Nr 6/2026 Na teraz

Gruszki i krew

J. Szpilka
Literatura Recenzja

W „W dobrych rękach” Yael van der Wouden wciąż powraca motyw głodu. To z jednej strony głód dosłowny. Co prawda akcja powieści jest osadzona w latach powojennej prosperity, jednak dla bohaterek van der Wouden wspomnienia niedoboru podczas niemieckiej okupacji Holandii są wciąż żywe i bolesne. Z drugiej strony mamy do czynienia z głodem rozumianym trochę bardziej metaforycznie (chociaż nie bez przełożenia na fizyczną intensywność): jako pragnieniem posiadania rzeczy i posiadania ciała. Pożądanie, długo niewypowiedziane, przeżywane jest jako brak odczuwalny aż do kości. Jego przeciwieństwem jest śmierć – choćby i za życia.

Blurb opisuje to trochę delikatniej: „Isabel wiedzie samotne życie na holenderskiej prowincji – uporządkowane niczym odziedziczona przez nią porcelana. […] W rodzinnym domu czas płynie niezmiennie wśród brzęku naczyń i szeptów przeszłości”. Niezmienność i perfekcyjny ład nie są jednak życiem. Stąd na początku „W dobrych rękach” Isabel jawi się właściwie jako postać niematerialna: przebywa w rodzinnym domu tak, jakby nie zajmowała w nim żadnego miejsca, jakby jej jedyną rolą było trwanie w bezczasie. Nie pragnie niczego innego, jak tylko utrzymania porządku. Jej rolą jest nic więcej, jak bycie kustoszką domowej porcelany. Trudno więc nazwać to życiem, chyba że w najbardziej wulgarnie fizjologicznym znaczeniu – raczej zoe niż bios. Ten stan rzeczy przerywa dopiero pojawienie się Evy, niespodziewanej i (na początku) niechcianej gościni, która zupełnie nie szanuje zmumifikowanego ładu otaczającego Isabel.

Co zachodzi między Isabel i Evą, nietrudno się domyślić, zważywszy na to, że „W dobrych rękach” towarzyszy informacja, iż powieść wygrała ubiegłoroczną Lambda Literary Award w kategorii powieść lesbijska. Oczywiście wokół romansu bohaterek – napisanego, dodam, wyśmienicie, namiętnie, chciałoby się rzec: „głodnie” – pojawiają się komplikacje. Nad ich relacją ciąży historia domu, nabytego w latach wojennych w dość tajemniczych okolicznościach i związanego z przeszłością Evy. Jak potoczy się ten wątek i do jakich odkryć doprowadzi, także każda czytelniczka zgadnie – problemu nie będzie miała zwłaszcza czytelniczka polska, zaznajomiona nawet pobieżnie z twórczością autorek takich jak Barbara Engelking, Bożena Keff, Joanna Tokarska-Bakir czy Monika Sznajderman oraz innych autorów. Problem mienia pożydowskiego – i szerzej: obecnej nieobecności Żydów w krajobrazie powojennej Europy – jest ważny i zajmujący. Przyznam jednak, że moja lektura została naznaczona innymi, mniej historycznymi skojarzeniami. Romans między Isabel i Evą śledziłam, mając z tyłu głowy lesbijskie wampiry.

Ten związek frazeologiczny nie jest oczywisty, ale zapewniam, że nie jest też absurdalny. Tak się bowiem złożyło, że w podobnym czasie, co „W dobrych rękach”, czytałam opublikowaną w ubiegłym roku powieść Kat Dunn „Hungerstone”. To retelling „Carmilli” Sheridana Le Fanu, który właśnie ukazuje się po polsku w tłumaczeniu Xeni Wiśniewskiej. Dostrzegam w nim liczne paralele nie ze wskazaną powieścią Le Fanu, ale z van der Wouden. Widać je na samym poziomie konstrukcji fabuły: obie autorki opisują romans między kobietą spetryfikowaną w roli pani domu i tajemniczą gościnią, której obecność zakłóca porządek heteroseksualnego istnienia; obie opisują lesbijskie pragnienie nie tyle jako głód niewypowiedziany, ile wręcz niewypowiadalny. Różnica leży tylko w tym, że u van der Wouden katalizatorem uwolnienia emocji są gruszki, a u Dunn – co spodziewane, jako że u niej bohaterkami są wampirzyce – krew.

