W ostatnim sezonie szczególnie wyraźne były zależności pomiędzy repertuarem kinowym i teatralnym. Twórcy sceniczni tak chętnie adaptowali „Lalkę”, której wersje filmowa i serialowa mają mieć swoje premiery we wrześniu, że w krótkim czasie powstały trzy przedstawienia na podstawie słynnej powieści Bolesława Prusa lub nią inspirowane. Zrealizowali je Jacek Głomb w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim, Mikita Iłynczyk w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i Michał Walczak w stołecznym Teatrze Rampa. Na fali zainteresowania filmową „Odyseją” Christophera Nolana teatr zwrócił się ku Homerowi. Małgorzata Warsicka wystawiła „Odyseję” we wrocławskim Teatrze Muzycznym Capitol, a pod koniec sierpnia po ten homerycki epos sięgnie także łódzki Teatr CHOREA. Również „Iliada” doczekała się realizacji scenicznej – Paweł Świątek zaadaptował ją i wyreżyserował w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Do swojego przedstawienia wprowadził nieobecną w literackim pierwowzorze postać – Penelopę, jedną z głównych bohaterek „Odysei”.
Przedstawienie Świątka już w pierwszej scenie, która rozgrywa się przy zasłoniętej kurtynie, na proscenium, ujawnia relacje pomiędzy postaciami i odsłania prawa rządzące ich światem. To patriarchalna i maczystowska rzeczywistość mężczyzn-wojowników, traktujących kobiety jak przedmioty, którymi mogą w pełni zarządzać. Wraz z rozpoczęciem spektaklu stajemy się świadkami konfliktu pomiędzy chciwym Agamemnonem (Rafał Kosowski) a Achillesem (Mateusz Flis), który determinować będzie późniejsze losy wszystkich jego bohaterów i bohaterek. Król Myken, gniewem bogów zmuszony, by „oddać” Chryzesowi (Dariusz Skowroński) jego córkę, próbuje zrekompensować sobie tę stratę, odbierając Achillesowi piękną Bryzeidę, będącą jego „łupem wojennym”. Znieważony heros odmawia dalszej walki u boku przyjaciela, czym naraża Greków na ryzyko porażki w toczącej się wojnie z Trojanami. Choć Agamemnon, świadomy zbliżającej się klęski, próbuje jeszcze udobruchać dawnego sprzymierzeńca, „odsyłając” mu Bryzeidę, ten pozostaje nieugięty – powodowany poczuciem krzywdy poprzysięga zemstę. Konflikt ten schodzi z czasem na dalszy plan, a ważniejsze dla Achillesa staje się pomszczenie zabitego przez Hektora (Ireneusz Mosio) Patroklosa (Czesław Skwarek). Adaptacja Świątka zestawia ze sobą sceny ukazujące różne perspektywy tych samych zdarzeń, dzięki czemu widzimy następujące po sobie zarówno przygotowania Achillesa i Hektora do walki, jak i rozpacz ich rodzin, wynikającą z lęku o życie ukochanych mężczyzn. Szykujący się do starcia bohaterowie za nic mają płacz i prośby bliskich im kobiet, by zostali w domu: Andromacha (Joanna Łaganowska) czy Hekabe (Urszula Gryczewska) nie są w stanie powstrzymać Hektora przed walką. Będąca poza murami Troi Tetyda (Małgorzata Osiej), matka Achillesa, także nie może odwieść syna od powrotu na pole bitwy. Każdy z nich kieruje się poczuciem obowiązku, honoru lub potrzebą udowodnienia własnego męstwa, stając do konfrontacji z przeciwnikiem.
