Polska stała się różnorodna i mówi wieloma językami. To temat polityczny, będący kontekstem dla dyskusji o polityce migracyjnej i jej wpływie na rynek pracy czy bezpieczeństwo. W dyskusjach nierzadko pojawia się temat dzieci i edukacji. Polskie szkoły, których uczniowie stają się coraz bardziej zróżnicowani, mają do spełnienia szczególne zadania w procesie integracji. W 2022 roku, po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji, do naszego systemu edukacji szkolnej dołączyło – według danych z 2024 roku – 150 tysięcy uczniów z Ukrainy. W raporcie z badań wykonanych przez CEO podkreślone zostały problemy wynikające z ich poczucia tymczasowości, trudności w integracji oraz faktu, że ukraińskie dzieci funkcjonują w grupach odrębnych od dzieci polskich. Zdarza się, że w szkołach oczekuje się od nich wdzięczności za polską gościnność i wsparcie. Relacje między osobami w wieku szkolnym odzwierciedlają emocje osób dorosłych, a te nie zawsze świadczą o nas, Polakach, najlepiej. „Nauczyciele obserwują niepokojące zjawisko – zwiększyły się działania o charakterze dyskryminacyjnym w młodszych klasach. To może oznaczać, że najczęściej takie postawy dzieci wynoszą z domu”, pisała jesienią 2024 roku Katarzyna Garbicz na łamach „OKO.press”.
W warszawskim Teatrze Ochoty, pierwszym w Polsce teatrze dla nastolatków, Liuba Ilnytska zrealizowała autorski spektakl o tym, jak w polskiej szkole odnajdują się dzieci migranckie. Wraz ze współpracującymi z nią twórczyniami i twórcami podjęła temat „bycia nowym” i „bycia nie u siebie” – co odnosić można zarówno do wyjazdu do innego kraju, jak i przeprowadzki do większego miasta. Teatr informuje, że spektakl „Masz coś w zębach” rekomendowany jest dla osób w wieku 13-15 lat, ale zapewne jedenastolatek czy osiemnastolatek też bez problemu odnajdą w nim coś dla siebie. Przedstawienie powstało w oparciu o rozmowy z młodzieżą z Ukrainy i Białorusi, na podstawie spotkań i warsztatów, które Ilnytska przeprowadziła w szkołach oraz pamiętników i notatek z wywiadów zebranych w ramach projektu „Дzieci uczestniczą!”, prowadzonego przez Warszawskie Obserwatorium Kultury. W samej Warszawie, według raportu WOK, uczy się 12 tysięcy dzieci z Ukrainy i 3 tysiące dzieci z Białorusi. Bezsprzecznie jest to więc spektakl potrzebny.
Troje aktorów – Vera Popova, Magdalena Duszak i Lukas Wójcicki – grają uczniów jednej klasy: Єvę, Anię i Wojtka. Przez nieco ponad godzinę możemy obserwować kształtujące się pomiędzy nimi relacje. Ania początkowo dystansuje się od Єvy, jednak, kiedy ta potrzebuje pomocy, zbliża się do niej. Później do obu dziewczyn dołącza Wojtek, aspirujący do grupy „fajnych dzieciaków”, do których jednak zdaje się nie pasować.
Poza szkolnymi perypetiami bohaterek i bohatera ukazane są także inne relacje dzieci: z matką, która wiecznie nie ma czasu; z ojcem, który pozostał w Ukrainie, czy ze sklepikarką, która oskarża dziewczyny o kradzież butelki wody. Chociaż cały spektakl jest zagrany z wielkim luzem – ktoś mógłby nawet powiedzieć, że nonszalancją – ogląda się go bardzo dobrze. Nienachalne interakcje z publicznością – rzucane jej spojrzenia, wskazywanie kogoś palcem – sprawiają, że młode osoby na widowni, które odnaleźć się mogą w części tych interakcji, mają szansę na rozpoznanie się w świecie przedstawionym.
O planowanych interakcjach z publicznością dowiadujemy się już na początku spektaklu, kiedy jego twórcy uprzedzają, jakie formy przybiorą takie sytuacje. Zadbano też o to, by widzowie mieli poczucie jak największej naturalności, a nie teatralności prezentowanych scen. Czasem udaje się to świetnie, jak podczas dialogu matki z córką o bananie albo rozmowy szkolnych kolegów o ukraińskim i polskim wieszczu – Tarasie Szewczence i Adamie Mickiewiczu. Chociaż jej wymowa jest bardzo poważna, a treść przejmująca, zostaje poprowadzona w taki sposób, jakby toczyła się na szkolnym korytarzu.
