Nr 9/2026 Na teraz

By w szaleństwie zobaczyć zasadę rzeczywistości

Zuzanna Sala
Recenzja Literatura

Jeden z głównych bohaterów powieści „Kauri” Łukasza Suskiewicza, Barthélémy Castellan du Vernet, odurza się alkoholem i opium, „by szaleństwo pozostawało szaleństwem”. Gdyby nie ciągłe przytępianie własnych zmysłów, oczywiste stawałoby się, że „szaleństwo”, w którym się pogrąża protagonista, jest w gruncie rzeczy zasadą rzeczywistości. A po dopuszczeniu takiej konstatacji do siebie trudno żyć dalej tak, jak żyło się wcześniej.

Vernet pracuje na statku należącym do Francuskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej i – w okresie trwającej wojny siedmioletniej – zaczyna się zajmować nielegalnym handlem niewolnikami. W 1761 roku fregata „L’Utile” (przez Suskiewicza tłumaczona jako „Użyteczny”), na której pływa bohater, rozbija się na wyspie Tromelin (wtedy: Île de Sable). To wydarzenie stanowi najważniejszy punkt powieści – badane z różnych perspektyw, ma naświetlać mechanizmy interesów i zależności związanych z kolonialnymi imperiami. W „Kauri” polifoniczna narracja ukazuje cały przekrój społeczny, pobrzmiewają w niej najróżniejsze głosy: od niewolnicy, przez szeregowego marynarza, aż po pierwszego oficera statku, gubernatora czy dzierżawcę generalnego i handlarza niewolnikami. W ten sposób Suskiewicz stara się sportretować nieprzyległe horyzonty poznawcze, ograniczone materialnymi interesami, jednocześnie nie rezygnując z zewnętrznej wobec nich oceny moralnej.

„Kauri” – powieść, której tytuł wziął się od wykonywanej z muszli waluty indo-pacyficznej, w Afryce skojarzonej z handlem niewolnikami – to w swoich najbardziej zniuansowanych i imponujących fragmentach książka o świadomie zamazywanych łańcuchach etycznej odpowiedzialności. O tym dziwnym bycie, jakim jest kompania handlowa – czyli o osobnym aktorze na scenie politycznej, którego działania nie dają się sprowadzić do sumy działań poszczególnych ludzi zatrudnionych w celu realizacji kolonialnych interesów. Vernet to jeden z najciekawszych bohaterów tej opowieści, jest bowiem kimś, kogo anachronicznie moglibyśmy nazwać menedżerem średniego szczebla. Co prawda bogaci się na zarządzaniu zbrodniczymi działaniami Francuskiej Kompanii, ale nie zostaje dopuszczony do grona posiadaczy środków produkcji. Dlatego też nie rozumie do końca zasad rządzących operacjami finansowymi – zależności kapitału pozostają dla niego enigmą: „Nie m[a] pojęcia o giełdzie, o smutnych facetach w surdutach kreślących cyferki na karteluszkach, jak sekretne bractwo oddane grze, której zasad nikt, poza nimi, nie rozumie, i nikt, poza nimi, nie może pojąć doniosłości informacji o ulewnych deszczach na Cejlonie albo problemach gubernatora Labradoru”. A niewiedza Verneta – mimo jego osobistego uwikłania w system wyzysku – pozostaje kapitałowi wybitnie na rękę.

