Nr 10/2026 Na dłużej

Z Dorotą Masłowską, laureatką Poznańskiej Nagrody Literackiej – Nagrody im. Adama Mickiewicza, rozmawia Piotr Dobrowolski

Piotr Dobrowolski: W dniu ogłoszenia werdyktu Kapituły, przyznającej Pani Poznańską Nagrodę Literacką – Nagrodę im. Adama Mickiewicza, jej przewodniczący, Marcin Jaworski, stwierdził, że dzisiaj „Mickiewicz jest kobietą”. Jaki jest Pani stosunek – jako pisarki wyróżnionej nagrodą noszącą imię wieszcza – do kanonu literackiego?

Dorota Masłowska: Miło, że wyznaczono mnie na kobietę-Mickiewicza. Choć Adam byłby może nieco zdziwiony, że my pisarki opowiadamy teraz Polskę ramię w ramię z mężczyznami. Ale serio, serdecznie ucieszyłam się z tej nagrody. Czasem czuję, że jako osoba z wieloma wyróżnieniami, a mimo to wciąż tworząca ciekawe rzeczy, jestem w kłopotliwej kondycji. Bo trochę nie ma mnie już po co nagradzać.

Z kanonem jestem silnie związana emocjonalnie. Kocham język polski, polska literatura mnie stworzyła. Dała mi szansę na pogłębione rozumienie świata i prowadziła mnie poza granice tego, co namacalne i rzeczywiste; zainspirowała mnie do podjęcia pierwszych prób artystycznych. W tym sensie jest mi bliska, ale nie mogę powiedzieć, żebym na co dzień sięgała po „Dziady” albo „Beniowskiego”. Nie wiem, czy potrafiłabym dzisiaj się tak skupić, żeby znowu czytać takie rzeczy. Ale potrafię rozpoznać w sobie taki rodzaj dumy i doniosłości, że robię coś, co jest wykrzaczoną kontynuacją tego szlachetnego zrębu.

A jednak od samego początku była Pani pisarką osobną. Wyznaczała Pani własne ścieżki. Może to, co nazywano bezczelnością w 2002 roku, zaraz po wydaniu „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”, dzisiaj przynosi owoce? Uważam, że żadna Pani powieść nie korzysta z tego samego stylu. Owszem, powtarza się w nich pewien sposób myślenia o języku i wykorzystywania go. Ale za każdym razem wchodzi Pani w inne obszary i tworzy własne ideolekty. Kiedy patrzę na dwadzieścia pięć lat Pani obecności w polskiej literaturze, widzę alternatywny kanon polskiego języka, literatury, ale też społeczeństwa – repertuar postaci, które nigdzie indziej nie były widoczne w tak ostrym świetle.

Zawsze staram się eksplorować jakiś nowy dla mnie wymiar czy odcień języka. Dużo osób zarzuca mi jednak coś całkiem przeciwnego: że ciągle piszę tę samą książkę. Ja właściwie nie mam nic przeciwko temu: praca, którą wykonuję, odbywa się na języku. On zmienia się w czasie i względem okoliczności, a ja łapię tę jego zmienność i wykorzystuję ją jako swój idiom literacki. Czasem udaje mi się złapać coś większego niż to, co jestem w stanie objąć rozumem. Zdarza się, że umiejętnie pochwyciwszy sposób, w jaki ludzie się wypowiadają, sięgam dalej niż moja spostrzegawczość czy wyobraźnia. To pozwala mi czasem dotknąć metafizycznego miejsca, gdzie przemawia przez nasze usta coś większego.

Co sprawiło, że zaczęła Pani pisać i co sprawia, że pisze Pani nadal? Czy ten sam impuls prowokował Panią do działania na przełomie wieków i dzisiaj?

