Nr 2/2026 Na teraz

Ćwiczenia w nazywaniu

Łukasz Muniowski
Literatura

Jedną z taktyk, które stosuję (i polecam innym), gdy się czymś zestresuję, jest zabawa słowna: odzieram sytuację z napompowanego (epitetami i pojęciami) znaczenia, redukując kolejne warstwy do błahostek. Pytam: czy lub jaki to ma sens? W rezultacie tego procesu opowiadam(y) sobie rzeczywistość jako mniej opresyjną i mniej ważącą. W kwestiach codziennych zwykle okazuje się to bardzo skuteczne.

Określiłem tę taktykę jako zabawę słowną, bo w istocie chodzi przecież o to, jakim językiem mówimy o świecie i jakie generujemy nim sensy. To truizm, że kluczową rolę w nadawaniu znaczenia odgrywają nie afekty, ale język. Jest on sprawczy w naszych rękach (ustach?) – to znaczy, że jest narzędziem, za pomocą którego możemy coś albo skomplikować, albo uprościć. Nadać większy lub mniejszy sens – lub całkowicie go pozbawić. To jednak mniej demiurgiczne, a bardziej mechaniczne zajęcie. Język jest wszak ograniczony – liczba recept, jaką możemy nim przekazać, też – więc mówienie o sensie (lub jego braku) jest jedynie kolejnym ćwiczeniem w nazywaniu. Jako filolog inne myślenie powinienem uznać za naiwność.

Zdarza się jednak, że kwestia sensu opowiedziana zostaje w sposób empatyczny i subtelny do tego stopnia, że sceptyczny filolog „złapany” w taki wywód nagle się orientuje, że chce iść dalej, głębiej, do samego końca. Taką pozycją jest „Dlaczego ryby nie istnieją” Lulu Miller, w której autorka przeplata opis własnych życiowych doświadczeń z barwną opowieścią o ichtiologu Davidzie Starze Jordanie. Miller dostrzega w jego biografii nadzieję dla siebie w chwili kryzysu i szuka w niej odpowiedzi na osobiste pytania. Na pierwszy rzut oka naukowiec i filozof to człowiek spełniony. W wieku 34 lat mierzący sto osiemdziesiąt osiem centymetrów gigant – przeciętny mężczyzna miał wówczas metr sześćdziesiąt osiem – został najmłodszym rektorem w całych Stanach Zjednoczonych, a jego praca na Uniwersytecie Stanforda miała ogromny wpływ na rozwój ichtiologii. Dla upamiętnienia jego zasług jednemu z głównych budynków na kampusie uniwersyteckim nadano jego nazwisko – do dziś Jordan pozostaje patronem, pomimo protestów studentów, których powody wyjaśnią się w drugiej części tekstu.

Urodzony w XIX wieku Jordan był niestrudzonym poszukiwaczem nieznanych gatunków ryb, ścigającym się z samym sobą, by jak najszybciej nadać im nazwy, a przez to móc rościć sobie do nich prawa. W rezultacie traktowany był jako odkrywca piątej części podwodnych gatunków znanych wówczas ludzkości, cieszący się szacunkiem środowiska naukowego i poważany także w kwestiach, w których niekoniecznie miał kompetencje się wypowiadać.

Miller otwiera książkę opisem panicznego wysiłku Jordana, by uratować dzieło życia – w obliczu trzęsienia ziemi wypełnione formaliną słoiki z zabitymi i nazwanymi przez niego rybami spadają z półek, a naukowiec, wygrzebując z pękniętego szkła kolejne okazy, przytwierdza nazwy bezpośrednio do nich… Scena ta rodzi u autorki pytanie, czy dla istnienia tych stworzeń (i dla znaczenia owego istnienia dla ekosystemu) to, jak je nazywamy czy kwalifikujemy, pełni jakąkolwiek funkcję. Jak pisze Miller: „Istnieją na tym świecie rzeczy prawdziwe. Które nie potrzebują naszych słów, aby takie były” (s. 57). W tej perspektywie wielki znawca przyrody staje się agentem ludzkiego świata – strażnikiem porządku, do tej pory symbolizowanego przez poustawiane na półkach słoje. W konfrontacji z całością ekosystemu i wielością powiązań między jego elementami wiedza Jordana o naturze ograniczała się właściwie do wprawnego nazywania poszczególnych elementów.

Na marginesie warto dodać, że Miller wprowadza do swojej opowieści jeszcze jedną konfrontację. Stanowisko Jordana stoi w opozycji do tego, czego autorkę nauczył ojciec – mężczyzna rzucający się ku kolejnym przygodom był przeświadczony o nieistotności człowieka w świecie, podkreślając bezużyteczność naszego gatunku dla planety w porównaniu choćby z mrówką, której śmierć niemal od razu staje się składową nowego życia. Być może zabrzmiało to nihilistycznie, ale nie taka była postawa ojca autorki (choć Miller zrozumiała to dopiero po czasie). Odkrycie braku znaczenia pojedynczego stworzenia nie prowadziło go do poprzestania na stwierdzeniu, że każdy byt w szerszym rozrachunku jest niczym, lecz do uznania, że każdy zasługuje na to, by żyć, w równej mierze co wszystkie inne.

