistość – tworzony nim świat okazał się fasadowy i w jakiś sposób jednoznaczny. Nie mienił się znaczeniami.
Dopiero z dzisiejszej perspektywy widzę, jakie to było wszystko trudne. Dostrzegam pułapki i mogę rozpoznać złych ludzi, których spotykałam, podobnie jak fatalne propozycje, którymi mnie zasypywano. Widzę, że popełniłam wiele błędów i rozpoznaję moją bezbronność w tamtym czasie. Myślę, że obroniły mnie punkowo-antysystemowe przekonania z młodości, które były naiwne, ale działały przeciwblichtrowo. Kluczowe było jednak to, że miałam po swojej stronie moc literatury. Pisanie jest oczywiście siłą destrukcyjną, a debiut ściągnął na mnie plagi na miarę plag egipskich, które mogły mnie zniszczyć, jak to, czego w tamtym czasie nie nazywano jeszcze hejtem, ale „komentarzami w internecie”. Ludzie bardzo negatywnie przeżywali moje pojawienie się w literaturze, dyskredytowali mnie, obrażali, zawstydzali, karali za nieuzasadniony awans. Miałam wielbicieli, stalkerów, niechciane listy w skrzynce, psychofanów, którzy jeździli za mną na każde spotkanie. Oto, do czego może doprowadzić literatura. Ale ma także właściwości lecznicze i stabilizujące. Walczyłam więc tym obosiecznym mieczem: kaleczyłam się nim i leczyłam równocześnie. Dzięki tej metafizycznej sile przetrwałam wszystkie te lata i udało mi się nie zostać spadkobierczynią własnej, dawnej chwały. Nadal jestem aktywną pisarką – czuję, że moje imperium nie więdnie, a rozkwita.
Sukces i awans. Jeszcze dobrze nie skończyłam liceum, a wydałam książkę, zarobiłam duże dla mnie pieniądze, spotykałam osoby takie jak Leszek Kołakowski czy Andrzej Wajda, telefon się urywał. Myślę, że chodziło o prestiż, możliwości, niewybaczalny skok w hierarchii społecznej. I o to, że byłam dziewczyną.
Grzegorza Jarzynę poznałam na koncercie Jimiego Tenora w Teatrze Rozmaitości w 2002 roku. Już wtedy sugerował, że mogłabym pisać dla teatru, ale wydało mi się to bardzo odległe i nierealne. Na jego zaproszenie odpowiedziałam cztery lata później, pisząc „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”, których premiera odbyła się w 2006 roku. Ten tekst zestarzał się tak bardzo, że teraz, przygotowując z Michałem Marczakiem scenariusz filmowy na jego podstawie, musieliśmy przepisać go niemal od zera. Dwa lata później napisałam dla Grześka dramat „Między nami dobrze jest”. Ten spektakl jest grany w TR-ze do dzisiaj, choć występująca w nim wcześniej, ikoniczna Danuta Szaflarska zmarła, a i część reszty obsady też się zmieniła. W grudniu odwiedziłam ich w teatrze i serdecznie się uściskaliśmy, to było wzruszające, bo grają to już szesnaście lat. Poza tym w zeszłym roku widziałam ten tekst grany w Mexico City, a dosłownie dwa tygodnie temu przedstawienie zrealizowane na jego podstawie w niezależnym teatrze w Pekinie. Nie wiem, jakim cudem sztuka o naszej tożsamości okazała się na tyle uniwersalna, że wystawiają ją już teatry – mówię to bez żadnej przesady – na całym świecie.
Kiedy zaczynałam teatralną przygodę, wyobrażałam sobie, że będę siedziała z aktorami na próbach, wsłuchiwała się w ich pracę i tak być może przełamię odwieczną mękę samotności wpisaną w swój zawód. Szybko okazało się, że nie ma o czymś takim mowy. Nie mam wątpliwości, że jestem pisarką, nie dramaturżką. Wszystkie dramaty pisałam w samotności, z głowy. Dziś widzę, że trochę obciążają je moje przyzwyczajenia narracyjne, pewien nadmiar danych, które generuję. Ale jest jeszcze coś ciekawego – wszystkie one były na początku bardzo źle wystawiane. Ich język, czerpiący mocno z potoczności, podpowiadał, by czytać je kluczem realistycznym, społecznym. Reżyserzy starali się rozpracowywać je w popularnej wówczas manierze bolesnej socjologii blokowisk, nędznego losu młodzieży i braku perspektyw. Szybko okazało się, że to w ogóle nie działa, że ten język jest jednak fantastyczny, jest kreacją. Więc uważam, że reżyserzy muszą za każdym razem szukać kluczy do tego pisania od nowa i to jest fajne. Na przykład „Magiczna rana” ma już trzy adaptacje sceniczne: dwie w Krakowie i jedną w Warszawie. Każda jest zupełnie inna i o czym innym.
