Ciepła woda w kranach, minimum egzystencjalne w portfelu i imperatyw samozadowolenia usypiają naszą czujność, ograniczając wolę działania zdolnego zmienić rzeczywistość. Niezależnie od słuszności spraw, które mogłyby nas motywować do działania, ignorujemy niesprawiedliwość, a w końcu przestajemy ją dostrzegać. Media, których syci nadawcy ciągle wierzą w słuszność tezy o końcu historii, podtrzymują ułudę, że żyjemy w najlepszym ze światów, za jaki wciąż uważają liberalną demokrację. Schlebiając politykom chwilowo znajdujących się na szczytach dowodzą, że doświadczane trudności są tylko „przejściowe”, wszyscy są ludzie równi wobec prawa, a władza troszczy się o społeczeństwo. Nawet niewiara w propagandę sukcesu nie jest wystarczającym argumentem przemawiającym za zmianą. Postępująca atomizacja społeczna nie sprzyja organizacji, a przejawy buntu – poza nielicznymi przypadkami – niemal nie ujawniają się w przestrzeni publicznej. Informacje o niezgodzie na zastany porządek przenikają do infosfery zgodnie z wolą korporacji zarządzających platformami społecznościowymi. Algorytmy, trolling i ośmieszanie może uciszyć każdą rebelię, zanim ta rozpocznie się na dobre. Głos potencjalnych buntowniczek i buntowników rozmywa się, rozprasza i znika, a rewolucje obumierają, zanim zdążą zapuścić korzenie. Ich potencjalni inicjatorzy i inicjatorki, przytłoczone wewnętrznymi sporami, jałowymi dyskusjami i powszechną niewiarą w powodzenie, składają broń.
Tymczasem bardzo blisko, tuż obok nas, w naszym sąsiedztwie albo naszym mieście, można spotkać osoby, które się nie poddały – podjęły walkę i wygrały. O takich kobietach, inicjujących małe, lokalne rewolucje w Poznaniu na przestrzeni ostatnich lat, opowiada zrealizowany w Teatrze Ósmego Dnia spektakl Leny Witkowskiej „Royberki”. To przedstawienie, które przywraca wiarę w sprawiedliwość i nadzieję na powodzenie małych rewolucji. Przypomina, że gniew może być motorem do działania, a sprzeciw ma sens. Zwłaszcza – jeśli towarzyszą mu determinacja, konsekwencja i wiara w słuszność podjętych dążeń. Już tytuł, będący żeńską formą popularnego w Poznaniu słowa „rojber”, czyli łagodnym określeniem łobuziaka albo rozrabiaki, staje się deklaracją gotowości do działania: rojberki to kobiety, które grzeczne już były. To one, po wyczerpaniu innych środków, są gotowe podnieść głowy i pięści w geście sprzeciwu – nie po to, by podpalić świat, ale by walczyć ze złem. Chcą zmienić własne otoczenie, swoje miejsca pracy i środowisko, w którym żyją.
Witkowska opowiada o kobietach, którym nie było wszystko jedno. To współczesne siłaczki, które nie lekceważą krzywd doświadczanych przez siebie i innych. Nie pozostają obojętne. Są gotowe podnosić głowy i głosy, inicjując walkę z chciwością, ignorancją i podłością, z którymi tak dobrze nauczyliśmy się żyć, że przestajemy je zauważać.
„Royberki” nie są konwencjonalnym spektaklem teatralnym – to hybryda, oscylująca pomiędzy teatrem a koncertem; między dokumentem społecznym a manifestem artystycznym. W przedstawieniu splatają się trzy warstwy: performatywne działania aktorskie, wypowiedzi bohaterek, których rzeczywiste historie stały się kanwą scenariusza, oraz ekspresyjnie wykonywane piosenki komentujące opisywane sytuacje. Uczestniczki kolejnych buntów wypowiadają się w projekcjach wideo, a ich opowieści zostają rozwinięte w choreograficznych i muzycznych scenach spektaklu. Pięć performerek – Joanna Bielawska, Marika Bocewicz, Weronika Siwicka, Lena Witkowska i Marta Wołczecka – tworzy rytmiczną, pełną energii opowieść szukając formy dla opisu współczesnego kobiecego aktywizmu. Wykorzystują przy tym swoje kompetencje instrumentalne.
Sensy spektaklu znakomicie podkreślają jego forma i styl. Śpiewane utwory przypominają pieśni buntu, co – kojarząc się z płytami zespołu R.U.T.A. („Pieśni buntu i niedoli XVI–XX wieku”) albo Chumbawamba („English Rebel Songs 1381-1914”) – odsyła do długiej tradycji wyrażania niezgody klas i warstw uciskanych poprzez śpiew, wyraźne zarówno w pieśniach chłopskich i robotniczych, ale też w punk rocku lat siedemdziesiątych czy we współczesnych performansach feministycznych. Decyzja, by nadać „Royberkom” formę koncertu, staje isę w ten sposób nie tylko gestem artystycznym, ale i politycznym. Spektakl wyraża kolektywny bunt korzysta z narzędzi edukacji i mobilizacji społecznej. Przywraca wiarę w sens niezgody. Przypomina, że rewolucyjny potencjał rodzi się dziś w głosach kobiet, którym przez wieki odmawiano podmiotowości.