Z grubsza tak. W młodości trudno było mi znieść jałowość i dosłowność mojej rzeczywistości. Literatura i pisanie pozwoliły mi znaleźć klucz do magicznego ogrodu, który oczywiście był niesłoneczny i dość ponury, ale jednak był rozszerzeniem, innym wymiarem, innym światem. Ten sam impuls miewam też teraz. Ale nie zawsze – dzisiaj, kiedy czuję się spełniona na różnych polach, rzeczywistość wystarcza mi na dłużej. Nie muszę pisać, by uciekać ze swojego życia, bo ono jest bogate, spełnione. Ale z kolei zdarza mi się, że tworzę inaczej: piszę, maluję, komponuję piosenki. No i cokolwiek to jest, uczucie przechodzenia do tego ogrodu powraca. To wrażenie jest na tyle silne, że bez niesmaku mogę je ubrać w taki banalny obraz. Ten stan mogę porównać do przeżyć pod wpływem substancji psychodelicznych – tworzenie sprawia, że doświadczam czegoś na kształt poszerzenia percepcji, widzę wszystko spokojnie i z oddali.

Co jest ważniejsze w Pani twórczości: tworzenie alternatywnego języka czy tworzenie wizji alternatywnych rzeczywistości?

Czasem przytłaczają mnie problemy, z którymi – jak każdy człowiek – muszę się konfrontować. Kiedy piszę, tworzę, mogę je animować. Czuję wtedy cudowny, magiczny dystans, jakbym wznosiła się ponad ziemię. Nawet najbardziej krwawe, bolesne doświadczenia stają się substancją, z której mogę lepić światy. Już ta możliwość rewizji i relatywizacji jest niesamowita. Kolejną rozkosz daje artystom możliwość podzielenia się tym przetworzonym cierpieniem z innymi ludźmi. Wychodziłoby na to, że to język umożliwia mi zobaczenie innego wymiaru i przeniesienia się tam. Doświadczywszy tego raz – a pierwsza dawka jest za darmo – chce się przeżywać coś takiego bez przerwy. Ale to niewskazane i chyba zresztą niemożliwe. Dlatego ja to doświadczenie – odruchowo i nieświadomie – sobie dawkuję.

Domyślam się, że nie chodzi tylko o postrzeganie rzeczywistości. Przecież literatura to sposób ekspresji – opowiadania i wytwarzania wrażeń, które stają się dzięki temu dostępne dla innych. Pani rozsadza język literatury i dzięki temu mówi nią więcej, niż można wyrazić wprost.

Na pewno kwestionuję to, co i jak mówię oraz jak mówią ludzie wokół mnie. Biorę to pod lupę i powtarzam tak długo i takim tonem, aż ujawni się fałsz. Moja praca opiera się po części na okrucieństwie przedrzeźniania, powtarzania i dystansowania się wobec schematów językowych, w które wszyscy – bez różnicy, czy jesteśmy mądrzy, czy głupi – popadamy. To prowokuje kontrowersje i przysparza mi niewielbicieli. Pandemia używania nieswoich myśli trwa, a nikt nie chce być łapany na bezmyślnym mówieniu. Jednak podstawowego okrucieństwa dopuszczam się na sobie. Posługuję się przede wszystkim własną głupotą. Kwestionuję swój sposób myślenia; infekcje językowe, którymi sama się zarażam. A przy tym ciągle się staram, żeby to, co piszę, było piękne. „Magiczna rana” jest w moim odczuciu książką piękną językowo, chociaż w dużej mierze zbudowałam ją z różnych kalectw i kalek, z językowych i myślowych brudów, które pięknie układam i umajam.

Kiedy wjeżdża kategoria piękna, znów puka do nas kanon. W moim odczuciu „Magiczna rana” różni się od innych Pani książek, ale i w nich – spod kalectw, kalek i brudów – błyska to, co w języku fascynujące. Dorota Masłowska nie wytwarza nowych światów na poziomie akcji czy obrazów, ale grając z językiem.

Spotkałam się niedawno z polskimi czytelnikami w Japonii, gdzie przeczytałam fragment „Rękopisu znalezionego w butelce po Fancie”, bo wydawał mi się właśnie piękny, poetycki. I jedna ze słuchaczek tak gwałtownie i boleśnie zaprotestowała – że po co w ogóle piszę w taki sposób i na co komu taka sztuka, czy ja chcę ich wszystkich zranić, obrzydzić im do reszty życie? A druga dodała, że jestem wiedźmą. To mnie urzekło, ponieważ dawno nie słyszałam tyle szczerego i serdecznego, a równocześnie szalenie infantylnego wezwania, by sztuka była piękna. Oczywiście nie zgadzam się z tym całą sobą, ale to mi też uświadomiło, jak bardzo obłudne jest to moje poczucie piękna języka, który jednak jest zrobiony ze śmieci, dysharmonijny i spisany tak, żeby powodował dyskomfort. Moja mama – która nie interesuje się za bardzo tym, co piszę, co jakoś szanuję – powiedziała kiedyś: „Dorotka jest artystką, bo zawsze lubiła robić coś z niczego”. Myślę, że to był bardzo ciekawy wgląd. Klecę z tego, co leży tak bardzo wszędzie, że aż nikt po to nie sięga.

