Nr 17/2026 Na dłużej

Entuzjaści, pragmatycy i tworzenie wspólnoty

Marcin Stasiak
Literatura Fragment

W każd[ej] z […] biografii prowincjonalnych lekarzy konieczność w istotny sposób wpływała na ich poczynania. Niedomagania infrastruktury, braki funduszy, znaczne odległości od centrów decyzyjnych sprawiały, że musieli sami – chociaż w różnym stopniu – zadbać o zapewnienie sobie znośnych warunków pracy. Pośród opisów załatwiania materiałów budowlanych, biegania od kardynała do kierownika wydziału zdrowia, organizowania szarwarku i zjednywania kolejnych sojuszników łatwo ulec wrażeniu, że działania peryferyjnych inteligentów-społeczników były skoncentrowane wyłącznie na materialnej konieczności zapewnienia sobie i swoim pacjentom względnego komfortu w ogólnie niesprzyjającym otoczeniu.

Lecz było też coś ponad to. Ponad konieczność, przymus, ponad obowiązki zawodowe i profesjonalne kontakty. Lekarze, nauczyciele, pracownicy domów kultury, agronomowie – wcześniej spotykani sporadycznie lub w ogóle – stawali się częścią społeczności. Niektórzy – ze względu na szczególną pozycję w ramach małej wspólnoty, jaką zapewniało wykształcenie – wyrastali na jej nieformalnych liderów.

Do nikogo chyba to określenie nie pasuje bardziej niż do Aleksandra Bałasza. Przyjechał do miejscowości, której właściwie nie znał, gdzieś na końcu świata, gnany tam zarówno właściwą młodości brawurą, jak i chęcią podreperowania budżetu. Nie bez znaczenia była też możliwość zdobycia doświadczenia w samodzielnej pracy zawodowej, na co zwracał uwagę wiele lat później w rozmowie ze mną jego syn – Andrzej Bałasz. To pierwsza odsłona jego historii – awanturnicza: opowieść o młodym absolwencie medycyny, który wyrywa się z wielkiego miasta i jedzie na peryferie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew radom przyjaciół i przede wszystkim na przekór przyjętemu zwyczajowi.

Później Bałasz pojawiał się na kartach tej książki, gdy relacjonował spotkania z pacjentami i pacjentkami, a jego pamiętnik posłużył do zilustrowania zetknięcia między oddolnym rozumieniem zdrowia oraz choroby a sprofesjonalizowaną wiedzą medyczną. Tu ukazało się drugie oblicze Bałasza – jako lekarza, profesjonalisty patrzącego z dystansem, który zapewniała mu zdobyta wiedza, ale i umiejącego wejść w dialog z pacjentami.

A jest jeszcze biografia trzecia, która łączy się w sposób naturalny z dwiema pozostałymi, ale zarazem pozostaje osobna. Szczególnie wtedy, gdy oznacza zupełne wyjście z przypisanej roli.

Historia została opowiedziana w pamiętniku nagrodzonym w konkursie czasopisma „Służba Zdrowia” i opublikowanym w 1962 roku, a jednocześnie ujawnia się na fotografiach. Wspomnienia były skierowane „na zewnątrz”, przeznaczone dla szerokiej publiczności. Zdjęcia są wehikułami historii bardziej intymnej, prywatnej. Pełnią funkcję „banku wspomnień” rodziny. Zgromadzone w grubych albumach, starannie przytwierdzone na poszczególnych kartach. Przy niemal każdej krótki opis: miejsce i data. Białe litery na czarnym tle. Albumy snują różne, przeplatające się ze sobą narracje, biegnące przez czas i przestrzeń. Często nielinearnie. Sięgają głęboko w przeszłość, by za chwilę zbliżyć się do współczesności na wyciągnięcie ręki. Dziesiątki ludzi i miejsc. Jest tam i międzywojenny Pińsk, i Wilno, gdzie Aleksander Bałasz spędził dzieciństwo. A także zdjęcie Ałły – matki Heleny, żony Aleksandra, z czasu, gdy studiowała medycynę w Petersburgu, ale jej nie skończyła, bo musiała uciekać przez Odessę do Wilna przed rewolucją. Pojawia się i sama młoda Helena – w towarzystwie innych uczennic szkoły pielęgniarskiej w Krakowie. Jest wreszcie i brat Michał, znany białostocki architekt budowli sakralnych. Większość jego zdjęć pochodzi z okresu po 1956 roku, gdy wrócił do Polski po dwunastu latach spędzonych w sowieckich łagrach.

