Nr 1/2026 Na teraz

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie

Michał Piepiórka
Film

Film „Eleanor Wspaniała” zaskakuje – mało kto podejrzewał debiutującą jako reżyserka Scarlett Johansson o takie ambicje i zainteresowanie tematyką Holocaustu. Jest to film niezwykle ryzykowny: z jednej strony bardzo klasyczny – jak po sznurku odhaczający najważniejsze punkty melodramatycznej konwencji – z drugiej niebezpiecznie balansujący na granicy przyzwoitości. W takim samym stopniu niesie pocieszenie, jak nie pozwala pozostać w stanie dobrego samopoczucia. Jest to jednocześnie historia kłamstw, które niekiedy mogą całkiem nieoczekiwanie przemienić się w prawdę.

Główną bohaterką jest dziewięćdziesięcioparoletnia Eleanor, której rozsypuje się stabilne życie. Umiera bowiem jej bliska przyjaciółka, Bessie, z którą od lat dzieliła życie i jedno mieszkanie. Eleanor postanawia rzucić wszystko i przenieść się do córki mieszkającej w Nowym Jorku. Ale zapracowana kobieta w średnim wieku nie ma czasu, by nieśpiesznie współdzielić z matką każdą chwilę, jak robiła to zmarła Bessie. Eleanor desperacko szuka towarzystwa – może nawet nowej przyjaźni – na tę resztę życia, która jej została. Z tego powodu, ale też nieco przez przypadek, trafia na sesję grupy wsparcia dla… ofiar Holokaustu. Kobieta nie miała z tym doświadczeniem nic wspólnego, pochodzi bowiem z Des Moines w stanie Iowa, mimo to zaczyna brnąć w kolejne kłamstwa – zwierza się z traumatycznych wydarzeń, których wcale nie doświadczyła, opowiada o grozie, której nigdy nie przeżyła.

Fingowanie świadectw Holocaustu nie jest nowe w kulturze – by wspomnieć najsłynniejszy przypadek Binjamina Wilkomirskiego – ale w reżyserskim debiucie Johansson istotny jest ton, w jakim tę historię opowiedziano. „Eleanor Wspaniała” może się wydawać przygnębiającym dramatem psychologicznym o stracie, traumie i cynicznej eksploatacji Zagłady. Film jest jednak pełen humoru, łączącego ciętą ironię, w której rozsmakowuje się Eleanor, z rozgrzewającym serca ciepełkiem. Ale czy przystoi rozgrzewać sobie serca osobistymi wątkami Zagłady, którymi dzielą się filmowe postaci? Ocalony, legendarny reżyser i komediant Mel Brooks zwykł odpowiadać na pytania o to, czy można dowcipkować z zagłady Żydów w ten sposób: „Można, byle zabawnie”. W przypadku filmu Johansson zabawnie jest, choć nie jest to humor wywołujący głośne salwy śmiechu. Film bowiem w tym samym stopniu wywołuje uśmiech, co wyciska łzy z oczu.

Tyleż jest to bowiem o Holokauście, co o potrzebie relacji z innymi ludźmi, na czele z przyjaźnią, która pojawia się w życiu Eleanor w sposób zaskakujący nawet dla niej. Owocem przypadkowej wizyty na sesji wsparcia jest znajomość głównej bohaterki z Niną, młodą studentką dziennikarstwa, która chce opisać usłyszaną od Eleanor historię jej „ocalenia”. Kobiety zbliżają się do siebie, bo łączy je więcej, niż mogłyby podejrzewać – obie borykają się z żałobą po bliskiej osobie: Eleanor – po przyjaciółce; Nina – po stracie matki. Starsza kobieta, pragnąc utrzymać relację z dziewczyną, ale również jej nie zawieść, brnie w kłamstwa coraz głębiej.