Dostrzegła to także Kapituła Poznańskiej Nagrody Literackiej. Jaworski, ogłaszając jej tegoroczny wybór, stwierdził, że tworzy Pani literaturę wysokiej próby z językowej papki współczesności, z codziennych i kulturowych odpadów. Czy ta literatura ma jakieś zadanie do spełnienia? Jakiś cel?

W moim przypadku to nie jest jasna sprawa – wiem doskonale, że moja twórczość wielu odstrasza swoją pozorną miałkością, ordynarnością. A ja jednak wierzę, że potrafię dać czytelnikom coś takiego, co ja otrzymuję od swoich ukochanych autorów i autorek – możliwość nagłego katapultowania się w zupełnie inny wymiar wolności. To jest – czasem ponura, ale jednak – zabawa wyobraźni. Znam to uczucie i właśnie nim chcę się dzielić.

Wróciliśmy do psychodelii bez psychodelików. A jakie tytuły potrafią Panią tak wystrzelić?

Czasem, ale raczej nieczęsto, trafiam na książki, które potrafią rozgrzać mi mózg do czerwoności. Czytam na co dzień, by nie zapomnieć, jak się czyta. Jednak rzadko pojawia się zachwyt. Do tej pory nikt nie zdetronizował dla mnie Denisa Johnsona, George’a Saundersa czy Lucii Berlin. Chociaż ostatnio chyba poczułam coś takiego znowu przy Leonorze Carrington. Tak czy siak – za każdym razem, kiedy wracam do pisania, niesie mnie jakiś nowy odlot. To nie zawsze jest inspirowane literaturą; robię bardzo różne rzeczy, które pomagają mi w rozwijaniu aparatu pisarskiego. Ostatni rok spędziłam na przykład na nagrywaniu płyty: siedziałam w studiu i pisałam piosenki, zanurzona po uszy w świecie muzyki, bardzo skomplikowanej i bardzo rozmaitej. Z drugiej strony pracowałam przy wystawie koreańskiej malarki SiOn – to niezwykła artystka wizualna, dla której świat to kolory, kształty, symbole, loga, faktury. Ona nawet jak gotuje obiad, to nic nie jest przypadkowe, każdy talerz wygląda jak obraz. Czułam, że jej wrażliwość zmienia sposób, w jaki widzę. To na pewno karmi i rozwija moją wyobraźnię, otwiera na nowe formy ekspresji. Ale co tu się oszukiwać – powinnam pewnie regularnie pisać. Takie regularne wprawki pisarskie to podstawa. Przed „Magiczną raną” przez dwa lata pisałam felietony do „Tygodnika Powszechnego”, które były dla mnie takimi gamami. Dostałam wolną rękę, więc chodziłam po mieście, znajdując rzeczy, których nie umiałam nazwać, ale czułam, że jest w nich coś znaczącego, tylko nieuchwytnego. Musiałam to namacać, wynaleźć innymi zmysłami. To ćwiczenie namierzania niejasnych skojarzeń, wrażeń, błądzenia i znajdowania sprawiło, że „Ranę” pisałam bardzo rozćwiczonym, świadomym i zdyscyplinowanym językiem. Ale dodam, że w tej chwili jestem w takiej wspaniałej sytuacji – mogę sobie pozwolić na robienie i eksplorowanie tego, co mi się podoba, i korzystam z tego.

fot. Szymon Rogiński | materiały Poznańskiej Nagrody Literackiej

A kiedy przychodzi moment wewnętrznej dyscypliny i potrzeba regularności? Czy Dorota Masłowska musi czasem zmuszać się do pisania?

