Podstawę klasycznego bildungsromanu stanowią rozwój psychologiczny i moralny głównego bohatera. Młody człowiek, przeważnie chłopiec, wkracza w dorosłość, lecz wcześniej doświadcza na kartach powieści lekcji, która na resztę życia kształtuje go jako człowieka. W klasycznym ujęciu bohater musiał pogodzić młodzieńcze ideały z wymaganiami i realiami społecznymi; wraz z postmodernizmem do bildungsromanu wprowadzono ironię i przewrotność. Obu tych ścieżek świadomy jest amerykański prozaik Tobias Wolff, który w „Starej szkole” (org. „Old School”, 2003) świadomie z nich korzysta. Dzięki temu pisarz stawia swojego bohatera przed nietypową inicjacją w dorosłość. Bo co zrobić, kiedy lekcją jest to, że wszyscy kłamią, a jedynym sposobem na sprostanie wyzwaniom dojrzałości jest nauka tkwienia w kłamstwie i ochrona go przed prawdą? Co, jeśli z kłamstwa tworzy się fundament rzeczywistości i buduje się wokół niego legendę całej instytucji?
Fabuła powieści osadzona jest w nieznanej szkole na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, kojarzonym z wysokim standardem edukacji. Celem uczniów jest Liga Bluszczowa, przynosząca prestiż. Osiągnięcie planu nieodłącznie wiąże się z przyjęciem snobizmu, którym bohaterowie nasiąkają i daremnie próbują go maskować na etapie planowania przyszłości. Główny bohater to uczeń czwartej klasy, liczący na przyjęcie na Uniwersytet Columbia. On i jego koledzy marzą o byciu pisarzami, a wybrani publikują swoje teksty w szkolnym czasopiśmie. Młodzi adepci pisania imitują znanych i cenionych autorów tak nagminnie, że redakcja nie piętnuje zgłaszanych propozycji literackich – gdyby wytykała naśladownictwo, nie miałaby czego publikować. Studenci czują się więc usprawiedliwieni w swoim zawłaszczaniu – postrzegają je jako nieunikniony etap w rozwoju umiejętności.
W marzeniu o karierze literackiej utwierdza ich sama szkoła, trzy razy do roku odwiedzana przez znanego pisarza. W ostatnim roku edukacji bohatera mają być to Robert Frost, Ayn Rand i Ernest Hemingway. Dodatkowo uczniowie czwartej klasy startują w cyklicznym konkursie literackim, a autor najlepszego tekstu wygrywa prywatne spotkanie z pisarzem. Rywalizacja o indywidualną audiencję u pisarzy budzi tak ogromne emocje wśród uczniów, jakby liczyli, że przez osmozę wchłoną część talentu swoich rozmówców.
Tu warto wspomnieć o mistrzostwie Wolffa w naśladowaniu trójki prominentnych autorów (zupełnie jakby faktycznie ich wchłonął!). Prostota Frosta, egotyzm Rand i rzeczowość Hemingwaya to małe arcydzieła imitacji, podbijające argument o umiejętności podrabiania jako nieodzownym elemencie warsztatu każdego pisarza.
Z każdym kolejnym konkursem determinacja bohatera stopniowo przechodzi w desperację. Ostatecznie posuwa się do najgorszego grzechu, jaki może popełnić – plagiatu. Łatwość, z jaką przywłaszcza sobie cudzy tekst, i upór, z jakim broni swojego autorstwa (nawet mając przed oczami dzieło, które skopiował), są świadectwem obezwładniającej potęgi kłamstwa, ale też mocy uwodzenia, jaką ma narracja. Bohater ulega jej, gdy po raz pierwszy czyta opowiadanie mające wkrótce stać się „jego”. Rości sobie do niego prawo, ponieważ: „cała ta historia była wyjęta żywcem ze szczerego dziennika, którego nigdy nie pisałem” (s. 145). Sugestywna potęga narracji stwarza szansę na odnalezienie się w opowieści kogoś innego. U Wolffa zostaje to doprowadzone do mocy stwarzania rzeczywistości: bohater dostrzega swoje własne wady w fikcyjnej postaci, a przez to zaczyna wierzyć w osobistość czytanej historii i zarazem prawdziwość swojego kłamstwa. Opowiadanie jest o kimś tak bardzo do niego podobnym, że postrzega je jako własny głos.
Gdy zaczyna przepisywać tekst na maszynie, ta zacina się dwukrotnie przy pierwszym zdaniu, ale to bohatera nie zniechęca. Jak pisze: „Zdanie nie chciało dać się zapisać, ale i tak je zapisałem” (s. 146). Po nim kolejne i kolejne, a każde z nich pogłębia brnięcie w iluzję własności. Aż w końcu, wstając od maszyny, bohater nie mówi o skończonym przepisywaniu opowiadania, lecz o skończonym opowiadaniu, tak jakby proces kopiowania – ze zmianą kilku zaledwie szczegółów, takich jak płeć i imię głównej postaci – stanowił stopniową aneksję tekstu.
