Williama Szekspira od dawna traktuje się w Polsce jako twórcę współczesnego. Jego sztuki bardzo często interpretowane są przez pryzmat aktualnych tematów społecznych, zjawisk politycznych czy problemów kulturowych, co pozwala reżyserom odnosić się do zagadnień, które w czasie powstawania danej inscenizacji jawią się jako szczególnie istotne. Tradycja takiego aktualizowania znaczeń, bardzo mocno zakorzeniona w polskiej kulturze teatralnej, wiele zawdzięcza interpretacjom Jana Kotta, które – choć od czasu ich publikacji minęło sześć dekad – wciąż wywierają istotny wpływ na sposoby odczytywania dzieł angielskiego dramatopisarza. Najczęściej uwidacznia się to przy okazji wystawiania najbardziej znanych sztuk, takich jak „Hamlet”, o którym Kott pisał, że „jeśli go tylko nie stylizować i nie grać antykwarycznie, wchłania w siebie od razu całą współczesność”. Jednak podobną właściwość – choć może nie aż na taką skalę – zdają się ujawniać także dramaty mniej popularne i rzadziej trafiające na scenę. Do tej grupy należy „Koriolan”.
Stanisław Chludziński, reżyserując tę tragedię w Teatrze Nowym w Poznaniu, zastosował wspomnianą strategię: nałożył dzisiejsze realia na akcję rozgrywającą się w starożytnym Rzymie. Główny bohater tekstu Szekspira, Kajus Marcjusz (Adam Machalica), to wybitny dowódca wojskowy, bohatersko i nieprzejednanie walczący z zagrażającymi jego ojczyźnie Wolskami. Swój przydomek, będący tytułem dramatu, zawdzięcza zwycięstwu, jakie odniósł, pokonując wolskiego przywódcę, Tullusa Aufidiusza (Andrzej Niemyt), i zdobywając Koriole – miasto należące do wroga. Mimo zalet prezentowanych na polu bitwy Koriolan skażony jest jednak pychą i pogardą dla niższych warstw społecznych. Dają one znać o sobie, gdy zmuszony jest zabiegać o poparcie ludu, niezbędne do otrzymania zaoferowanego mu przez senat stanowiska konsula. Twórcy spektaklu sprawnie wykorzystują te okoliczności, czyniąc otoczkę prowadzonej przez Koriolana kampanii soczewką, w której skupiają się problemy odzwierciedlające współczesny kryzys zaufania do demokracji oraz populizm warunkujący dzisiejszą politykę. W interpretacji reżysera i współpracującego z nim dramaturga, Bartosza Cwalińskiego, tematy te wysuwają się na pierwszy plan, choć nie mniej istotny (a przy tym niepokojąco oczywisty) jest także rezonans pomiędzy aktualną sytuacją geopolityczną a obecnym w tragedii wątkiem wojennym.
Spektakl nie odwzorowuje konkretnego konfliktu. Stanowi raczej syntetyczny obraz rzeczywistości, w której – raz bliżej, raz dalej – nieustannie trwa jakaś wojna. Służą temu nawiązania do łatwo rozpoznawalnych obrazów medialnych – wolski jeniec torturowany jest jak więźniowie w Guantanamo albo tajnych bazach CIA, a Rzymianie plądrujący Koriole kradną elektryczne czajniki i pralkę, co stanowi czytelną aluzję do przekazów z frontu rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Budowaniu wrażenia wszechobecności działań zbrojnych sprzyja wykorzystanie przestrzeni teatralnej. Część rozmów prowadzonych w obozie Wolsków toczy się na bocznym balkonie, gdzie są filmowane, a ich obraz – jako projekcja na żywo – pojawia się na ścianach zbudowanego na scenie betonowego bunkra (scenografia i kostiumy: Aleksandra Grabowska). Natarciami wojsk kieruje się z centrum dowodzenia, które znajduje się w opuszczanej na środek sceny klatce. Koriolan wygląda w niej jak pochylony nad konsoletami, wczuwający się w rytm muzyki didżej. Na projekcjach pojawiają się również obrazy z frontu – eksplozje, drony przelatujące nad celami i zdjęcia niszczonych obiektów. Medialne zapośredniczenie oddaje charakter współczesnych wojen, które wydają się odległe oraz kojarzą się z grą komputerową.