Oczywiście tak! Na przykład przez ostatnie trzy lata pisałam scenariusze w różnych tandemach. To akurat dryl podwójny – nie dość, że wymusza systematyczność, to potrzebna jest też synchronizacja wyobraźni z drugim twórcą. Wiem, że to potrzebne, ale każdą formę dyscypliny przyjmuję z niechęcią, ponieważ najbardziej chciałabym nie robić nic. A jeśli już miałabym pisać, to najlepiej byłoby tylko pod wpływem natchnienia, które spływałoby na mnie w sposób nadprzyrodzony i nieodgadniony.

Większość Pani książek w pierwszym odbiorze mnie bawiła. Po krótkim czasie zaczęły się jednak uruchamiać kolejne warstwy, spod których wypełzał też ból, wynikający z celnego rozpoznania drażniącej rzeczywistości. Mam wrażenie, że Pani literatura, pod skórą ironii, paradoksu i wyolbrzymienia, kryje coś poważnego. Coś, co jątrzy się niczym magiczna rana, która nigdy się nie goi. Najwyraźniej widać to właśnie w „Magicznej ranie”, która dla mnie jest opowieścią o nieusuwalnym bólu, braku, tęsknocie za czymś, niespełnieniu i samotności. Dowcip pozwala Pani podkreślić problemy egzystencjalne. Czy równocześnie jest tarczą, mającą chronić bohaterów, autorkę, a może – czytelników?

To jeden z ważniejszych kluczy do mojej twórczości już od czasu „Wojny P-R”. Wszystko, co pisałam wcześniej, zdradzało jakieś tam umiejętności, ale było płaskie, wymyślone. Dopiero zaprzęgnięcie do pisania poczucia humoru sprowokowało zwrot akcji – nagle artystycznie znalazłam się w zupełnie innym miejscu. Pamiętam euforię, która towarzyszyła temu odkryciu: skakałam z radości, bo to nieprawdopodobnie z dnia na dzień poszerzyło moją swobodę twórczą. I do dziś moim największym szczęściem w pisaniu jest wysmakowany, umiejętnie ukryty, czający się na czytelnika żart. Wtedy czuję trójwymiar. Przez humor zyskuję szczególny rozmach spojrzenia.

Czy na początku pisała Pani też poezję?

Tak, wiadomo – chciałam być poetką. Przecież nawet na Festiwalu Fabuły ładnych parę lat temu Andrzej Stasiuk z Markiem Bieńczykiem, z którymi występowałam, zrobili mi pranka i zaczęli czytać moje wiersze. Oczywiście były dość okropne, ale kiedy Paweł Dunin-Wąsowicz zasugerował, żebym przestała je pisać, to byłam urażona. Ciekawe, że dzisiaj, pisząc teksty na płytę, wracam do poezji. Chociaż ten rodzaj twórczości wydaje mi się tajemniczy i nie zawsze go rozumiem, uwielbiam to robić. Podoba mi się przestrzeń, którą mam w wierszu. Lubię tę impresyjność, niedopowiadanie rzeczy do końca, orbitowanie na granicy sensu i bezsensu. Brak precyzji, który jakby daje większą precyzję. To wszystko mnie ekscytuje, ale też niepokoi na tyle, że na co dzień nie chciałabym przebywać w tak niejasnym świecie.

W Pani powieściach i dramatach odnaleźć można gry składniowe, metonimie, redukcje czy niedopowiedzenia, które pulsują bogactwem znaczeń, podobnie jak poezja. Ale równocześnie akcja wielu Pani książek jest osadzona w konkretnych, rozpoznawalnych realiach. W pewnym momencie, niespodziewanie, przeszła Pani z perspektywy lokalnej i znanych nam doświadczeń w perspektywę międzynarodową, kosmopolityczną. Jaki impuls sprawił, że bohaterki „Kochanie, zabiłam nasze koty” nie mieszkają w Polsce?