Łatwiej będzie wykazać paralele, jeśli zestawimy ze sobą dwa fragmenty z obu powieści. Najpierw scena z „W dobrych rękach”, w której Eva zadaje Isabel kluczowe pytanie, na które rozmówczyni nie potrafi odpowiedzieć:

Tego wieczoru rozmawiały jeszcze mniej. Eva przekroiła swoją porcję mięsa, zjadła połowę, a pozostały kawałek przesuwała w kółko po talerzu. Isabel obserwowała ją.
– To niegrzeczne.
Eva odłożyła widelec. Wydawało się, jakby o czymś myślała.
– Isabel, czy jest coś, co sprawia ci radość?
– Co to za pytanie?
– Bardzo proste – rzuciła Eva zrezygnowanym tonem.
Isabel wstrzymała oddech. Jej odpowiedź tkwiła głęboko w gardle – wiedziała, że ją wykrztusi. Jeśli teraz jej nie zdławi, to ją z siebie wydusi. Wzięła do ust porcję ziemniaków, połknęła ją i napłynęły słowa. Napłynęły same z siebie, bezwiednie:
– Co za różnica, co sprawia mi radość. Co to za pytanie – co sprawia mi radość. I kim jesteś, żeby uważać, że nic… żeby zakładać, że ja… (s. 88–89).

zdjęcie wykonane przez Siegfrieda Poepperla przedstawia elegancki talerz z napisem Hunger czyli głód
Photo by Siegfried Poepperl on Unsplash

A teraz „Hungerstone”, w którym niespodziewana gościni – Carmilla – stawia przed Lenore, panią domu i narratorką, równie nieznośny i równie niemożliwy problem:

Znowu tracę panowanie nad sobą. Jej obecność ściera mnie do kości.
– Jest naiwnym myśleć, że coś nam się należy od życia. Znosimy je, przeżywamy je. Tyle i nic więcej.
Carmilla krzywi się, jej śliczna twarz się wyostrza.
– Cóż za małą i żałosną przyszłość zbudowałaś dla siebie.
Nachyla się w moją stronę.
– Ciekawi mnie, czego jesteś głodna i kiedy pozwolisz sobie to poczuć.
Wpatruję się w nią. Jej słowa mi się nie podobają. Dziczyzna ciąży mi w żołądku i jestem na siebie wściekła, że tyle pozwoliłam sobie zjeść (s. 88; tłum. własne).

Co sprawia ci radość? Czego są głodne? Co sprawia im radość? Dlaczego to, co mają, nie wystarcza i nie może im wystarczyć; dlaczego nie mogą się przyznać, że istnieje w nich pragnienie – i co się stanie, kiedy nie będą już w stanie go zignorować?

Oczywiście obok tych podobieństw liczne są – i jeszcze łatwiej dostrzegalne – różnice pomiędzy oboma książkami. Van der Wouden i Dunn piszą w zupełnie innych konwencjach. „W dobrych rękach” to powieść realistyczna. Jej narracja jest momentami wręcz oschła, wiele pozostawia w niedopowiedzeniu – poza dialogami bohaterek. „Hungerstone” z kolei swoją opowieść ubiera w kostium rozkosznie bezwstydnego gotyku – narracja ocieka wręcz manierystyczną przesadą, widziadłami, marami sennymi i tajemniczymi zdarzeniami. U van der Wouden najdramatyczniejszymi zdarzeniami są drobne kradzieże i dojście do głosu ponurej przeszłości; u Dunn wydarzają się morderstwa i akty kanibalizmu. Różnice konwencji tylko wyostrzają elementy podobieństwa. Van der Wouden i Dunn opisują kobiety, które powoli tracą nad sobą panowanie – i właśnie dzięki temu wracają do życia, którego wcześniej tak naprawdę nie miały.

