Nr 3/2026 Na dłużej

Między modernizmem a tricksterstwem

Dominika Górko
Literatura

Lektura „Wierszy zebranych (2008–2025)” Konrada Góry jest doświadczeniem osobliwym. Z jednej strony mamy do czynienia z tomem, który porządkuje, domyka i archiwizuje – podsyca pragnienie całości, daje czytelnikowi do ręki obiekt „ukończony”. Z drugiej – z poezją, która od początku opiera się każdej formie domknięcia: sensu, narracji, projektu, wspólnego mianownika. Zebrane w jednym woluminie wiersze nie układają się w jednolitą narrację ani w spójny program. Raczej potęgują wrażenie nieciągłości, zapętlenia i uporczywego powrotu tych samych napięć, które rzadko bywają rozładowane.

Nieprzypadkowo tomowi towarzyszą dwa posłowia tego samego autora – Jakuba Skurtysa. Jakby poezja Góry domagała się komentarza i zarazem wymykała się mu, jawiąc się jako niemożliwa do zamknięcia w ramie tekstu. Jakby nieustannie komentarz prowokowała, nie pozwalając krytyce uznać sprawy za zamkniętą. A może raczej: jakoby domagała się co najmniej dwóch sposobów rozumienia. Skurtys podbija to wrażenie, w tytułach adresując posłowia kolejno jako „dla każdego” i „dla nikogo”. Pobrzmiewają tu echem motta z kolejnych tomów Góry: „Nikomu, innemu” (z „Nie”, 2016) oraz „Nam, od nas –” (z „Dzień został w nocy”, 2021), ale gest krytyka nie wyczerpuje się na samym nawiązaniu. Dwa posłowia ani się nie uzupełniają, ani nie są ze sobą sprzeczne – odsłaniają niemożność rozstrzygnięcia, jak mówić o tej twórczości, by ją (wedle życzenia autora) spolszczyć, lecz nie uprościć.

W drugim posłowiu Skurtys wraca do momentu szczególnego w historii recepcji tej twórczości – do czasu „zwrotu politycznego”, gdy liryka Góry czytana była przede wszystkim jako przykład radykalnej pracy formalnej podporządkowanej etycznej i politycznej stawce. Skurtys przypomina tamten gest krytyczny: eksponowania językowej brawury, rozszczelniania rejestrów polszczyzny, sięgania po to, co lokalne, środowiskowe, niskie; oddawania głosu ofiarom transformacji, wykluczonym, zapomnianym.

Ten opis pozostaje przekonujący. Trudno zaprzeczyć, że w takim sposobie czytania poezji Góry było coś istotnego, adekwatnego do ówczesnego momentu. A jednak dziś, po kilkunastu latach, coś w tej narracji zaczyna uwierać. Być może dlatego, że zbyt długo skupialiśmy się na pytaniu, jak ta poezja działa, a zbyt rzadko zadawaliśmy pytanie bardziej podstawowe: jaka jest w niej funkcja utrudnionej formy?

By wyjaśnić, co mam na myśli, muszę odejść od klucza politycznego i wskazać na inny nurt odczytywania tomów autora „Nie”. Bo krytycy i krytyczki równie chętnie tropili formalne osobliwości wierszy Góry: ukryte topografie Wrocławia, zaszyfrowane historie miejsc, lokalne kody dostępne nielicznym. Wymagało to wiedzy pozatekstowej, środowiskowej, czasem wręcz biograficznej, kiedy indziej encyklopedycznej czy historycznoliterackiej. Wysiłek ten bywał nagradzany, komuś udało się „rozszyfrować” wiersz, komuś innemu – dopasować go do mapy, historii, konkretnego konfliktu. Ale taka lektura zbyt szybko uznawała formalne utrudnienie za próg, który należy przekroczyć, by dotrzeć do właściwego sensu.

