Zanurzenie się w Oriencie – przestrzeni fantastycznych rojeń – może być postrzegane jako doświadczenie transgresyjne. Edward Said, słynny teoretyk orientalizmu (i autor tego pojęcia), przekonywał, że obraz Wschodu jest stworzonym przez Zachód narzędziem utwierdzania własnej dominacji. Granica między Zachodem a Wschodem nie ma charakteru geograficznego, jako że poruszamy się w sferze fantazmatu. Można ją jednak nałożyć na mapę, a następnie symbolicznie umieścić w Turcji, kraju położonym na przecięciu Europy i Azji, stanowiącym tygiel kultur, języków, religii. Książka „Opowiedz im o bitwach, o królach i słoniach” Mathiasa Énarda, francuskiego orientalisty i cenionego prozaika, to podana w kostiumie historycznym opowieść o zderzeniu wielkiego Europejczyka z Orientem. Autor zaprasza na spacer po Konstantynopolu XVI wieku i po psyche protagonisty. Nie zabraknie tu zapachu róż, tańczących hurysek, walki o wybitność, jak również powikłanego wątku miłosnego, rozgrywającego się na tle pałacowych intryg.
Głównym bohaterem powieści Énarda jest Michał Anioł. Artysta podlega władzy papieża Juliusza II, dla którego projektuje grobowiec. A jednak surowa głowa Kościoła skąpi pieniędzy i lekceważy rzeźbiarza. Z ekonomicznego limba ratuje go niespodziewany list od „Wielkiego Turka”. Bajazyd II, sułtan Imperium Osmańskiego, zaprasza Michała Anioła do stolicy swego kraju, aby zaprojektował most w samym centrum stambulskiego portu. Autor „Dawida”, zachęcony obietnicą hojnej zapłaty, przyjmuje ofertę i kieruje się do Stambułu. Jego dalsze losy wyznaczone będą przez kilka impulsów. Ważne okażą się fascynacja aurą bajkowego Konstantynopola i perfekcjonizm skłaniający Buonarrotiego do ciężkiej pracy. Ale najistotniejszy impuls przyniosą relacje międzyludzkie: przyjaźń z albańskim poetą Mesihim oraz intymna relacja z bezimienną tancerką. Te trzy postaci wyznaczają miłosny trójkąt, którego złożona dynamika reguluje większą część fabuły.
Michał Anioł zakochuje się z wzajemnością w andaluzyjskiej tancerce, ale wewnętrzna blokada, która każe mu upatrywać wartości miłości w jakościach duchowych, paraliżuje go. Artysta nie potrafi dotknąć kobiety, ta zaś bardzo chce się do niego zbliżyć. Napięcia dopełnia Mesihi, który jest zakochany w Buonarrotim. Poeta-bibosz skrywa emocje, a ból związany ze świadomością „romansu” (tyleż platonicznego, co opartego na realnym uczuciu) Florentyńczyka i tancerki leczy winem i opium. Schemat miłosny zostaje ponadto pogłębiony o wymiar polityczny: rozgałęzione i niedoświetlone uczucia zostają podporządkowane dworskiej rywalizacji o władzę. Miłość, zazdrość i ambicja współtworzą literacką polifonię, rozegraną w dekoracjach olśniewającego Konstantynopola. Rozwibrowane emocje połączone z egzotycznym anturażem kojarzyć się mogą z klasyką arabską, na przykład z oniryczną „Ślepą sową” perskiego pisarza Sadegha Hedajata.
Świat powieści skąpany jest w mgiełce ciepłej bezsilności, która dopełniona jest palącymi uczuciami i epifanijnymi przebłyskami. Bohaterowie dążąc do realizacji swoich pragnień, pozornie nie tracą pasji życia. Ale po czasie, gdy pył krzątaniny opada, muszą sobie uzmysłowić, że nie są suwerenni: zależą albo od woli zwierzchników, albo od własnych rządz, które nie okazują się wcale bardziej łaskawe. W dużym stopniu książka Énarda stanowi katalog ludzkich emocji. A także próbę pokazania ich ambiwalentnej funkcji – z jednej strony są narzędziem kontaktowania się ze światem, a z drugiej więzieniem odcinającym od niego. Można kreślić kolejne charakterystyki bohaterów i przestrzeni przez pryzmat afektów: Michał Anioł opuścił Rzym powodowany złością i dumą; Juliusz II poniżył go kierowany pychą; Stambuł, kraina Innego, jawi się jako przestrzeń permanentnego zadziwienia; Andaluzyjka jest dla artysty katalizatorem pragnienia, ale i trwogi; Mesihi odczuwa zazdrość, tak samo jak i upokorzenie…
Naturalnie – ktoś powie – emocje formatują zarówno nasze codzienne doświadczenia, jak i szeroko rozumiane teksty kultury. Oczywiście, ale w tym przypadku mam wrażenie, że afekty zostają wykorzystane świadomie, jako rama konceptualna. Są stelażem, na którym zawieszono wydarzenia, przestrzenie i fabułę. Énard czyni z nich silnik zarówno dla trójkąta miłosnego czy machinacji politycznych, jak i także dla opowieści o prestiżu sztuki: Michał Anioł chce podołać zadaniu nie tylko ze względów ekonomicznych, ale również z powodu oddania materii artystycznej oraz dlatego, że pragnie uwiecznić swoje imię i zagrać na nosie swojemu wielkiemu rywalowi, da Vinciemu. Mówiąc Gombrowiczem, protagonista walczy o swoją wybitność w kościele międzyludzkim.