Wracamy więc do podobieństw. Miłość między bohaterkami obu książek nie jest tylko wzniosłą emocją, ale także aktem zupełnie cielesnym. Wręcz pornograficznym – nie ze względu na szczególną wulgarność i wyuzdanie, lecz na odmowę odwrócenia wzroku od tego, co się dzieje między głodnymi siebie ciałami.

W jednej z najpiękniejszych scen „W dobrych rękach” Isabel wreszcie udaje się nazwać i opisać własne pragnienie. Punktem odniesienia staje się, oczywiście, fizyczny głód:

Isabel zaczerpnęła powietrza, żeby odpowiedzieć, i uzmysłowiła sobie, że nie ma żadnej odpowiedzi. Że nie wie, co dokładnie znaczy słowo „wystarczy”, że nie wie, jak rozumie je Eva i co ono znaczy w odniesieniu do innego słowa, w odniesieniu do niej. Niedawno trzymała w dłoni gruszkę i zjadła ją całą ze skórką. Zjadła ogonek, zjadła pestki, zjadła ogryzek, a głód wciąż zalegał w niej niczym szeroko rozwarta paszcza. Pomyślała: mogę trzymać cię w objęciach i czuć, że mimo to tęsknię za twoim ciałem. Pomyślała: mogę słuchać, jak mówisz, i mimo to tęsknić za dźwiękiem twojego głosu (s. 256).

Zjeść cię w całości i wciąż jeszcze mało. Skupienie na głodzie oddala nas od tendencji do wyobrażania sobie lesbijskości jako czegoś wyrafinowanego, wydestylowanego pragnienia pozbawionego wilgotnej, przyziemnej namacalności. Głód, ruchanie, ruja – niezależnie od określenia taka perspektywa opisu służy sprzeciwieniu się wyobrażeniu, że miłość między kobietami jest odległa od „męskiego” nieopanowanego pożądania; że między lesbijkami musi chodzić o coś więcej niż tylko o chcicę.

To też powód, dla którego porównuję subtelną powieść nominowaną do Bookera do ociekającej krwią literatury gatunkowej – lesbijskiego romansu o wampirach. Czytając „W dobrych rękach”, obawiałam się, że istotne problemy historii i pamięci przeważą w recepcji książki. Że jej przynależność do wyniosłej wieży literatury wysokiej i uznanie przez krytykę zastąpią dosłowność pożądania rozwikływaniem paraboli; że to, co cielesne, zniknie wobec tego, co uznajemy za ważne. Van der Wouden wspaniale opisuje to, jak ciąży na nas historia, też ta, której nie chcemy pamiętać; van der Wouden równie wspaniale opisuje seks między dwoma ciałami z cipkami. Podobnie – a może jeszcze wyraziściej dzięki gatunkowemu kostiumowi – sprawa ma się u Dunn: gatunkowa wulgarność wampirycznego gotyku może, mam nadzieję, posłużyć jako rodzaj kotwicy trzymającej lesbijskość bliżej ciała i bliżej głodu. Wampiry są oczywiście także metaforą – kapitału, różnicy klasowej, życia pasożytującego na życiu. Wampirzyca może być też tą, z którą pragniesz spędzić resztę wieczności.

W odniesieniu do pożądania głód nie jest tylko metaforą. Powracając jako motyw w lesbijskich powieściach – nieważne, w jakich konwencjach osadzonych; nieważne, czy zakwalifikowanych przez literacki rynek jako literatura piękna, czy beletrystyczna i popularna – przypomina, że miłość, romans, relacja to również ciało i jego potrzeby. Takie ciało potrafi być głodne w sposób wymykający się słowom, ale nie językowi. Językowi rozumianemu nie jako narracja, lecz jako mięsień w naszych jamach ustnych.

Yael van der Wouden, „W dobrych rękach”
tłumaczenie: Justyn Hunia
Znak
Kraków 2025

Kat Dunn, „Hungerstone”
tłumaczenie: Xenia Wiśniewska
Wydawnictwo Insignis
Kraków 2026