W kolekcji znajduje się w końcu i miejsce dla młodszych pokoleń. Tutaj rozbudowana historia rodzinna zerka już w stronę współczesności. Na przykład tam, gdzie widzimy młodego Aleksandra Kwaśniewskiego, siostrzeńca lekarza z Siedliszcza.

W nagromadzeniu różnych czasów i różnych miejsc, nachodzących na siebie biografii i poplątanych losów jak lejtmotyw powraca Siedliszcze. Czasami pojawia się epizodycznie, ale częściej zajmuje całe stronice albumu. Uwiecznione na fotografiach dziesięć lat, które chciało się zatrzymać na dłużej, bo był to czas tworzenia i budowania, nie tylko w sensie zapewniania sobie odpowiednich warunków pracy.

Co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście fotografii w zbiorze przedstawia murowany, pomalowany na jasny kolor budynek. Gmach jest masywny, szerokie, reprezentacyjne schody zapraszają do środka. Nad nimi, na pierwszym piętrze, znajduje się duży balkon. Na jednym ze zdjęć pozują na nim trzy osoby. Na fotografa z perspektywy pierwszego piętra patrzą mężczyzna i dwie kobiety, wszyscy w białych fartuchach. Nie widać wprawdzie twarzy, ale mężczyzna w środku to niemal na pewno Aleksander Bałasz. A budynek jest izbą porodową, którą oficjalnie otwarto 1 maja 1951 roku.

Była to pierwsza duża inwestycja, za której powstaniem stał lekarz. W pamiętniku detalicznie opisywał etapy jej realizacji. Motywacje były z grubsza takie same, jak w przypadku cytowanego wcześniej Janusza Erbena. Tło stanowiła wysoka śmiertelność okołoporodowa. Bałasz we wspomnieniach wprost przyznawał, że bezpośredni impuls do działania stanowiła dlań śmierć kobiety, do której wezwano go zbyt późno i której nie był w stanie pomóc.

Tryb działania był podobny jak w przywoływanych wcześniej przykładach. Uzyskanie terenu pod budowę wymagało spotkania z biskupem. Materiały budowlane pochodziły z rozbiórki zniszczonego młyna z sąsiedniej wsi. W aktach Gminnej Rady Narodowej zachował się dokument, w którym określono wartość pozyskanego kamienia (trzysta tysięcy złotych). Już poniesione nakłady stanowiły zresztą ważny argument w korespondencji z władzami powiatu, do których zwracano się o wsparcie rozpoczętej inwestycji.

Tyle że był to dopiero początek drogi do otwarcia izby porodowej. Kluczową rolę odegrali tu mieszkańcy miejscowości. To oni przywieźli materiał na plac budowy. To oni wreszcie uczestniczyli we wznoszeniu budynku – najpierw jako pomocnicy murarzy sprowadzonych z miasta, a potem, gdy nabyli potrzebnych umiejętności, już samodzielnie. Bałasz zresztą oddaje im sprawiedliwość, podkreślając ich udział w prowadzonych pracach.

Kolejne inwestycje zaproponowane przez Bałasza wykraczały już poza wąsko pojętą służbę zdrowia.