Nie sam fakt przywłaszczenia, ale to, że chłopak kradnie tekst napisany nie przez kolegę, tylko przez dziewczynę, wstrząsa przewodniczącym Uczniowskiej Komisji do spraw Honoru. Trzeba jednak przyznać, że perspektywa genderowa nie prowadzi tu do głębszej interpretacji. Wolff celowo nie robi z tego istotnego czynnika – dlatego konfrontacja bohatera z autorką opowiadania została przedstawiona w sposób przerysowany, niemal groteskowo. Bohater odgrywa rolę naiwnego idealisty, wierzącego w moc literatury (choć idealizm ten niekoniecznie idzie w parze z profesjonalizmem – chłopak zdążył się już z tego powodu ośmieszyć podczas wizyty Rand, której twórczością jest deklaratywnie zafascynowany, a która okazuje się powierzchowna – w rozmowie z pisarką chłopak nie wie, kim jest John Galt, jeden z prominentnych bohaterów jej powieści; ostatecznie okazuje się, że zdeklarowany fan i wyznawca przeczytał tylko jedną z powieści autorki), a wygadana i pewna siebie dziewczyna gardzi pisaniem. Chociaż posiada niezaprzeczalny talent literacki, odrzuca go, bo pisanie to „zbyt niepoważne zajęcie” (s. 188). Bohater nie potrafi zbić tego argumentu – riposta przychodzi po fakcie. Na dodatek jest raczej słaba: nie brzmi jak argument mogący zmienić czyjekolwiek zdanie.
Wolff nie po raz pierwszy w swojej twórczości bierze na warsztat kłamstwo i jego mechanizmy. Dobrze pokazuje to zbiór jego opowiadań z różnych dekad, połączonych w tom „Oto początek naszej historii” (wydany po polsku rok temu; org. „Our Story Begins: New and Selected Stories”, 2008). W opowiadaniu „Kłamca” (pierwodruk 1980) opisuje młodego człowieka, który nie może przestać kłamać. Matka chodzi z nim do lekarza i podejmuje liczne próby wyleczenia go z nałogu. Gdy wydaje się, że się udało, bohater znajduje się pośród obcych i pozwala sobie na pierwsze kłamstwo. Widząc zainteresowanie zebranych, zdobywa się na kolejne, potem kolejne, aż wszyscy są zaczarowani jego (zmyśloną) opowieścią. W opowiadaniu „Palacze” (pierwodruk 1976) eksploruje konsekwencje zatajenia prawdy – za palenie papierosów zostaje wydalony ze szkoły uczeń, który w tym momencie nie palił; według narratora kara jest zasłużona, bo bohater należał do grupy palaczy. W jeszcze innym opowiadaniu, zatytułowanym „Epizod z życia profesora Brooke’a” (pierwodruk 1980), naukowiec podejrzewa kolegę z uczelni o romans, sam dopuszcza się zdrady; kłamstwo pozostaje niewykryte, ponieważ wysoka pozycja zawodowa Brooke’a praktycznie oczyszcza go z podejrzeń (nauczyciele są wzorami dla innych; nauczyciele nie kłamią).
Wyraźnie widać, że rozproszone w opowiadaniach wątki i elementy świata przedstawionego – nie tylko motyw kłamstwa, ale także umiejętność snucia uwodzącej narracji, sposoby zachowania uczniów i nauczycieli, aura i moc prestiżu – które Wolff eksplorował w opowiadaniach, odbiły się w „Starej szkole”.
Jeśli kierujący szkołą powieściowego bohatera dziekan Makepeace nie dementuje pogłosek, że jest przyjacielem Hemingwaya, to widocznie nie ma w tym kłamstwa. Uczniowie snują więc narrację dalej: plotkują, że dziekan stanowił pierwowzór Billa z powieści „Słońce też wschodzi”, co naznacza go jeszcze większym prestiżem. Zatrudniani przez niego nauczyciele odczuwają zatem nobilitację i zaczynają się ogrzewać w jej blasku. Jak pisze bohater: „Inni angliści również zachowywali się, jakby byli kompanami Hemingwaya oraz Szekspira, Hawthorne’a i Donne’a na dokładkę. Czuliśmy, że tworzą zakon rycerski” (s. 11). Przyłapany na kłamstwie bohater nie może się schować za autorytetem, a za kradzież spotyka go zasłużona kara, którą przyjmuje, nawet jeśli nie potrafi zrozumieć swojej winy. Z kolei dziekan, zbudowawszy renomę swoją i swojej szkoły na kłamliwej legendzie (a początkowo niewinnej plotce), ucieka przed karą, czym ratuje nie tylko swoje stanowisko, ale też podwaliny świata, w którym nauczyciele to najwyższe autorytety. We wstępie do zbioru opowiadań „Oto początek naszej historii” tłumacz Krzysztof Umiński pisze, że „bohaterowie Wolffa biorą rozbrat z prawdą, gdy góruje w nich wstyd, strach lub poczucie, że nie dorośli do roli, którą sobie wyśnili albo którą przeznaczył im los” (s. 10–11). Zasada ta sprawdza się także w „Starej szkole”: główny bohater ostatecznie zostaje pisarzem, a prawdę o przyjaźni dziekana z Hemingwayem poznają tylko nieliczni wtajemniczeni, którym zależy na utrzymaniu tajemnicy. Każdy zostaje zatem w roli, w której się obsadził. Wszystko na scenie dorosłości poukładało się w najlepszym porządku. Prawda nie jest tu nikomu potrzebna.