Za wszystkim, co kiedykolwiek napisałam, stał impuls, żeby zrobić coś innego niż to, czego ode mnie oczekiwano. A to był moment po „Między nami dobrze jest”, w którym poczułam, że jestem już bardzo mocno uwikłana w takie „Co z tą Polską”. Że ciągle ktoś do mnie dzwoni z mediów, żebym coś komentowała, że czai się na mnie jakaś niechciana rola. Potrzebowałam przestrzeni, żeby się odwinąć. Dzisiaj uważam, że eksperyment tamtej powieści skończył się porażką. Widać w niej, że w języku, który jest tak bardzo fikcyjny, skonstruowany, nie pulsuje rzeczywistość – tworzony nim świat okazał się fasadowy i w jakiś sposób jednoznaczny. Nie mienił się znaczeniami.

Może Pani lubić swoje książki bardziej lub mniej, ale przez dwadzieścia pięć lat obecności w świecie polskiej literatury udawało się Pani unikać żenady – zarówno w polu twórczości artystycznej, jak i w życiu. Również wtedy, kiedy znalazła się Pani w centrum zainteresowania mediów. Mam wrażenie, że nigdy nie stała się Pani zakładniczką własnego sukcesu, rynku czy koniunktury. Nie każdemu autorowi czy autorce zyskującym popularność udało się tego uniknąć. Czy zadziałał jakiś mechanizm obronny?

Dopiero z dzisiejszej perspektywy widzę, jakie to było wszystko trudne. Dostrzegam pułapki i mogę rozpoznać złych ludzi, których spotykałam, podobnie jak fatalne propozycje, którymi mnie zasypywano. Widzę, że popełniłam wiele błędów i rozpoznaję moją bezbronność w tamtym czasie. Myślę, że obroniły mnie punkowo-antysystemowe przekonania z młodości, które były naiwne, ale działały przeciwblichtrowo. Kluczowe było jednak to, że miałam po swojej stronie moc literatury. Pisanie jest oczywiście siłą destrukcyjną, a debiut ściągnął na mnie plagi na miarę plag egipskich, które mogły mnie zniszczyć, jak to, czego w tamtym czasie nie nazywano jeszcze hejtem, ale „komentarzami w internecie”. Ludzie bardzo negatywnie przeżywali moje pojawienie się w literaturze, dyskredytowali mnie, obrażali, zawstydzali, karali za nieuzasadniony awans. Miałam wielbicieli, stalkerów, niechciane listy w skrzynce, psychofanów, którzy jeździli za mną na każde spotkanie. Oto, do czego może doprowadzić literatura. Ale ma także właściwości lecznicze i stabilizujące. Walczyłam więc tym obosiecznym mieczem: kaleczyłam się nim i leczyłam równocześnie. Dzięki tej metafizycznej sile przetrwałam wszystkie te lata i udało mi się nie zostać spadkobierczynią własnej, dawnej chwały. Nadal jestem aktywną pisarką – czuję, że moje imperium nie więdnie, a rozkwita.

Wiemy, że społeczeństwo bywa niemiłe. Co budziło zawiść wobec Pani?

Sukces i awans. Jeszcze dobrze nie skończyłam liceum, a wydałam książkę, zarobiłam duże dla mnie pieniądze, spotykałam osoby takie jak Leszek Kołakowski czy Andrzej Wajda, telefon się urywał. Myślę, że chodziło o prestiż, możliwości, niewybaczalny skok w hierarchii społecznej. I o to, że byłam dziewczyną.

Czy w gronie osób, które przypieczętowywały Pani awans, był też Grzegorz Jarzyna, dyrektor TR Warszawa, który kilka lat później przekonał Panią do napisania pierwszego dramatu?

Grzegorza Jarzynę poznałam na koncercie Jimiego Tenora w Teatrze Rozmaitości w 2002 roku. Już wtedy sugerował, że mogłabym pisać dla teatru, ale wydało mi się to bardzo odległe i nierealne. Na jego zaproszenie odpowiedziałam cztery lata później, pisząc „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”, których premiera odbyła się w 2006 roku. Ten tekst zestarzał się tak bardzo, że teraz, przygotowując z Michałem Marczakiem scenariusz filmowy na jego podstawie, musieliśmy przepisać go niemal od zera. Dwa lata później napisałam dla Grześka dramat „Między nami dobrze jest”. Ten spektakl jest grany w TR-ze do dzisiaj, choć występująca w nim wcześniej, ikoniczna Danuta Szaflarska zmarła, a i część reszty obsady też się zmieniła. W grudniu odwiedziłam ich w teatrze i serdecznie się uściskaliśmy, to było wzruszające, bo grają to już szesnaście lat. Poza tym w zeszłym roku widziałam ten tekst grany w Mexico City, a dosłownie dwa tygodnie temu przedstawienie zrealizowane na jego podstawie w niezależnym teatrze w Pekinie. Nie wiem, jakim cudem sztuka o naszej tożsamości okazała się na tyle uniwersalna, że wystawiają ją już teatry – mówię to bez żadnej przesady – na całym świecie.

