Popularnym sportem ekstremalnym w polskim teatrze jest adaptowanie prozy. Wielu twórców podejmuje się takiego wyzwania, korzystając z pomocy dramaturgów, inni rzucają się na głęboką wodę i próbują odczytywać literaturę o własnych siłach. Trudność nie polega tu na przeniesieniu fabuły książki na scenę, ale na uchwyceniu w spektaklu tego, co w powieści istnieje potencjalnie, a nie każdy czytelnik jest w stanie to odnaleźć. Taką właśnie próbę podjął Jan Jeliński, który w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie wystawił „Zaklinanie węży w gorące wieczory”. Wydana w 2022 roku powieść Małgorzaty Żarów otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia 2023, a także była nominowana do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, Nagrody Conrada, Nagrody Literackiej Nike oraz do Premio Grand Continent. Czy wykorzystanie kontrowersyjnego i bardzo aktualnego tekstu dało Jelińskiemu szansę na stworzenie dobrego spektaklu?
Bezimienną główną bohaterkę (Helena Urbańska) poznajemy podczas spotkania z przyjaciółką. Magda (Małgorzata Witkowska) obdarowuje ją specjalną herbatą, którą należy parzyć w bardzo konkretnej temperaturze. Przy okazji zwierza się z własnych decyzji dietetycznych, które mają służyć jej nienarodzonemu dziecku, nazywanemu przez nią „ziarenkiem”. Ich wspólnym znajomym jest Ambroży (Damian Kwiatkowski) – warszawski prawnik, którego ambicje nie ograniczają się do sali sądowej. Zaproponował bohaterce, która pracuje na kamerkach internetowych i jako Violet Love zaspokaja różne wyszukane potrzeby seksualne swoich klientów, nakręcenie artystycznego filmu pornograficznego. Produkcja nie idzie zgodnie z planem. Podczas zdjęć Ambroży dokonuje gwałtu na dziewczynie, a zdarzenia zostają przerwane niesprecyzowanym kataklizmem. Na budynek spada „gwiazda betlejemska”, której upadek słychać w całej Warszawie, a unoszący się dym widać nawet z centrum. Kobieta, ubrana w suknię ślubną, która stanowiła jej filmowy kostium, piechotą wraca do stolicy. W drodze poznaje młodego chłopaka (Maksymilian Piotrowski). Wchodzi z nim w intymną relację, warunkowaną nie tylko seksualnością, ale także przez uczucia.
Wydawać by się mogło, że historia dotykająca tematu pracy seksualnej będzie tak zwanym „samograjem”. Publiczna debata w Polsce nadal dojrzewa do empatycznej rozmowy na temat uznania profesji z tego obszaru za zawody równoprawne z innymi, a temat pojawia się co jakiś czas w naszym teatrze. Jelińskiemu udało się skutecznie zmarnować wszystkie szanse pogłębienia tej problematyki. Części składowe spektaklu dają różnorodne, często wzajemnie sprzeczne sygnały. Mam wrażenie, że podczas przygotowywania „Zaklinania węży…” zabrakło pracy dramaturgicznej. Tekst książki został przeniesiony bezpośrednio do scenariusza, co spowodowało zamazanie granicy pomiędzy dialogami postaci, ich komentarzami i opisami sytuacji, w których się znajdują. Podobny zabieg, zastosowany wcześniej podczas pracy w Teatrze Dramatycznym przez Annę Augustynowicz we „Wczoraj byłaś zła na zielono”, bronił się dzięki konsekwentnej pracy reżyserki, z rozmysłem podążającej za narracją adaptowanej książki Elizy Kąckiej. U Jelińskiego aktorzy mówią tekstem powieści w planie realistycznym, co sprawia, że na scenę wkrada się, zakrawająca na tandetę, rodzajowość.
Dominującą estetyką „Zaklinania węży…” jest coś, co można nazwać „teatralnym eklektyzmem”. Jeśli przyjrzymy się częściom składowym tego spektaklu pojedynczo, możemy uznać, że to mocne estetycznie, warte uwagi propozycje. Scenografia i światła Doroty Nawrot – użycie kolorowych filtrów, różowe świetlówki dookoła otworu na ścianie, niemal cała scena pokryta fototapetą z małymi obrazkami węża – wytwarzają wrażenie odrealnienia. Wszystko to, razem ze stołem na kółkach i dwoma cokołami, na których znajdują się ruchome dłonie z długimi paznokciami, wydaje się ciekawą propozycją wizualną. Jednak w perspektywie całego spektaklu za dużo tu umowności, która – przez wyraźną ironię w tekście – zmierza ku sztuczności. Choreografia Wojciecha Grudzińskiego akcentuje pracę i sprawność fizyczną aktorek i aktorów – przede wszystkim Piotrowskiego i Urbańskiej. Dobre sceny dwójkowe przyczyniają się jednak do uwydatnienia niedostatków na poziomie reżyserii spektaklu. Sceny z udziałem Urbańskiej i Witkowskiej, Urbańskiej i Piotrowskiego czy Urbańskiej i Kwiatkowskiego noszą znamiona dobrze rozpracowanej psychologii postaci. Aktorki i aktorzy grają, uważając na siebie nawzajem: są czujni i wykorzystują możliwości, wyrażając emocje tworzonych przez siebie postaci. Jednak, kiedy już zbliżają się do pogłębienia sygnalizowanych tematów – patriarchatu, intymności, traumy i pracy seksualnej – mielizny scenariusza uniemożliwiają zajęcie się nimi na poważnie.