Twórcy przedstawienia nie ograniczyli się do ilustrowania tego podobieństwa, dobrze już zresztą rozpoznanego. Idą o krok dalej, zasiewając ziarno niepewności względem natury prezentowanych obrazów: czy nie są one spreparowanymi na potrzeby rzymskich odbiorców fake newsami, mającymi przynieść korzyści Koriolanowi? Taki trop może podsuwać krótki monolog wygłaszany przez bohatera zaraz po tym, gdy zostaje uhonorowany jako zwycięzca. To parafraza słów Prospera zapewniającego córkę, że tytułowy kataklizm „Burzy” i katastrofa okrętu, które tak ją poruszyły, były tylko złudzeniem, efektem czarów. Wypowiedź ta przywodzi na myśl nie tylko różnego rodzaju praktyki dezinformacyjne stosowane podczas toczących się dzisiaj wojen, lecz także przypadki cynicznego wprowadzania w błąd dla doraźnych politycznych zysków.
Koriolan nie opowiada wprawdzie, że w Springfield imigranci zjadają psy i koty, jednak sposób, w jaki stara się o poparcie ludu, pod wieloma względami przypomina ostatnią kampanię prezydencką w Stanach Zjednoczonych. Bohater przyjmuje rolę silnego przywódcy na trudne czasy – jest jak polityk, który deklaruje, że uczyni swój kraj znowu wielkim. Machalica zgrabnie oscyluje pomiędzy niechęcią granej przez siebie postaci do zabiegania o poparcie, pogardą dla mas i podlizywania się im a koniecznością kreacji wizerunku odpowiadającego potrzebom wyborczego show. W czapce z daszkiem i czarnej marynarce – skojarzenia z Elonem Muskiem nie są przypadkowe – pozuje do zdjęć z przyklejonym uśmiechem w towarzystwie żony, Wirgilii (Oliwia Nazimek), synka i matki, Wolumnii (Agnieszka Różańska). Aktor ujawnia sprawność do improwizacji, szczególnie przydatnej podczas rozmów z widzami, którzy mogą zadawać pytania granemu przez niego kandydatowi na konsula. Frazesy pojawiające się w jego odpowiedziach dobrze współgrają z hasłem „wszystko dla wszystkich”, które towarzyszy kampanii. Obłudy populistycznego spektaklu dopełnia rozdawanie widzom piwa i kiełbasy. Nikogo nie powinno zaskoczyć, że z takim programem Koriolan wygrywa w cuglach.
Interakcje z teatralną publicznością bywają ryzykowne, jednak w poznańskim przedstawieniu sprawdzają się dobrze. Wykorzystane są jeszcze przed prowadzoną przez Koriolana kampanią: to widzom przypisane są role rzymskich plebejuszy, którzy w tragedii Szekspira są nie tyle tłem, co bohaterem zbiorowym. Powołani do reprezentowania ich interesów trybuni, Sycyniusz (Andrzej Lajborek) i Brutus (Dariusz Pieróg), zachęcają widownię do skandowania haseł przeciwko wojnie i rosnącym cenom, zbierają postulaty ludu, a nawet rozdają broń i przeprowadzają szybki kurs dla edylów, którzy mają strzec porządku. To sceny, którym nie brakuje komicznego zabarwienia, choć uruchamiają także poważniejsze skojarzenia – na przykład z różnego rodzaju milicjami formowanymi przez współczesne wersje trybunów ludowych. Obaj rzecznicy plebsu również nie stronią od manipulacji, a uwikłani w polityczne rozgrywki wiedzą, z kim się sprzymierzyć. Gdy posługują się nagraniem ukazującym prawdziwe zdanie Koriolana na temat plebejuszy, aby pozbawić go poparcia, trudno uwierzyć, że czynią to bezinteresownie, kierując się wyłącznie dobrem ogółu.