Okładka przedstawia czarno-białą fotografię mężczyzny w białym kitlu stojącego między ambulansem a wozem z końmi

Niedługo po wzniesieniu izby porodowej lekarz wpadł na pomysł zagospodarowania sąsiadującego ze szpitalem terenu dawnej kopani piasku, który stał się dla mieszkańców wysypiskiem śmieci i grzebowiskiem zwierząt. Bałasz chciał utworzyć na tym obszarze park. Mieszkańcy przyklasnęli inicjatywie, ale początkowo nie garnęli się do udziału w pracach. Sytuację zmieniło osobiste zaangażowanie pomysłodawcy:

Postanowiłem nie dać za wygraną, spróbować jeszcze raz, ostatni… […] Uzbroiłem się w łopatę, taczki i poszedłem rozpocząć pracę, by przynajmniej służyć przykładem. Dołączyło się parę osób ze szpitala – były to pielęgniarki, salowe, praczki. […] Wieść o rozpoczętej pracy rozeszła się po wsi i okolicy z szybkością błyskawicy. Wielu mówiło ze zdziwieniem: „Co to? Sam lekarz kopie? Mało ma pracy z chorymi?”.
Wkrótce na miejscu przyszłego parku pojawiły się pierwsze „jaskółki”. Przybysze odnajdywali odpowiedni napis i po chwili słychać było metaliczny dźwięk ich łopat […]. Po pewnym czasie nie brakowało już nikogo.

Park powstał wyłącznie za sprawą mieszkańców Siedliszcza. Bałaszowi, mimo podjętych przez niego starań, odmówiono pomocy („Wszędzie słyszałem: liczcie na własne siły”). Zaznaczał jednocześnie, że nie mógł skorzystać z szarwarku. A rozwijając tę myśl, pokazywał mimochodem, jak niedoskonałą był on formą realizowania inwestycji: „[…] wykorzystywano go [szarwark] do naprawy dróg, mostów, ale i tam nikt nie chciał jechać – chłopi narzekali, uchylali się jak mogli”.

Ślady tej pracy znajdujemy w rodzinnym albumie Bałaszów. Na niektórych zdjęciach nie ma jeszcze drzew. Na jednym kobiety idą ramię w ramię, z uwagą wtykając w ziemię sadzonki. Na innym grupa mężczyzn ze szpadlami i z łopatami prowadzi roboty ziemne. Nie przerywając pracy, patrzą w obiektyw. Jeden uśmiecha się do fotografa. Kolejny kadr to już kobieta z dwoma chłopcami stojąca pośród młodych drzewek w 1954 roku, trzy lata po ukończeniu inwestycji. To zapewne żona Aleksandra – Helena – i ich dwóch synów.

Najbardziej znaną spośród zbudowanych rękami mieszkańców inwestycji w Siedliszczu z całą pewnością był basen. Zapewnił miejscowości chwilowy, ogólnopolski rozgłos. Bo było to rzeczywiście wydarzenie bez precedensu.

Basen powstał niejako „przy okazji”, jako skutek uboczny ambicji osuszenia bagnistych terenów wzdłuż przepływającej w sąsiedztwie Siedliszcza rzeczki. Bałasz – po konsultacji ze specjalistami – wpadł na pomysł, by zmienić bieg cieku i jednocześnie wybudować basen magazynujący wodę, który służyłby też mieszkańcom w celach rekreacyjnych.

Również tym razem kluczowe przy budowie było zaangażowanie i entuzjazm miejscowych. Bałasz relacjonował na kartach pamiętnika:

Okoliczni chłopi, chociaż basenu nigdy nie widzieli, zadeklarowali się przyjść z pomocą. Poza nieliczną grupką wszyscy wierzyli w możliwość zrealizowania trochę wygórowanych planów. Przynajmniej nikt nie zdradzał wątpliwości. Wszak mieliśmy już doświadczenie w pracy społecznej. Tym razem czekał nas najcięższy egzamin wspólnego wysiłku…

Ten sprawdzian okazał się rzeczywiście nienajprostszy, a skala przedsięwzięcia w pewnym momencie zaczęła przerastać możliwości pracujących pro publico bono ludzi. Gdy entuzjazm pracujących koniec końców osłabł, a prace niemal całkowicie wyhamowały, Bałasz szybko zidentyfikował źródło problemów:

Analizowałem docierające zewsząd głosy i ujrzałem błąd w postępowaniu: chłopom zależało bardziej na osuszeniu mokradeł niż na budowie basenu, toteż prace należało zacząć od rzeki, udowodnić, że wykonanie zamierzeń jest możliwe, pokazać namacalne korzyści materialne. A przede wszystkim zdobyć zaufanie ludzi.