„Royberki” składają się z prologu, pięciu części i epilogu. Każdy z głównych jego elementów skupia się na innej grupie społecznej i na buntowniczym doświadczeniu ich członkiń. Kolejne akty otwierają nagrania rozmów przeprowadzonych przez Lenę Witkowską z pracownicami żłobków, osobami zatrudnionymi w centrum logistycznym Amazona, niemedycznymi pracownicami szpitali, opiekunkami osób starszych oraz aktywistkami walczącymi o prawa lokatorskie. Kobiety mówią o pracy ponad siły i poniżaniu, które doprowadziły je do buntu. Ich wypowiedziom towarzyszą czarno‑białe filmy Filipa Jędrzejczaka. Ten dokumentalny szkielet, choć wzbogacony metaforą, osadza spektakl w rzeczywistości. Działania performerek w trakcie projekcji tworzą kontrapunkt dla pozostałych, bardzo intensywnych scen, zdominowanych przez muzykę i choreografię.
Centrum każdej z części spektaklu są pieśni, inspirowane przytoczonymi historiami tytułowych rojberek: Magdy Malinowskiej, Doroty Stefańskiej, Renaty Bernas, Bronisława Waszkiewicza, Kasii Czarnoty, Hanny Roloff, Anety Budzińskiej, Marijki Czuliny i Nadii Demyd. Choć ich opowieści osadzone są w poznańskich realiach – mówią warunkach pracy w podmiejskim Amazonie czy eksmisji mieszkańców Osiedla Maltańskiego – przywołują doświadczenia, które można uznać za uniwersalne. Są jednak szczególne, bo heroiczne: mobbing, niedocenienie, łamanie praw pracy czy bandyckie praktyki „czyszczenia” kamienic przeplatają się tu z opowieściami o odwadze, determinacji i skutecznych, choć często długotrwałych, rewolucjach przynoszących realną zmianę.
Spektakl otwiera wizja pracownic żłobków – kobiet, które wykonują pracę niezwykle potrzebną, wymagającą ogromnej odpowiedzialności i zaufania, a mimo to spychane są na społeczny margines. „My jesteśmy pierwsze, które uczą mówić dzień dobry. Uczymy dzieci kolorów”, mówią osoby, które równocześnie zajmują się czasem nawet kilkanaściorgiem dzieci, które trzeba przewinąć, nakarmić, położyć spać, ale też – pobawić się z nimi. Wypalenie zawodowe jest stanem wpisanym w ten zawód. Kiedy walka o podwyżkę nie przyniosła efektów, pojawia się przesłanka do strajku. Do zaprezentowanej opowieści nawiązuje „Litania do Najświętszej Żłobianki” – pieśń nawiązująca formą do tradycji religijnej, wykorzystana na scenie w kontekście feministycznym. „Ciociu królowo żłobkowa, bądź wesoła, kolorowa. Pod Twoją obronę się uciekamy, kiedy nie ma mamy” – śpiewają performerki. Sakralizują tak codzienną pracę opiekunek, a jednocześnie ironicznie komentują ironicznie jej systemowe niedowartościowanie.
Amazon przedstawiony zostaje jako dystopia współczesnego kapitalizmu – świat, w którym pracowniczki stają się częścią zmechanizowanego organizmu. Pojawiają się konkretne informacje oparte na faktach. „Praca uszkadza układ mięśniowo‑szkieletowy” – mówi jedna z bohaterek. Inna wspomina spór o klasyfikację wysiłku pracownic i pracowników: firma nigdy nie uznała, że ich praca jest „ciężka”, choć pomiar spalanych kalorii świadczył o tym jednoznacznie. Najbardziej wymowna jest jednak diagnoza: „3 do 5 lat – tyle wytrzymują pracownicy. Potem ich sprawność spada”, a także ocena systemu władzy: „Oni nie chcą, żebyśmy myśleli. Masz wyłączać myślenie i pracować jak najszybciej”. Na scenie ta rzeczywistość zostaje zwizualizowana choreografią z użyciem kubków jako instrumentów perkusyjnych. Dopełnia ją pieśń o braku kawy, snu i – dających nadzieję – zmian. Tradycyjny, proletariacki blues zyskuje ostrzejszą, niemal punkową formę. „Nie boję się do władzy wyjść, chociaż zabrali moc i myśl” – śpiewają artystki, poruszając się jak automaty sortujące paczki. Prowadzi je Marika Bocewicz jako didżejka osobliwej imprezy odbywającej się pod hasłem „Make Amazon Pay”.