Tymczasem poezja Góry nie zachowuje się jak szyfr. Nie obiecuje, że za oporem kryje się stabilne znaczenie. Przeciwnie – wszystko wskazuje na to, że utrudnienie jest tu celem samym w sobie. Jeśli coś zostaje w tej poezji ujawnione, nie jest to „treść” ani „przekaz”, lecz dojmujące doświadczenie niemożności domknięcia sensu. Warto przy tym podkreślić, że obecna w tej poezji „szyfrowość” nie prowadzi do celebracji niezrozumiałości ani do dekonstrukcyjnego podważania sensu jako takiego. U Góry niedomknięcie i elipsa pełnią raczej funkcję afektywno-etyczną: przesuwają lekturę poza porządek objaśniania, w stronę doświadczenia. Dobrze widać to w utworze „Okopań poideł”:

Okopań poideł,
nie ma chleba Jedności Narodowej,
okadzeń domostwu,
nie ma chleba Sienkiewicza.
Rokoszy sumienia,
nie ma chleba Marksa i Engelsa,
ulegań Srebrenic,
nie ma chleba Rondo Reagana.
Pasjami opierań,
nie ma chleba Kleczkowska do-i-od torów,
opierań bez pasji,
nie ma chleba Odra Kraszewskiego.
Żywień y bronień,
nie ma chleba Anty-Reymonta, franczyzy spamiętań,
nie ma chleba Osobowicki z Bujwida.
Strużeń piosnki o usta,
nie ma chleba Jagiellończyka w dwóch kotach,
nalegań, że mimo jest chleb tu i teraz,
nie-
zasłużony, gorący przez palce
chleb ścierań
o jeszcze.
4 XII 2011
(pierwszy kot z 2001, drugi z „do-wczoraj-i-dzisiaj”) (s. 131).

Utwór zbudowany jest na prostym, lecz konsekwentnie rozwijanym kontraście. Powstaje paralelna litania dwóch rodzajów braku: materialnego i językowego. Brak chleba oznacza chyba brak elementarnego pokarmu i podstawy wspólnoty; brak gramatyczny odsłania wyczerpanie języków, które miały ten brak nazywać, wyjaśniać, legitymizować („śmierć za głód”, napisze gdzie indziej poeta). Nazwy ulic i patronów tworzą mapę Wrocławia, ale nie funkcjonują jako neutralne punkty topograficzne. Zestawione w pary ewokują ciężar sprzecznych narracji: Jedność Narodowa spotyka się z Sienkiewiczem, Marks i Engels z Reaganem, do Reymonta dokleja się przedrostek „anty”. W każdej z tych konfiguracji konkluzja pozostaje ta sama: nie ma chleba. Języki ideologii: religijne, narodowe, liberalne, lewicowe, okazują się równie bezradne. Dopiero w ostatniej strofie refren negacji zostaje przełamany. „Jest chleb tu i teraz”, ale jednocześnie jest „zasłużony” i „niezasłużony”, cielesny i ulotny. Jego obecność nie znosi braku, lecz ujawnia jego chwilowe zawieszenie – poza wielkimi narracjami polityki i literatury.

W tle tej lektury warto odnotować toczącą się obecnie polemikę wokół kategorii tak zwanego šalamunizmu. Poezja Konrada Góry sytuowałaby się jednak w innym porządku niż ten, który Agnieszka Waligóra opisywała jako dyspozycję „šalamunistyczną”. Elipsa, powtórzenie i fragmentaryzacja nie pełnią u Góry funkcji estetycznego wyzwolenia języka ani gry afektem; są raczej narzędziami materialistycznej krytyki języków, które zawiodły wobec elementarnego doświadczenia niedostatku. Brak sensu nie jest tu wartością samą w sobie ani efektem swobodnego przepływu skojarzeń, lecz konsekwencją historycznego i politycznego wyczerpania dyskursów – religijnych, narodowych, literackich i ideologicznych. Wiersze takie jak „Okopań poideł” nie wpisują się w projekt estetycznej niekomunikatywności, lecz przeciwnie: demaskują ją jako luksus dostępny tylko tam, gdzie podstawowe warunki życia zostały już zabezpieczone. Refren „nie ma chleba” nie zawiesza sensu w imię poetyckiej wolności, ale brutalnie przywraca hierarchię potrzeb, w której język okazuje się wtórny wobec materialnego braku. Tego rodzaju złudzenia Góra rozwiewał już choćby w wierszu „Koszmarny anarchista. Brać za pismo”, pokazując, że wyzwolenie dzieje się poza tekstem: „W górę kamienie, czytelne pismo wolności” (s. 32). Jeśli pojawiają się tu rozpad składni i szczątkowość frazy, to nie jako afirmacja afektywnej intensywności, lecz jako świadectwo porażki języków, które miały organizować wspólnotę. Polemika wokół „šalamunizmu”[1] pozwala jednak lepiej uchwycić specyfikę projektu Góry: jego poezja tyleż korzysta z nowego paradygmatu humanistycznego, co stawia mu opór. Tam, gdzie współczesna krytyka skłonna jest afirmować nieprzejrzystość, Góra upomina się o jej materialne konsekwencje; tam, gdzie język przestaje być zobowiązany do referencji, on konsekwentnie przywraca pytanie o warunki życia, pracy i śmierci. W tym sensie polityczność tej poezji polega nie na estetycznym geście odmowy sensu, lecz na uporczywym przypominaniu nam o naszej własnej obecności w formie.