Ilnytska podjęła niecodzienną decyzję obsadową: rolę ukraińskiej uczennicy Єvy zagrała Magdalena Duszak, a pochodząca z Ukrainy Vera Popova – rolę Ani. W ten sposób na scenie dokonuje się jedno z wielu odwróceń oczekiwań widzów, gdy dziewczyna o najbardziej polskim imieniu mówi z ukraińskim akcentem, a Єva – bez niego. Dodać też trzeba, że podczas premiery Vera Popova grała z ręką na temblaku. Choć uszkodziła ją w trakcie prób do spektaklu, świetnie radziła sobie z tą sytuacją.
W przygotowanym w Teatrze Ochoty spektaklu jest kilka zapadających w pamięć scen: najczęściej tych, w których gra – świetna w swojej roli – Magdalena Duszak. Taka jest już pierwsza próba nawiązania przez jej postać relacji z Anią, podczas której padają coraz bardziej absurdalne pytania. Chociaż dziewczyna nie odpowiada, Єva walczy o podtrzymanie kontaktu. Podobnie jest w scenie, w której grana przez Duszak postać biega po parku i opowiada o ojcu, który został w Ukrainie. Albo wtedy, gdy w rozbrajający sposób pyta, dlaczego Mickiewicz pisze o Litwie, a Polacy uważają inwokację „Pana Tadeusza” za skarb narodowy. Bardzo zabawna jest też scena recytowania tego tekstu przez Lukasa Wójcickiego. Kiedy Wojtek, przygotowujący się do konkursu recytatorskiego, dosłownie duka wiersz, połowa publiczności pomaga mu, podpowiadając kolejne wersy. Scena następująca zaraz po tej poprowadzona jest już całkiem serio. Єva, zapytana o ukraiński odpowiednik inwokacji – o tekst mający podobną wagę i znaczenie – odpowiada, że ukraińskim Mickiewiczem jest Taras Szewczenko, a w szkole uczą się na pamięć jego wiersza „Testament”. Wójcicki odczytuje go, po czym proponuje własną wersję obu poematów, przeplatając ich wersy i tworząc nowy tekst: „Ukraino! Ojczyzno moja”. Wrażenie jest tak silne, że można poczuć dreszcze. Z kolei wspomniana wcześniej scena oskarżenia dziewczyn o kradzież jest absurdalnie zabawna. Wójcicki, wcielając się w kasjerkę, zakłada kostium, który zamienia go w postać przypominającą ogromną, mistyczną boginię. Mówi do dziewczyn z góry, stojąc na biurku. To celny pomysł, ponieważ w stresie i strachu wyolbrzymiamy osobę, która nas atakuje, pomniejszając przy tym własną pozycję.
Na poziomie wizualnym (scenografia i kostiumy: Magdalena Łazarczyk) w spektaklu Ilnytskiej dzieje się znacznie więcej niż w dość prostej fabule, a przy okazji nakładana jest dodatkowa, odnosząca się do świata fantazji, warstwa scenicznej opowieści. W tym kontekście przypomina mi się sztuka Mariusza Gołosza „POV: Masz 12 lat i prze***ane” (przed rokiem wystawiona w Teatrze Kochanowskiego w Opolu, a później w Teatrze Fredry w Gnieźnie i Teatrze Współczesnym w Szczecinie), w której lęki bohatera zostały zwizualizowane z użyciem postaci Crabba i Goyle’a z „Harry’ego Pottera”. U Ilnytskiej pomiędzy scenami pojawia się rogata postać w masce z wielkimi zielonymi oczami – takie oczy może mieć strach. Maskę, po kolei, zakłada każda z aktorek i aktor. Scenę oplata ogromna pluszowa ręka z pierścionkiem (może należąca do nieprzyjaznego dorosłego), a z krzesła wyrastają nogi w sztruksowych spodniach, co wygląda tak, jakby ktoś właśnie skakał na główkę do wody (może to analogia do skoku na głęboką wodę po przenosinach w nowe otoczenie?). Szkolne ławki pokryte są płachtą-instalacją, która raz staje się kostiumem okropnej sprzedawczyni, a w innym momencie, narzucona na biurko, ma stworzyć „bazę”, jaką budowało się w dzieciństwie, by z poduszek i koców stworzyć bezpieczne miejsce, gdy świat napełniał nas strachem. Spoglądając na tę bazę z oddalenia, można dostrzec przyczepione do niej uszminkowane usta z wyszczerzonymi zębami i łypiące na nas oko.