Trzecia część wprowadza odniesienia do sytuacji sekretarek medycznych w szpitalach. „Na oddziale stosunki między lekarzami i pielęgniarkami a nami były napięte – byłyśmy poniżane” – mówi głos z nagrania. Wspomnienie słów dyrektora tej placówki: „Możecie codziennie przychodzić mi pod okno na bębnach grać” uzasadnia użycie bębnów na scenie. Performerki uderzają w nie, wyładowując swoją złość na system. Hierarchia szpitalna – lekarze ponad pielęgniarkami, pielęgniarki ponad sekretarkami – odzwierciedla logikę kapitalizmu, w którym osoby znajdujące się najniżej pozbawione są prawa głosu i mają pracować za jak najmniejsze pieniądze. Jeśli się buntują – mogą zostać zmienione przez inne.
Bohaterkami ostatnich części „Royberek” są opiekunki osób starszych i lokatorki walczące o prawo do mieszkania. Spektakl mówi o wymuszaniu pracy ponad siły, co prowadzi do fizycznego i psychicznego wyniszczenia. Przypomina, że opiekunka nie jest tylko parą rąk – jest osobą, która czuwa, słucha, towarzyszy. Z kolei opowieści o eksmisjach – jak ta o starszym panu z ulicy Kramarskiej, który mimo regularnych opłat „nagle zrobił się niepotrzebny” w kamienicy, którą po wojnie odbudowywał jego ojciec – odsłaniają brutalną praktykę „odzyskiwania” nieruchomości: oczernianie lokatorów, wywoływanie usterek, przemoc fizyczną i psychiczną. To tutaj bunt lokatorek i aktywistek może przynieść realne skutki wobec prawa, zbyt często warunkowanego regułami rynku.
Muzyka w „Royberkach” nie ma jedynie funkcji ilustracyjnej – to główne narzędzie tworzenia opowieści i forma działania scenicznego. Każda z performerek wnosi do spektaklu własne doświadczenia, wynikające z praktyk w różnych estetykach – od ambientu, przez indie, po rap – co przekłada się na różnorodne, ale zawsze podszyte pazurem wywrotowości, brzmienie kolejnych utworów. Piosenki, choć formalnie różne, mają wspólny mianownik: jest nim punkowa, zadziorna energia, która nie pozwala traktować ich jedynie. jak dopełnienia prezentowanych sytuacji i opowieści. Te pieśni, nazwane przez artystki „rebeliadami” są jak skrzydła rewolucji. Taka perspektywa sprawia, że ważniejsze od ról, odgrywanych podczas ich wykonywania, są wyzwalane przez nie emocje. W momentach, kiedy performerki całkowicie ufają temu kierunkowi, spektakl jest najmocniejszy. Myślę, że zyskałby jeszcze więcej siły, znaczenia i skuteczności, gdyby jednoznacznie opowiedziały się po tej stronie – rezygnując z aktorskiego dystansu na rzecz mocniejszej, a nawet bardziej brutalnej, nieoszlifowanej ekspresji. Wówczas nie musiałyby nawet dopracowywać czytelności tekstu, by nie gubić sensów żadnego z wypowiedzianych czy wykrzyczanych słów.
Lena Witkowska – której charyzma i sceniczna osobowość przyniosły sukces solowemu spektaklowi „Nasza racja” w reżyserii Adama Ziajskiego – w „Royberkach” dizeli się miejscem z każdą z pięciu performerek, umiejętnie korzystając z ich energii i powołując kolektyw teatralnych buntowniczek. Decyzje reżyserskie i kompozytorskie pozwalają wydobyć elektryzującą charyzmę – różniących się wieloma cechami, ale zjednoczonych wspólną ideą – artystek.
„Royberki” powstały i prezentowane są w Teatrze Ósmego Dnia. Legenda tego miejsca ufundowana została na niezgodzie na niesprawiedliwość, ignorancję i przemoc – przede wszystkim przemoc władzy, systemu prawnego i Kościoła. Spektakl Witkowskiej dopisuje do tej historii ważny, kobiecy rozdział, pisany przez bunt jako reakcję na codzienne doświadczenie wyzysku, przemocy i lekceważenia. Dziś rebelia jest kobietą i – jestem tego niemal pewien – tylko od kobiet może zacząć się kolejna społeczna rewolucja. W tym sensie „Royberki” są jednym z najciekawszych współczesnych nawiązań i rozwinięciem imponującej tradycji Ósemek. To spektakl, który aktualizuje marzenie o rewolucji. Pokazuje jej kameralny wymiar, a równocześnie przypomina, że niezgoda ma głos kobiet, bunt zaś – własny rytm, który trudno zagłuszyć.