Są dwa podstawowe modele pisania dla teatru. Klasyczny zakłada typową pracę pisarską i oddanie gotowego tekstu do dyspozycji osoby reżyserującej. Model dramaturgiczny proponuje pisanie „na scenie” i konsultacje z osobami realizującymi spektakl. Który z nich jest Pani bliższy?

Kiedy zaczynałam teatralną przygodę, wyobrażałam sobie, że będę siedziała z aktorami na próbach, wsłuchiwała się w ich pracę i tak być może przełamię odwieczną mękę samotności wpisaną w swój zawód. Szybko okazało się, że nie ma o czymś takim mowy. Nie mam wątpliwości, że jestem pisarką, nie dramaturżką. Wszystkie dramaty pisałam w samotności, z głowy. Dziś widzę, że trochę obciążają je moje przyzwyczajenia narracyjne, pewien nadmiar danych, które generuję. Ale jest jeszcze coś ciekawego – wszystkie one były na początku bardzo źle wystawiane. Ich język, czerpiący mocno z potoczności, podpowiadał, by czytać je kluczem realistycznym, społecznym. Reżyserzy starali się rozpracowywać je w popularnej wówczas manierze bolesnej socjologii blokowisk, nędznego losu młodzieży i braku perspektyw. Szybko okazało się, że to w ogóle nie działa, że ten język jest jednak fantastyczny, jest kreacją. Więc uważam, że reżyserzy muszą za każdym razem szukać kluczy do tego pisania od nowa i to jest fajne. Na przykład „Magiczna rana” ma już trzy adaptacje sceniczne: dwie w Krakowie i jedną w Warszawie. Każda jest zupełnie inna i o czym innym.

Chociaż nie oglądam wszystkich spektakli na podstawie mojej twórczości, to oczywiście zdarzają się też okropne, aż dzwonią zęby. Cieszę się jednak, że moje teksty są realizowane na różne sposoby, przez różnych twórców i twórczynie, widzę w tym bogactwo artystycznej przygody.

Tymczasem w kinie zarówno Xawery Żuławski, jak i Aleksandra Terpińska stworzyli filmy, które zapadły mi głęboko w pamięć. Nie wszystko pokrywa się w nich z moimi wrażeniami z lektury, ale nie burzą tego, co w niej najważniejsze – języka, rytmu i wyobraźni wpisanych w Pani literaturę. Co zdecydowało o tym, że akurat tych dwoje reżyserów zrealizowało filmy na podstawie Pani prozy?

To dwie zupełnie różne historie. Film na podstawie „Wojny polsko-ruskiej” chciało robić bardzo wiele, bardzo różnych osób. Było wielu kandydatów i – co ciekawe – żadnej kandydatki. Dziś pewnie niektóre nazwiska mogłyby zadziwiać, a inne nie mówiłyby nic. Generalnie – jak to przy filmie – straszne perturbacje. Ale w pewnym momencie pojawił się Xawery, który właśnie skończył „Chaos”. Nie jesteśmy z jednego pokolenia, ja miałam wtedy dwadzieścia kilka lat, ale pomyślałam, że właśnie on, z całym swoim odpałem, jest w stanie jakoś zrozumieć tę prozę. Chociaż nie do końca się z nim rozumiem i nie do końca rozumiem film, który nakręcił, czujemy się ze sobą jakoś związani i od czasu do czasu planujemy, że coś razem jeszcze zrobimy.