Bohaterowie wałbrzyskiej „Iliady” nie są jednak herosami. To raczej wyrośnięci, ale niedojrzali chłopcy, traktujący wojnę jak zabawę, a broń i tarcze – jak zabawki. Krystian Szymczak, który zaprojektował scenografię i kostiumy, a także wyreżyserował światła, doskonale ukazał ten paradoks na płaszczyźnie wizualnej. Dominantą scenograficzną jest imponująca instalacja, przypominająca charakterystyczne pojazdy z filmów serii „Mad Max”, a może raczej stertę złomu lub barykadę. Achilles, przemawiając ze szczytu tej konstrukcji, stworzonej z różnych „ponarzucanych” na siebie metalowych przedmiotów (części pojazdów, broni i sprzętów elektrycznych), kojarzy się zarówno z filmowym superbohaterem, jak i z bawiącym się dzieckiem, pogrążonym we własnych fantazjach. Wrażenie zabawy w wojnę potęguje sposób inscenizacji walk: Patroklos wymachuje kijem golfowym, miotając bombami, których wybuchy sygnalizowane są jedynie przez światło i dźwięk. To prawda tej gry. Podobna umowność reprezentacji pojawia się też w dialogach: Odys (Mikołaj Krzeszowiec), objaśniając Agamemnonowi słowa niepojawiającego się na scenie wróżbity, bawi się padem do PlayStation, a gdy przemawia do Telemacha, w dłoni trzyma plastikową lalkę. Pomysł, by opowiadać o bezsensie wojny, ukazując ją jako chłopięcą zabawę, wydaje się ciekawy, ale nie wnosi żadnych dodatkowych, nieoczywistych sensów i znaczeń – pobrzmiewa jedynie echem innych spektakli, diagnozujących konflikty zbrojne w ten sam sposób. Podobny chwyt zastosował Jakub Roszkowski, wystawiając przed trzema laty „Odyseję” we Wrocławskim Teatrze Lalek. W obu przedstawieniach na pierwszy plan wysunięte zostały metafora zabawy (akcentująca wyobrażenia o superbohaterach i wykorzystująca estetykę gier wideo), niedojrzałość mężczyzn-wojowników oraz samotność porzucanych na pastwę losu kobiet i dzieci.
Najciekawszym elementem przedstawienia Świątka jest ostatni ze wskazanych wątków, zwracający uwagę na cenę, jaką za wojenne rozrywki mężczyzn płacą najbliższe im osoby. Postaci bojącej się o życie syna Tetydy czy rozpaczającej po śmierci męża Andromachy kontrapunktuje – pierwotnie w „Iliadzie” nieobecna, ale wprowadzona do spektaklu przez reżysera – postać Penelopy (Angelika Cegielska). Wbrew fabule „Odysei” kobieta ta, po latach cierpliwego oczekiwania na powrót Odysa, zdecydowała się rozpocząć życie na nowo, nie licząc już na zjawienie się małżonka. Ubrana w obszerną, skórzaną suknię i zakryta długim żałobnym welonem – przez prawie połowę spektaklu siedzi bez ruchu w fotelu, przypominając posąg. Przemawia i podnosi się z krzesła dopiero wtedy, gdy słyszy głos mężczyzny podającego się za Odysa. Choć nie były to omamy i jej mąż wrócił, Penelopa nie dała wiary jego słowom. Bez radości w głosie opowiedziała, że przez ostatnie dwadzieścia lat, które jej wybranek poświęcił „nie swojej wojnie za nie swoje sprawy”, odrzuciła zaloty aż stu ośmiu kochanków. Czy ten, który pojawił się teraz w jej domu, jest kolejnym amantem, czy rzeczywiście tym, za którego się podaje? Wygląda, jak zauważa kobieta, inaczej niż Odys-z-przeszłości. Tamten, gdy wyjeżdżał „walczyć o żonę przyjaciela, w domu zostawiając własną”, był młody i piękny, a ten, który teraz przed nią stoi, jest stary i zmęczony. Przy okazji opowieści o niedoli kobiet, gwałconych przez wrogie wojska, stwierdza, że Odysa już nie ma; nawet jeśli jeszcze żyje, dla niej umarł, gdyż „dla bliskich był bardziej okrutny niż dla wrogów”.