Warstwa wizualna tworzy świat pełen emocji, które trudno nazwać wprost, bo łatwiej zgromadzić je w symbolach. Moją ciekawość wzbudziły – walające się po różnych częściach sceny, jakby przypadkiem – fragmenty ludzkiej twarzy. Jeśli jednym z celów spektaklu jest przekazanie informacji, że w gruncie rzeczy jesteśmy do siebie podobni, to może właśnie tak ujawniana jest prostota tego, co nas łączy: w zasadzie każdy ma usta, nos i oczy. Scenografia jest szczególnie interesująca właśnie dzięki temu, że nie daje się zamknąć w jednym kluczu interpretacyjnym. Im dłużej o niej myślę, tym bardziej jestem przekonana, że można znaleźć w niej to, co w danym momencie jest bliskie osobie oglądającej – jej niewypowiedziane, trudne do nazwania uczucia. Być może dzięki temu osoby nastoletnie mogą łatwiej przejrzeć się w scenicznej rzeczywistości.
Spektakl kończy szalona jazda po Warszawie wyimaginowaną taksówką, do której wsiada troje bohaterów. Każdy z nich raz po raz przejmuje rolę kierowcy. Mijają kolejne stołeczne dzielnice, śmiejąc się, wygłupiając i pokazując miasto, które znamy, ale które na moment zostaje nam oddane jakby „na nowo”. Zobaczymy je z perspektywy tych, którzy nie od razu są w nim uznawani za „swoich”. Na wizualizacjach śledzimy to, co bohaterowie widzą za wyobrażonym oknem. W tej scenie jest coś więcej niż tylko energia finału: to rodzaj marzenia o mieście, w którym można po prostu być, mówić swoim głosem, śmiać się czy błądzić, nie będąc zmuszanym do nieustannego tłumaczenia się ze swojej obecności. Zaraz potem postaci organizują imprezę techno, zapraszając widzów na scenę. Ten gest jest także ważny – nie chodzi w nim tylko o wspólne przeżycie, ale również o wspólne zajęcie przestrzeni; o chwilowe unieważnienie wszystkich podziałów, które na początku fabuły spektaklu organizowały relacje między jego bohaterkami i bohaterem.
„Masz coś na zębach” zostawia widzów z uczciwym przekonaniem, że każdy może należeć do Warszawy, a Warszawa może być miastem dla wszystkich. Ten spektakl nie jest naiwny. Nie udaje, że już tak jest, ale pozwala nam zobaczyć, w jakim świecie moglibyśmy żyć. To bardzo dużo – zwłaszcza dziś, kiedy różnorodność stolicy, podobnie jak i innych polskich miast, tak często nie owocuje zaproszeniem do poszerzenia wyobraźni, tylko staje się paliwem dla politycznej propagandy, wykorzystującej strach, populistyczne uproszczenia i odruchy obronne. Teatr Ochoty odwraca tę zależność, proponując fantazję – wzmacniającą, ale nie eskapistyczną. Twórcy wystawionego tu spektaklu nie odwracają wzroku od przemocy, nie lekceważą odrzucenia, nierówności i codziennych drobnych upokorzeń, tak często doświadczanych przez wiele dzieci. Próbują stworzyć dla nas inny świat, istniejący obok tego, który tak dobrze znamy. A może chociaż: starają się podsunąć nam jego przeczucie.
Nadzieja na wsparcie niejednego młodego życia: ofiarowanie chwili rozpoznania komuś, kto czuje się obco; zawierzenie komuś, kto jest zmęczony koniecznością dopasowywania się do innych, ale też rzucenie grupom rówieśniczym zewnętrznego światła na ich własne zachowania nie tylko uczęszczającym do polskich szkół osobom z Ukrainy i Białorusi, ale też tym, którzy przyjechali do Warszawy z innych miast. Po przeprowadzce do większego miasta każda osoba zna taką obcość. Ja też. Spektakl Ilnytskiej całkiem serio opowiada o tym, co ważne. Cieszę się, że mamy w repertuarze Teatru Ochoty takie przedstawienie.