„Opowiedz im o bitwach…” wyróżnia nie tylko warstwa afektywna, lecz także język – wyważony i precyzyjny, a zarazem liryczny. Jako taka książka różni się od wcześniej wydanej w Polsce „Busoli” Énarda – formalnie rozbuchanego i złożonego ze zdań tasiemców monologu wiedeńskiego muzykologa. Tutaj pisarz nie popada w nerwowe wielosłowie, skrzętnie waży każdą frazę oraz chętnie posługuje się ciszą.
Poetyka, przypominająca kucie literatury na wzór rzeźby, nieuchronnie przywołuje melancholię. Nie brakuje więc sztandarowej figury retorycznej „tych, którzy nigdy nie odnajdą straty”: wyliczenia. Amatorem tego środka jest sam protagonista, który prowadzi specjalny zeszyt. Zapisuje w nim atomy doświadczenia: „rachunki, wydatki, terminy dostaw; zestawienia, jadłospisy, po prostu słowa”. Próbuje je w ten sposób ocalić: „Dwunastego maja: sejzing, kabestan, dennik, trap, nadstępka”. Na kartach notesu widnieją pojedyncze „rzeczy”, wyabstrahowane „momenty”. Wydaje się, że u Énarda liczą się wyłącznie takie fragmenty – prześwity satysfakcji, interwały pełni. Finalnie jednak powraca Matka Rzeczywistość – nie w białym fartuchu, jak w wierszu Darka Foksa, ale raczej w turbanie lub pod postacią sztyletu.
Énard przy tym doskonale wie, jak używać literackich narzędzi – stąd cechująca powieść labilność narracyjna. Rozdzialiki mają po kilka stron i pochodzą z różnych poziomów. Dominuje ten zamieszkany przez narratora trzecioosobowego, który dyskretnie wchodzi do głów postaci. Ale czasem perspektywa się zmienia i (ni stąd, ni zowąd) czytelnik zyskuje dostęp do listów bohatera lub wsłuchuje się w mowę tancerki. Przemawia ona do artysty w języku kastylijskim, którego ten nie rozumie. Czerpałem sporo satysfakcji z jej monologów-apostrof, które są być może najbardziej żywotnymi, poetyckimi i puchnącymi od emocji częściami tej krótkiej powieści:
TWOJE UKOJENIE JEST TAK ROZKOSZNE, ŻE TEŻ MNIE UPAJA. Oddychasz łagodnie. Żyjesz. Cudownie byłoby znaleźć się w twoim zakątku świata, zajrzeć w twoje sny. Śnisz tam tak daleko o białej miłości? O dzieciństwie, o utraconym pałacu? […] Zamykasz się jak małż. A jednak bez trudu można by cię otworzyć, znaleźć ciasną szczelinę, przez którą wdarłoby się do środka życie. […] Marzę o tym, byś cokolwiek z tego zachował. Byś zabrał ze sobą drobną cząstkę mnie. Byś przewiózł mój odległy kraj. Nie ulotne wspomnienie, nie obraz, ale energię gwiazdy, jej migotanie w ciemności. […] Chwytają się [mężczyźni] opowieści, wystawiają je naprzód niczym sztandary. […] Można ich skusić, opowiadając im o bitwach, o królach, o słoniach i o cudownych istotach, opowiadając o szczęściu, jakie nadejdzie po śmierci, o jasnym świetle towarzyszącym ich narodzinom, o otaczających ich aniołach, o zagrażających im demonach, i miłości, miłości, tej obietnicy zapomnienia i nasycenia.
Zaletą książki francuskiego pisarza jest konsekwencja konceptualna. Zamysł jest pozornie prosty: pokazać Stambuł oczami Europejczyka, stworzyć portret artysty, ukazać dwie kłączaste maszynerie, czyli miłość i politykę. Realizacja wywołuje w czytających poczucie pełni i zadziwia spójnością, choć pisarz operuje szczegółem i wycinkami z rzeczywistości.
Samodyscyplina formalna Énarda może się kojarzyć z twórczością Georges’a Pereca, który wielokrotnie pokazywał, jak sprawnie potrafi „wykuwać” literaturę („Rzeczy”, niedoskonały „Kondotier”). Biorąc pod uwagę odmienność „Opowiedz im o bitwach…” i wspomnianej „Busoli”, można się nawet pokusić o stwierdzenie, że francuski orientalista, podobnie jak członek eksperymentalnej grupy OuLiPo, „nigdy nie napisał dwóch takich samych książek” (znana formuła Pereca). Aczkolwiek to tylko podejrzenie, którego częściowym sprawdzianem będzie kolejna przetłumaczona książka Énarda („Zone”), zapowiedziana już przez wydawnictwo ArtRage.
Łatwo ulec fascynacji konstrukcyjną precyzją powieści, ale zarazem nie sposób nie dostrzec jej wymiaru ironicznego, o którym decyduje napędzająca fabułę idea mostu. Wszak istotą mostu – proszę wybaczyć to heideggerowanie – jest łączenie. Ale opowieść Énarda podmywa idee jakiegokolwiek łączenia, wiązania czy bratania. W takiej sytuacji – nie jest to oryginalny wniosek, lecz autor podsuwa go pod nos czytających – pozostaje tylko radość podtrzymywania opowieści, gubienia się w nich, doświetlania rzeczywistości fantazją. Trzeba więc ulec dyrektywnemu tytułowi i zacząć wreszcie opowiadać o tych bitwach, królach i słoniach.