Chociaż nie oglądam wszystkich spektakli na podstawie mojej twórczości, to oczywiście zdarzają się też okropne, aż dzwonią zęby. Cieszę się jednak, że moje teksty są realizowane na różne sposoby, przez różnych twórców i twórczynie, widzę w tym bogactwo artystycznej przygody.
To dwie zupełnie różne historie. Film na podstawie „Wojny polsko-ruskiej” chciało robić bardzo wiele, bardzo różnych osób. Było wielu kandydatów i – co ciekawe – żadnej kandydatki. Dziś pewnie niektóre nazwiska mogłyby zadziwiać, a inne nie mówiłyby nic. Generalnie – jak to przy filmie – straszne perturbacje. Ale w pewnym momencie pojawił się Xawery, który właśnie skończył „Chaos”. Nie jesteśmy z jednego pokolenia, ja miałam wtedy dwadzieścia kilka lat, ale pomyślałam, że właśnie on, z całym swoim odpałem, jest w stanie jakoś zrozumieć tę prozę. Chociaż nie do końca się z nim rozumiem i nie do końca rozumiem film, który nakręcił, czujemy się ze sobą jakoś związani i od czasu do czasu planujemy, że coś razem jeszcze zrobimy.
Natomiast kiedy Aleksandra Terpińska realizowała „Innych ludzi”, byłam już dorosła i dużo bardziej świadoma tego, czego chcę i z kim chcę pracować. To ja zaprosiłam ją do podjęcia próby tej realizacji. Nie było łatwo, bo myśmy się uparły, a długo nikt nie chciał nam uwierzyć, że z tego może wyjść coś ciekawego. Nasza wspólna droga była bardzo wyboista i pełna ostrych zakrętów, ale myślę, że stanowimy dobry team i chciałabym jeszcze pracować z Olą.
W pewnym momencie poczułam gorące pragnienie, żeby pisać piosenki. Marcin Macuk, z którym się kolegowałam, miał mi skomponować muzykę, ale totalnie się z tym ociągał, więc zaczęłam sama coś klecić w GarageBandzie. Jak on zobaczył, że się zapaliłam, to zainstalował mi w domu mikrofon. Tak powstała moja pierwsza płyta (Mister D., „Społeczeństwo jest niemiłe”, 2014). Zwracając uwagę na bardzo niewymyślny program i skromne warunki startu, myślę, że udało mi się rozhulać ten temat. A dzisiaj nie potrafię już żyć bez tworzenia muzyki. Uwielbiam sięgać po rzeczy, których nie umiem – stan nieudolności jest dla mnie bardzo twórczy. Chodzi pewnie o nudę, ale też o uwięzienie w personie. Literatura to specyficzna dziedzina, bazująca na języku, a do niego dostęp ma każdy. Więc pisanie jest bardzo prywatne i ekstremalnie publiczne. Nagroda Adama Mickiewicza sprawia, że czuję się częścią historii polskiej literatury i narodu polskiego. To jest doniosły, ale jednak ciężar, rola, pomnik. Jak robię muzykę, to czuję, że się z tego pomnika wymykam.
Krytyka krytyce nierówna. Tę od życzliwych osób warto przyjmować. Nawet jeśli bywa bolesna, biorę ją pod uwagę, korzystam z niej jako punktu odniesienia. Natomiast jeśli chodzi o hejt, to absolutnie go nie przyjmuję. Spotkało mnie tego w życiu tak dużo, że nauczyłam się to relatywizować i jestem z tego dumna. Dziś potrafię nawet wygenerować w sobie trochę współczucia wobec osób, których życie jest tak mało spełnione, że spędzają czas w internecie, próbując kogoś zranić, zaszczuć, wywieźć na gnoju za wieś. Nikt szczęśliwy i bezpieczny w sobie tego nie robi.
Armaty robią największe wrażenie, kiedy wjeżdżają niezapowiedziane. Ale akurat mogę już powiedzieć, że jesienią ukaże się moja nowa płyta, nagrana z Wacławem Zimplem. Jestem też umówiona na kilka innych bardzo ciekawych współprac. Duża część mojego artystycznego szczęścia wynika teraz z twórczych relacji z różnymi niesamowicie utalentowanymi ludźmi. Coraz bardziej lubię te przygody, a ich rezultaty są nie do przewidzenia.