Jordan przeszedł zgoła inną myślową drogę. Podjął walkę z Chaosem (to określenie autorki), początkowo pchany chęcią odkrywania, a potem utrzymywania znaczeń, które nadał istnieniom, a później także pojęciom, kategoryzując zwierzęta (także ludzkie) według większej i mniejszej ewolucyjnej przyswajalności do zmieniających się warunków środowiskowych. Urocza chęć patrzenia najpierw ku gwiazdom, potem roślinom, a ostatecznie rybom, charakteryzująca młodego odkrywcę, okazała się ostatecznie obsesją kontroli wszystkiego wokoło. Taka kontrola – a raczej jej złudzenie – nie byłaby możliwa, gdyby nie język i idąca z nim w parze wygodna iluzja porządku. Następujące po sobie wydarzenia, choć przedstawione przez Miller z należytą dramaturgią, są świadectwem rozszerzania ideologii taksonomii na kolejne istnienia – aż w końcu Jordan objął swoją koncepcją ludzi. Tym samym kroczenie drogą rozwoju myślowego doprowadziło go do koncepcji eugeniki. Za tym jednym, niebrzmiącym szczególnie złowrogo słowem skrywała się złożoność zagadnień i cech mających według naukowców dyskwalifikować niektórych ludzi jako zdatnych do rozmnażania. Kojarzony z ideologią nazistowską światopogląd w pierwszej połowie XX wieku nazywano (sic!) nauką, co pozwoliło na jego wprowadzanie w praktykę społeczną. Kierowane eugeniką prawo w Stanach Zjednoczonych zezwalało na kastracje ludzi uważanych za „niedopasowanych” (w gruncie rzeczy nadal go nie cofnięto).

Miller odkrywa przed nami okrucieństwo eugeniki nie na poziomie sensu czy języka, ale przeciwstawianej im w książce pracy empatii. Uwyraźnia się to w rozdziale zatytułowanym „Dmuchawce”, w którym autorka odbywa wizytę w dawnej Kolonii Epileptyków i Słabych na Umyśle Stanu Wirginia, gdzie wciąż żyją osoby zesłane tam na odosobnienie, a wcześniej poddane przymusowej sterylizacji, by chronić przed ich genami społeczeństwo. To moment zwrotny w opowieści Miller: oto w konfrontacji z osobami według prawa „nieprzystosowanymi” odsłania się przed autorką potworność Jordana, jego działań i poglądów. Z dzisiejszej perspektywy zabijanie przez niego cennych gatunków ryb czyniłoby z niego kiepskiego ichtiologa, ale to prezentyzm, w tym wypadku leniwy i niebezpieczny, bo spłycający prawdziwe okrucieństwo podziwianego przez autorkę naukowca. Autorka sama w pewnym momencie pisze o „nieprzystosowanych” jako traktowanych „jak zwierzęta” (s. 135) – używając porównania najdobitniej obrazującego nieumiejętność współistnienia gatunku ludzkiego z innymi, znajdującymi się rzekomo niżej na drabinie ewolucyjnej jedynie przez nieumiejętność organizowania się wokół słów i ślepego podążania za ich znaczeniami

To jednak tylko pojedyncze ślady, które pozwalają zobaczyć, że książka stanowi faktyczny zapis drogi myślowej nie Jordana, lecz Miller. Zwróciła się ona ku postaci wybitnego naukowca, szukając autorytetu – kogoś, kto na pytanie o sens istnienia udzieli jej innej odpowiedzi niż ojciec. Ostatecznie odkryła, że osoba dająca jej nadzieję okazała się bardziej okrutna niż cyniczny rodzic.

Książka Miller jest czymś więcej niż biografią bądź dwiema biografiami – autorki i badacza – w jednej. „Dlaczego ryby nie istnieją” to świadectwo opresji, jaką może stanowić taksonomia, którą stosujemy nie tylko w badaniach naukowych, ale też w codzienności, kwalifikując i kategoryzując byty i zjawiska wedle wymyślonych norm. Tymczasem „norma” jest pustym słowem, zależnym od interesów i polityki nadawania znaczenia. Książka Miller okazuje się opowieścią o upadku autorytetów.

Ale zarazem nie jest to książka o rozczarowaniu. Bo ostatecznie autorka znajduje (swoją) odpowiedź na to, co stanowi (dla niej) sens życia – to kompromis między odważnym optymizmem Jordana i wyzwalającym brakiem znaczenia kierującym jej ojca ku kolejnym przygodom. Miller nie tyle dostarcza odpowiedź na pytanie o sens, ile wskazuje, jak do znalezienia tej odpowiedzi dążyć: samodzielnie i empatycznie.

Podaję zatem swoją odpowiedź, którą pomogła mi znaleźć lektura „Dlaczego ryby nie istnieją”: chodzi o to, byśmy nie tylko nadali naszemu życiu znaczenie, ale też byśmy przy tym skrzywdzili jak najmniej istnień.

Lulu Miller, „Dlaczego ryby nie istnieją”
tłumaczenie: Hanna Pasierska
Czarne
Wołowiec 2026