Mat. prasowe UIP

Obok kwestii międzypokoleniowej relacji i kwestii samotnej starości ważnym węzłem fabuły są również wspomnienia odchodzące wraz z ostatnimi świadkami Zagłady. Bessie podzieliła się nimi tylko z przyjaciółką, nie zdążyła opowiedzieć o nich światu. Eleanor znajduje się zatem również na pozycji przypominającej tę, na jakiej sytuują się reprezentanci tak zwanego drugiego (ale i trzeciego) pokolenia Ocalonych, którzy wraz z traumą odziedziczyli obowiązek niesienia świadectwa. Słuchając Bessie, Eleanor mówi wprost: jej opowieść musi zostać wypowiedziana na głos, wszem i wobec, by dowiedział się o niej cały świat. W dość przewrotny sposób główna bohaterka realizuje więc misję, której nie zdążyła wypełnić jej przyjaciółka.

To nie wątpliwości etyczne są tu zatem najważniejsze. By jak najszybciej je rozwiać, twórcy filmu odwołują się do starotestamentowej przypowieści o Jakubie i Ezawie, przypominając, że kłamstwo w szczytnym celu może zostać usprawiedliwione. A jeśli skłamać może patriarcha, to co dopiero Eleanor? Problem w tym, że oszustwo może podważyć kruchy fundament świeżo zawiązanej przyjaźni dwóch kobiet. Niestety to właśnie ten wątek okazuje się dla Johansson najważniejszy i on stanowi podstawę dramatu, skręcającego w stronę melodramatu ze względu na natężenie konwencjonalnych rozwiązań i nagromadzenie skrajnych emocji, nastawionych na wywoływanie wzruszenia. Holokaust, żałoba, a nawet starość pozostają gdzieś z boku, na chwilę odłożone, by emocje, ukazywane w filmie nadmiernie mechanicznie, wzięły górę. Gatunkowe wymogi, konwencja i odpowiednia dla niej dramaturgiczna struktura przeważają nad sprawami, które łatwo uznać za ciekawsze i – przede wszystkim – ważniejsze.

Wydaje się, że Johansson nie wyważyła odpowiednio elementów melodramatycznych i psychologicznych. Wybrała być może łatwiejszą, a na pewno pewniejszą drogę ścisłego trzymania się konwencji – dramaturgia jest rozpisana precyzyjnie, ale nazbyt schematycznie, emocje są zbyt jednoznaczne, rzewna muzyka przesadnie natarczywa, a oczy oglądających – zbyt wilgotne. Za tą intensywnością produkowanych wzruszeń nie idzie wyrazistość reżyserii, która pozostaje, łagodnie mówiąc, nienachalna. Nic nie wskazuje na autorski charakter tego projektu.

Zaskakujący i konfundujący jest również pomysł, by wątek Zagłady ściśle powiązać z żałobą i bólem po zmarłych bliskich. We wspomnieniach Bessie powraca opowieść o jej bracie, który nie przeżył wojny. Jej strata zostaje zestawiona z cierpieniem Eleanor i Niny, które również mierzą się z odejściem bliskich osób. Ale przecież śmierć starej przyjaciółki, a nawet śmiertelny wypadek matki nie są tym samym, co ludobójstwo w czasie wojny – dokonane w wyniku działania dobrze naoliwionej maszyny nienawiści. W filmie Johansson brakuje tej perspektywy – historycznej i ideologicznej – obecna jest jedynie osobista. A przecież nie każda śmierć jest taka sama. Nie wszystkie można sprowadzić do chronicznego poczucia pustki.

Z tego powodu finał filmu brzmi nieco fałszywie, jawi się jako szybko doklejony łzawy happy end, niosący pocieszenie i oswojenie: wskazujący na to, że cierpienie związane z poczuciem straty jest naturalne i nie należy go na siłę tłumić. To z pewnością ważne przesłanie, ale zostaje nieco przygniecione ciężarem całości. Mieszanie tylu porządków, tylu różnych emocji, historycznych kontekstów i cierpień wprowadza zamieszanie – wcale nie daje poczucia uniwersalnego obłaskawienia pustki. Ona zionie u każdego inaczej. I żaden happy end tego nie zmieni.

„Eleanor Wspaniała”
reż. Scarlett Johansson
premiera: 5.12.2025