Istotną częścią spektaklu jest jego warstwa audiowizualna. Wideo Agaty Rucińskiej ukazuje podróż bohaterki z planu filmowego do Warszawy. Psychodeliczny wideoart miesza się w nich z ujęciami korporacyjnego krajobrazu ulicy Domaniewskiej, z warszawskiego tramwaju czy zimowego krajobrazu południowych przedmieść stolicy. Projekcje, których stylistyka skojarzyła mi się z filmami „Sala samobójców” Jana Komasy i „Szatan kazał tańczyć” Katarzyny Rosłaniec, bywają ciekawsze od tego, co dzieje się na scenie.
„Zaklinanie węży…” to efekt współpracy zdolnych twórców i twórczyń. Całemu spektaklowi czegoś jednak brakuje – problem leży po stronie dramaturgii i reżyserii. Nie chodzi tylko o niedostatecznie wykonaną pracę na tekście, ale też o zaniedbania na poziomie tworzonych sensów i powoływanych znaczeń. Historia bohaterki, która zderza się z rzeczywistością branży, w której pracuje, mogła być idealnym fundamentem, pozwalającym na krytyczne spojrzenie na cały fenomen e-seksu, pornografii i problemów z intymnością w XXI wieku. Jednak w momentach, w których moglibyśmy zamyślić się nad konkretnym problemem, wielokrotnie pojawiał się rubaszny dowcip, a sceny, w których bohaterka była półnaga, przypominały bardziej komediową bezpruderyjność niż sugestię, żeby potraktować nagość poważnie. Pokazywana na ekranie zabawa bohaterki własnym biustem nie komentowała złożoności pracy seksualnej, a raczej powielała uprzedmiotawiające spojrzenie jej klientów. Niesmak pozostawia również scena, w której bohaterka mówi o swoich umiejętnościach zaklinania „białych węży”, o których „było wiadomo od dnia, w którym się urodziła”. Wspomina też film erotyczny, który jako dziecko zobaczyła, skacząc po kanałach w telewizji. W powieści scena ta ma charakter autorefleksyjny i obnaża psychikę postaci. Przeniesienie tych słów na scenę pozbawia je mocy, sugerując rubaszną komediowość.
Kontrastem dla nich jest, wykorzystująca choreografię, scena seksu bohaterki z nowo poznanym chłopakiem. Choć jest w niej potencjał subwersywności, i ona wpada w pułapkę spłycającego uprzedmiotowienia. Brak granicy między nastrojami to problem widoczny niemal od samego początku spektaklu. Czy scena, którą właśnie oglądam, jest ironiczna, czy mam ją brać na poważnie? Czy mamy tutaj głęboką psychologię, czy brechtowski efekt obcości? Czy losy bohaterki mają nas rozśmieszać czy przerażać? W pracy nad spektaklem uczestniczyła koordynatorka intymności Martyna Czarnecka. Jednak to nie ona, a reżyser odpowiada za stworzenie odpowiedniego wydźwięku dla scen ukazujących nagość i kontakty seksualne.
„Zaklinanie węży w gorące wieczory” w reżyserii Jelińskiego wymyka się wszelkim kategoryzacjom gatunkowym. To spektakl podejmujący próby psychologizowania, które łączą się z elementami „realizmu magicznego” i ironicznym wykorzystaniem ironicznej powieści. Sam, przez wzgląd na skojarzenia z estetyką polskiego kina z lat 2005-2012, opisałbym ten spektakl jako „millenialski”. Chodzi o wspomniany już, dziejący się głównie w przestrzeni wirtualnej film „Sala samobójców”; „brudny” i surowy styl prowadzenia kamery przez Rosłaniec czy reminiscencje niesławnego „Pokolenia Ikea” (bardziej blogowego oryginału, niż filmu z 2023 roku). Ale równocześnie nic nie krzyczy „millenials” głośniej niż krajobraz korporacyjnego Mordoru przy Domaniewskiej na Mokotowie, postać pretensjonalnej Magdy czy nadambitny Ambroży. Na małej scenie Teatru Dramatycznego rozpoznać można inspiracje TVN-owskimi produkcjami filmowymi, artystyczną i „buntowniczą” kinematografią polską przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku oraz ich, lekko przejrzałymi, rozpoznaniami pokolenia młodych dorosłych.
Nie chciałbym być źle zrozumiany – w tej estetyce jest pomysł i potencjał, ale narracje o młodych dziewczynach marzących o sławie w dojrzewającym kapitalizmie zostawiliśmy za sobą już dawno. Opowiadanie o pracy seksualnej otwiera możliwość dyskusji o klasowości, ekonomii, kapitale płciowym i skomplikowanych sytuacjach życiowych ludzi, którzy decydują się na wejście w tę branżę. W „Zaklinaniu węży…” brakuje głębszej refleksji nad którymkolwiek z tych problemów: dostajemy zerojedynkową historię dziewczyny, która odkrywa, że seks to nie tylko fizyczność i praca, ale również intymność i uczucia. Nie mam wątpliwości, że potrzebujemy w teatrze takich historii, ale stworzonych z większym rozmysłem i większym zaangażowaniem społecznym. Czas odosobnionych jednostek minął. Dzisiaj warto, jak rapował Łona, „patrzeć trochę szerzej”.