Kontynuując temat głodu jako elementarnego braku, Góra włącza do twórczości poetyckiej własne doświadczenie uczestnictwa w kolektywie Jedzenie Zamiast Bomb, który przygotowuje i rozdaje posiłki potrzebującym, a polityczny charakter tego działania dobrze oddaje sama nazwa kolektywu. W wierszu „W reakcji” – który poeta napisał w odpowiedzi na utwór Jacka Podsiadły[2] – pojawia się, ujęta w nawias, dygresja:

[…] (był
We Wrocławiu pedofil, dla którego Jedzenie Zamiast
Bomb w imię narzuconych sobie zasad: powszechności,
jednakowości dostępu, niecharytatywności, musiało
Organizować osobne rozdania, bo karmiliśmy także
Jego niemą ofiarę; bili go w więzieniu, bo z recydywy
Siedział na otwartym, i niespecjalnie leczyli, gniła mu
Noga, suszył ją, wszystkie barwy tęczy, nosząc się w
Szyku spodni Pitagorasowych, przy czym jego udo
Najbardziej ze wszystkiego przypominało słowackie
Majtki na czeskiej fladze. Przynosiłem mu zupę
W czarnym wiaderku po lepiku na zimno, a kiedy
Siorbał, wykręcałem wentylki z jego składaka i wyrzucałem
W diabły. Chciałem zabić, a karmiłem:
Nie udowodnisz mi, skurwysynu, że cię
Nie rozumiem. Potem i ja zacząłem wybudzać go
Z cukrzycowych drzemek drop golami z prostego
Podbicia. Podobno jeszcze żyje. Ty też –) (s. 381).

Kolektyw, kierując się zasadą powszechności i jednakowości dostępu, rozdaje jedzenie również tym, których łatwo byłoby wykluczyć, odsunąć na margines, potraktować jako niegodnych pomocy. Bezdomny, pedofil, dawny więzień staje się adresatem posiłku, choć równocześnie budzi odrazę i nienawiść. Fraza „Chciałem zabić, a karmiłem” nie stanowi paradoksu moralnego, lecz wyraża etyczny imperatyw: nienawiść nie znosi obowiązku nakarmienia. Jedzenie jawi się jako prawo człowieka, którego nie mogą unieważnić nawet najgorsze przewiny ani afekty, jakie może budzić w nas głodujący.

Podobnie katastrofa w Rana Plaza, która pojawia się w „Nie” jako doświadczenie negacji i formalnego oporu, by w wierszu „Palestyny” zabrać głos w tonie bezpośrednim, zrezygnowanym, niemal reportażowym:

Na śmietniku Biedronki nagle dużo
Persymony (kaki, sharon) i awokado hass:
I to jest ta niesprawiedliwość dla Palestyny –
Że od niej tu nie ma czego bojkotować (s. 443).

Ten rejestr dominuje w tomach takich jak „Kalendarz majów”, „Dzień został w nocy. Wiersze z miłości i nienawiści”, by punkt kulminacyjny osiągnąć w zeszłorocznym gazetomie „W Chinach żeby ogłosić wiersz. Drugie echo wściekłych lat: wiersze, próby i tytuły utracone prozą, eksperymentem i zaniechaniem 2021–2024”.

Z tak nakreślonej perspektywy dobrze widoczne jest formalne spektrum poetyki Góry.  Być może właśnie dlatego „Wiersze zebrane” czyta się dziś nie jako projekt do zinterpretowania, lecz obiekt-performatyw domagający się naszego uczestnictwa. Przypomnijmy, że istotą „Nie” jest przede wszystkim odprawienie wraz z autorem requiem nad każdą z ofiar, nie zaś scalenie sensu czy oddanie głosu[3]. I być może to zmuszenie czytelnika do współ-przeżycia jest najważniejszą, a zarazem najbardziej fascynującą stawką poetyki Góry. Poeta, zmuszając nas do interpretacyjnego wysiłku, uświadamia nam w gruncie rzeczy nasze nieustanne uwikłanie w formy. Zapowiadał to w otwierającym debiutancki tom „Wrocławiu”: „[…] Skoro już wszyscy uparliśmy się oniemieć, przysłano mnie / unaocznić to państwu”.