Cegielska, doskonale odnajdująca się w rolach tragicznych postaci i potrafiąca bardzo wiarygodnie ukazywać ich rozpad psychiczny, uczyniła z Penelopy dramaturgiczną przeciwwagę dla wszystkich samozwańczych herosów wałbrzyskiej „Iliady”. Podczas gdy oni bawią się w wojnę, szukają poklasku i karmią własne ego kolejnymi niepotrzebnymi pojedynkami, ona demaskuje ich motywacje, mówiąc o cierpieniu kobiet i dzieci. Decyzja bohaterki, by zaprzestać oczekiwania na powrót Odysa, przywraca jej podmiotowość – pozwala na wyjście z cienia męża-wojownika i stanie się niezależną, poza kategorią żony herosa czy wdowy po nim. Zachowanie Penelopy wpływa także na postępowanie samego Odysa, który zdobywa się na krytyczną autorefleksję, przyznając się do błędu. Jego późniejsze, kierowane do Telemacha słowa, które odtwarzane są z offu jako intermedia, nie mitologizują już wojennych zmagań i morskich przygód walecznego ojca-herosa, lecz opisują doświadczenie straty: czasu i rodziny. Cegielskiej i Krzeszowcowi udało się wiarygodnie ukazać przemianę kreowanych postaci, choć trudno jednoznacznie stwierdzić, czy emancypacja Penelopy nie rozegrała się jedynie w wyobraźni Odysa, martwiącego się, że pod jego nieobecność żona mogłaby podważyć status quo porządku obowiązującego w ich związku.
Ocena pozostałych ról, zwłaszcza męskich, okazuje się bardziej problematyczna. Nie wiem, czy to efekt celowego działania reżysera i zespołu aktorskiego, czy raczej – co bardziej prawdopodobne – przejaw braku konsekwencji, ale wałbrzyska „Iliada” pozbawiona jest nadrzędnej zasady, która organizowałaby kreowany na scenie świat i uzasadniała styl pracy aktorów i aktorek. Część z nich prowadzi swoje postaci w bardzo przerysowany, groteskowy sposób – Achillesowi, Agamemnonowi, Hektorowi czy Patroklosowi bliżej do filmowych superbohaterów niż antycznych wojowników, szczerze wierzących we własne ideały. Komiksowy charakter tych kreacji podkreślają futurystyczne kostiumy oraz czerwono-niebieskie światło, które im towarzyszy. Priam wydaje się wprawdzie bardziej „ludzki” niż jego synowie, ale emfaza i patos, z jakimi do nich przemawia, sprawiają, że trudno brać go na poważnie. Jeszcze inaczej – w konwencji melodramatycznej, której przyczyn nie rozumiem – prowadzone są postaci Andromachy, Hekabe czy Tetydy. Z kolei Odys i Penelopa nie tylko posługują się odmiennym od pozostałych, na wskroś współczesnym językiem, lecz także wykazują się innym rodzajem świadomości, umożliwiającej im ocenę własnego zachowania z perspektywy wykraczającej poza mentalność antycznego świata. W rezultacie postaci, pozornie funkcjonujące w ramach tej samej, nieco uwspółcześnionej rzeczywistości, przynależą do różnych porządków, co sprawia, że zajmują je odmienne kategorie rozterek i problemów.
Wyreżyserowana przez Świątka „Iliada” to spektakl nierówny i niekonsekwentny. Być może stworzony został z myślą o zadowoleniu różnych grup widzów i widzek – oczekujących klasycznej adaptacji „Iliady” i pomnikowych herosów, jak też liczących na twórczą, bardziej krytyczną, a nawet feministyczną (re)interpretację słynnego eposu. Superbohaterska stylizacja postaci i filmowa konwencja spektaklu miały zapewne zainteresować młodszą (szkolną?) publiczność, której łatwiej byłoby śledzić liczącą prawie trzy tysiące lat historię, gdyby została osadzona w popkulturowej estetyce. Co wyszło z tego połączenia? Dobrze zrealizowane, ale niezbyt angażujące intelektualnie i emocjonalnie przedstawienie, powielające schematyczne sposoby mówienia o wojnie i jej przyczynach, przemocy oraz patriarchacie.