„Nic mnie tak nie podnieca, jak procesy demokratyczne” – stwierdza cynicznie Sycyniusz, dając do zrozumienia, że świetnie orientuje się w realiach prowadzonej gry i sposobach wykorzystywania społecznych napięć. W tym kontekście pełniejszego znaczenia nabiera prolog spektaklu, w którym pojawia się bajka o brzuchu. Inne części ciała – zirytowane ciągłą pracą na rzecz nieroba – nie chciały już dostarczać mu pożywienia. Małemu Marcjuszowi (Jędrzej Konieczny/Antoni Miedziejko/Marcin Wróbel), niczym mentor objaśniający porządek świata, opowiada ją Meneniusz. W wykonaniu Artura Romańskiego (gościnna rola aktora Teatru Animacji) to nieco przegięty sybaryta, co znakomicie obrazuje oderwanie arystokratycznych elit od doświadczeń zwykłych obywateli. Rozdźwięk widać też podczas uczty u Aufidiusza, przypominającej perwersyjną orgię. Czy można jeszcze opisywać społeczeństwo metaforą organizmu, którego części pracują dla wspólnego dobra?
Chociaż w przedstawieniu Chludzińskiego kolejne konteksty dodawane są na zasadzie kumulowania skojarzeń, nie traci ono spójności i utrzymuje dobre tempo, zwłaszcza w pierwszej części, której uwspółcześniona interpretacja szekspirowskiego tekstu nadaje bardzo atrakcyjną dynamikę. Szkoda, że tego napięcia nie udaje się w pełni zachować w drugiej odsłonie spektaklu, gdy upokorzony, wygnany z Rzymu Koriolan wchodzi w sojusz z niedawnymi wrogami i planuje krwawą zemstę na swym rodzinnym mieście. Próby przekonania bohatera do odstąpienia od powziętych zamiarów przybierają ton patetyczno-sentymentalny. Nawet jeśli częściowo uzasadnia go sytuacja – zwłaszcza w scenie desperackich zabiegów Wirginii, Wolumnii i Walerii (Marta Herman), które gotowe są poświęcić życie w obronie Rzymu – trochę za bardzo kontrastuje ze swobodą, z jaką rozgrywana była pierwsza część, i sprawia, że pojawiają się dłużyzny.
Mimo tych mankamentów „Koriolana” ogląda się dobrze, a w zaproponowanej przez twórców interpretacji na uznanie zasługuje połączenie szacunku do tekstu z umiejętnym wykorzystaniem możliwości, jakie daje otwarcie na współczesne konteksty. Globalna perspektywa, do której się odwołują, podkreśla znaczenie obserwowanego coraz powszechniej demokratycznego paradoksu, polegającego na wybieraniu osób, którym – oględnie mówiąc – nie po drodze z demokracją, głoszących populistyczne hasła i sprawnie wykorzystujących społeczne frustracje. W ostatniej scenie mały Marcjusz robi zdjęcie zabitemu na rozkaz Aufidiusza Koriolanowi. Łatwo sobie wyobrazić, że w dzisiejszych czasach prędzej czy później trafi ono do mediów społecznościowych, można jednak tylko spekulować, czemu będzie służyć: czy stanie się przestrogą przypominającą o ponurym okresie złych wyborów, czy portretem męczennika patronującego swoim następcom. Przedstawienie nie przynosi odpowiedzi na to pytanie. W rzeczywistości jednak dobrze byłoby się nad tym zastanowić, zwłaszcza zanim umieści się w urnie swoją kartę do głosowania.