Poetykę Góry można spróbować opisać jako napięcie między takimi dwoma żywiołami. Pierwszy z nich związany jest z tradycją wysokiego modernizmu i awangardy: podmiot jest ukryty, język zacina się i zwija do wewnątrz, informacja zostaje zredukowana do minimum, a sens przenosi się na poziom formy. Skrajnym punktem tej linii pozostaje poemat „Nie” – utwór graniczny, w którym język ulega przeciążeniu i niemal całkowitemu rozpadowi.

Drugi żywioł ma charakter gawędziarski i tricksterski. Podmiot staje się wyrazisty, ironiczny, rozpoznawalny w swoich lekturach, sympatiach i afektach. Fraza się wydłuża, informacji jest za dużo, a eksperyment przesuwa się w stronę dadaistycznego rozproszenia i „słów na wolności”. Ten tryb dominuje w tomach takich jak „Kalendarz majów”, „Dzień zastał w nocy” czy w późnych gazetomach. Znamiennie brzmi w tym kontekście zdanie: „Nie szukałem już formy” – jako deklaracja zmęczenia modernistycznym ideałem kontroli. Przypomnę „Cha cha cha” z „Siły niższej”:

Cha, cha, cha, ale będzie wiersz.
Cha, cha, cha, ale będzie śnieg.
Cha, cha, cha, ale będzie trop.
Cha, cha, cha, ale będzie noc
[…] (s. 127).

W związku z tym szczególnie dotkliwa okazuje się strata związana z tomami „Siła niższa. Full hasiok” oraz „W Chinach żeby ogłosić wiersz…”. W nocie edytorskiej do „Wierszy zebranych” czytamy, że książkowa forma wyboru nie jest w stanie oddać ich specyfiki, wykorzystującej format gazety codziennej. Poezja Góry od lat pracuje nad pojęciem „mowy gazety”: od wierszy takich jak „Składnia”, przez druk poezji na łamach „Słowa Polskiego”, aż po wyłonienie się osobliwej formy gazetomu – poetyckiej gazety, która uderza nadmiarem informacji (migocące sześć łamów wierszy na stronę). Brak choćby szczątkowych rozwiązań graficznych, które przypominałyby o tych efemerycznych, niskonakładowych publikacjach, sprawia, że „Wiersze zebrane” tracą formę, na której charakter Góra zawsze kładł szczególny nacisk.

Ta utrata wpasowuje się w osobliwość całego tomu. Moment wydania pełnego zbioru jest zawsze szczególny – nawet jeśli nie domykający, to kanonizujący. „Wiersze zebrane” ukazują się w chwili, gdy pozycja Konrada Góry jako jednego z najważniejszych poetów swojego pokolenia zdaje się już jednoznacznie potwierdzona instytucjonalnie: nagrodami i nominacjami (m.in. Silesius, Orfeusz, Gdynia, Nike), wspomnieć można także spotkanie z poetą zatytułowane „Godzina z Mistrzem”, coraz silniejszy mit biograficzny z nutą enfant terrible w tle. A jednak zebrane w jednym tomie wiersze nie dają się spokojnie ustawić na półce kanonu. Raczej przypominają, że każde uświęcenie okupione jest stratą, a każde domknięcie – kolejnym pęknięciem.

Konrad Góra, „Wiersze zebrane (2008–2025)”
WBPiCAK
Poznań 2026


Przypisy:
[1] A. Waligóra, Šalamunizm jako narzędzie zwrotu konserwatywnego, „Dziennik Literacki”, 17.09.2025.
[2] Zob. J. Podsiadło, Tomasz Pułka, który się trupom nie kłaniał, w: tegoż, Podwójne wahadło, Poznań 2020. Wiersz ten stał się bezpośrednim impulsem do reakcji Góry.
[3] Zob. performans Konrada Góry i Wojtka Bajdy Nie, nagranie wideo dostępne w serwisie YouTube.