Basen udało się w końcu zbudować, bo godził ambicje lekarza (poprawę stanu sanitarnego, bezpieczeństwo kąpieli) z oczekiwaniami rolników. Źródłem sukcesu Bałasza i wielu mu podobnych było zakotwiczenie kreatywności w realnych potrzebach lokalnych społeczności, a do tego podjęcie z ich członkami prawdziwego dialogu. Lekarz był w stanie – dzięki odpowiedniej argumentacji i uporowi – wzbudzić (przynajmniej chwilowy) entuzjazm, stworzyć warunki, w których następowała rzeczywista oddolna mobilizacja.

Ludzie tacy jak Bałasz, zorientowani na praktyczne działanie, abstrahowali od politycznych czy ideologicznych pryncypiów. Jeśli je wypełniali, to niejako przy okazji. Jest to o tyle istotna obserwacja, że idzie w poprzek utrwalonych obrazów dotyczących zaangażowania społecznego w powojennej Polsce.

Gdy bowiem mowa o mobilizacji i oddolnej inicjatywie, istniejące narracje i wyobrażenia sytuują je w sferze groteski czy farsy. Opisują mechanizm narzuconego przez państwo entuzjazmu mającego wspierać, a często też napędzać komunistyczny projekt modernizacyjny. Propagandowy krajobraz forsownej industrializacji pierwszej połowy lat pięćdziesiątych zaludniały figury bohaterów, którzy gotowi byli do daleko idących poświęceń, byle tylko udało się zrealizować, a nawet przekroczyć wskaźniki założone w tak zwanym planie sześcioletnim. Twarzami tej społecznej mobilizacji stali się przodownicy pracy. Postaci Pstrowskiego, Markiefki, Ożańskiego czy Gościmińskiej, by wymienić tylko tych najbardziej znanych, stanowiły wzorzec zaangażowania. Współzawodnictwo pracy wyznaczające ramę dla ich propagandowo przerysowanych wizerunków było z kolei prostą transplantacją ruchu stachanowskiego zapoczątkowanego w Związku Sowieckim już w latach trzydziestych.

Panoramy dopełniały postaci szczerze wierzących w nowy ustrój aktywistów: członków Związku Młodzieży Polskiej – oficjalnej komunistycznej młodzieżówki, stanowiącej również wrota do dalszej kariery w strukturach partii. W zielonych koszulach i czerwonych krawatach często tylko deklaratywnie, ale niejednokrotnie z przekonaniem, starali się oni wcielać w życie kolejną – komunistyczną tym razem – wizję „nowego człowieka”.

Wszystko to były emblematy epoki, narzucone z góry zestawy metafor, które miały tłumaczyć nowy świat i dostarczać łatwych do zastosowania schematów zachowań. Tyle tylko, że scenerię opisanej tu mobilizacji stanowiło miasto: potężniejące, usiane placami budowy, wchłaniające nowych mieszkańców. Portrety przodowników można było nieść szerokimi alejami podczas pochodów, nawet jeśli przebiegały one jeszcze wśród ruin. A najlepszym tłem tego rodzaju inscenizacji – bliższym lub bardziej odległym – stawały się fabryczne hale, szyby kopalń, hutnicze piece.

Peryferie na ogół nie mieściły się w takiej opowieści, która została skrojona przede wszystkim z myślą o dzieciach powojennej rewolucji (ideologicznej i przemysłowej) –pracujących w fordowskich fabrykach i żyjących w socjalistycznych osiedlach.

W lokalnych mikrocentrach, wszystkich tych „ni to wsiach, ni miasteczkach”, siedzibach gmin, ale też pozbawionych przemysłu ośrodkach powiatowych logika była zgoła inna. Osadzona bardziej w konieczności oraz w bliskich powiązaniach pomiędzy poszczególnym członkami społeczności niż w zorientowanym na przyszłość planie przeorania „starego świata”.

Fragment książki Marcina Stasiaka „Lekarze prowincjonalni”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne. Wydawcy dziękujemy za współpracę.