Natomiast kiedy Aleksandra Terpińska realizowała „Innych ludzi”, byłam już dorosła i dużo bardziej świadoma tego, czego chcę i z kim chcę pracować. To ja zaprosiłam ją do podjęcia próby tej realizacji. Nie było łatwo, bo myśmy się uparły, a długo nikt nie chciał nam uwierzyć, że z tego może wyjść coś ciekawego. Nasza wspólna droga była bardzo wyboista i pełna ostrych zakrętów, ale myślę, że stanowimy dobry team i chciałabym jeszcze pracować z Olą.

Filmowa wersja „Innych ludzi” nie zburzyła muzyczności tekstu Pani powieści. Wydaje mi się, że nie trzeba szczególnie wrażliwego ucha, żeby usłyszeć melodię i rytm też w innych Pani książkach. Kiedy minął pierwszy szok po objawieniu Mister D. na scenie muzycznej, zdałem sobie sprawę, że tranzycja, jakiej wymagało przejście od literatury do muzyki, choć niecodzienna, była dla Pani całkiem naturalna. Jak do niej doszło?

W pewnym momencie poczułam gorące pragnienie, żeby pisać piosenki. Marcin Macuk, z którym się kolegowałam, miał mi skomponować muzykę, ale totalnie się z tym ociągał, więc zaczęłam sama coś klecić w GarageBandzie. Jak on zobaczył, że się zapaliłam, to zainstalował mi w domu mikrofon. Tak powstała moja pierwsza płyta (Mister D., „Społeczeństwo jest niemiłe”, 2014). Zwracając uwagę na bardzo niewymyślny program i skromne warunki startu, myślę, że udało mi się rozhulać ten temat. A dzisiaj nie potrafię już żyć bez tworzenia muzyki. Uwielbiam sięgać po rzeczy, których nie umiem – stan nieudolności jest dla mnie bardzo twórczy. Chodzi pewnie o nudę, ale też o uwięzienie w personie. Literatura to specyficzna dziedzina, bazująca na języku, a do niego dostęp ma każdy. Więc pisanie jest bardzo prywatne i ekstremalnie publiczne. Nagroda Adama Mickiewicza sprawia, że czuję się częścią historii polskiej literatury i narodu polskiego. To jest doniosły, ale jednak ciężar, rola, pomnik. Jak robię muzykę, to czuję, że się z tego pomnika wymykam.

Rozpiętość reakcji na Pani twórczość muzyczną pokazuje skalę różnorodności odbioru całej Pani twórczości. Czy docierają do Pani głosy odbiorców Pani tekstów literackich, dramaturgii, muzyki? Czy bycie Dorotą Masłowską wymaga słoniowej skóry? Jak dzisiaj podchodzi Pani do krytyki?

Krytyka krytyce nierówna. Tę od życzliwych osób warto przyjmować. Nawet jeśli bywa bolesna, biorę ją pod uwagę, korzystam z niej jako punktu odniesienia. Natomiast jeśli chodzi o hejt, to absolutnie go nie przyjmuję. Spotkało mnie tego w życiu tak dużo, że nauczyłam się to relatywizować i jestem z tego dumna. Dziś potrafię nawet wygenerować w sobie trochę współczucia wobec osób, których życie jest tak mało spełnione, że spędzają czas w internecie, próbując kogoś zranić, zaszczuć, wywieźć na gnoju za wieś. Nikt szczęśliwy i bezpieczny w sobie tego nie robi.

Pani twórczość dowodzi pewnej konsekwencji, a równocześnie cały czas się zmienia. Przez ostatnie dwadzieścia pięć lat zaznaczyła wyraźnie swoją obecność nie tylko w obszarze literatury, ale też w muzyce, teatrze i filmie. Gdzie widzi się Pani jutro albo pojutrze? Jakie armaty czekają w garażu Doroty Masłowskiej?

Armaty robią największe wrażenie, kiedy wjeżdżają niezapowiedziane. Ale akurat mogę już powiedzieć, że jesienią ukaże się moja nowa płyta, nagrana z Wacławem Zimplem. Jestem też umówiona na kilka innych bardzo ciekawych współprac. Duża część mojego artystycznego szczęścia wynika teraz z twórczych relacji z różnymi niesamowicie utalentowanymi ludźmi. Coraz bardziej lubię te przygody, a ich rezultaty są nie do przewidzenia.