Tym bardziej ciekawe, że Suskiewicz tuż po opisaniu ograniczeń perspektywy tego bohatera decyduje się narracyjnie przeskoczyć do rozmaitych zagadnień, które nie mieszczą się w horyzoncie poznawczym Verneta. Narrator – jakby uniezależniając się na moment od opowiadanej przez siebie jednostkowej historii – pyta: „Czy stabilność takiej potęgi jak Holandia może zależeć od ceny bobrowego futra?”. I zaraz dodaje: „Jeden z graczy wiesza się w piwnicy po otrzymaniu inkasa, czego nie sposób pojąć, bo trzeba poetyckiej wyobraźni, by zauważyć związek między odebraniem sobie życia a ceną tulipanów”. Po tym wtrąceniu wraca jednak do opisów palenia opiumowej fajki przez Verneta, odtwarzając w narracji logikę myśli bohatera. „Te problemy są zbyt skomplikowane na nasze małe główki – zdaje się sugerować czytelnikowi narrator – nie zaprzątajmy sobie nimi lepiej głowy”. Opisana logika świadczy o wielkiej skrupulatności w tkaniu opowieści, na poziomie konstrukcyjnym odtwarza się tutaj bowiem to samo, co jest przedstawiane – czyli zasady działania intelektualnego eskapizmu.

Być może jednak to właśnie chęć literackiego badania indywidualnych odruchów ucieczki oraz instynktu płynięcia z prądem jest tym, co odpowiada za ostateczną porażkę politycznego myślenia Suskiewicza. Aby wyjaśnić, co mam przez to na myśli, muszę kontekstowo powołać się na inny tekst, inne medium i inną kompanię wschodnioindyjską – czyli na „John Company”. Dzięki temu będę mogła pokazać skalę rozdźwięku między ambicjami narracyjnymi sygnalizowanymi w „Kauri” a efektem końcowym.

Zaprojektowana przez Cole’a Wehrle’a gra planszowa „John Company” to historical fiction o Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Każdy gracz wciela się w trakcie rozgrywki w jedną z rodzin udziałowców i za cel obiera sobie dosyć prostą i racjonalną w obrębie tego systemu ambicję: zdobycie jak największego bogactwa, o czym świadczyć ma wysłanie możliwie dużej liczby krewnych na jak najlepsze emerytury. Gra teoretycznie jest kooperacyjna, wszak prowadzimy kompanię razem – jej interes jest więc naszym wspólnym interesem. Szybko się jednak orientujemy, że opłacalne są przede wszystkim operacje finansowe, ewentualnie: dążenie do władzy politycznej. Owszem, kompania musi dysponować siłą produkcyjną i wojskową, ale nikt nie chce odpowiadać za rozbudowywanie tych sektorów – to nie od nich przecież zależy bezpośrednia możliwość wypłacania sobie udziałów. Łatwo też zauważyć, że wszystkie bunty polityczne wybuchające w Indiach to z perspektywy utrzymujących kompanię graczy ledwie mniejsze lub większe przeciwności podrzucane przez grę – kryzysy, które trzeba rozwiązać. Niedwuznaczna moralnie perspektywa kapitalisty, który w emancypacyjnych dążeniach widzi tylko zamach na własne interesy, staje się w automatyczny sposób perspektywą gracza. „John Company” narzuca nam więc przekonanie, które wcale nie daje się sprowadzić do empatycznego modelu odbioru sztuki; nie zachęca nas bynajmniej do przekroczenia własnych granic i zrozumienia doświadczenia innego, jakim jest udziałowiec kolonialnej kompanii. Ta gra planszowa przez zmuszenie nas do myślenia w kategoriach interesów odsuwa na dalszy plan kwestię współodczuwania i każe odbiorcom podjąć wysiłek zrozumienia mechanizmów władzy kapitału. W tym właśnie sensie idzie krok dalej niż Suskiewicz w swojej najnowszej powieści.

Autor zdecydował się bowiem w „Kauri” na takie rozłożenie akcentów, które nie pozostawia wątpliwości, co interesuje go najbardziej. A są tym nie struktury interesów, lecz indywidualne porażki w próbach radzenia sobie z szaleństwem rzeczywistości. Suskiewicz studiuje osobiste tragedie uważnie i w literacko dopracowany sposób. Pozostają one jednak tym, czym się jawią na pierwszy rzut oka: jednostkowymi historiami osób sponiewieranych przez historię i nierozumiejących tej historii.

W „Kauri” czytelnik zachęcany jest więc do współodczuwania towarzyszącego bohaterom zagubienia, a może nawet do wzniecenia w sobie frustracji wynikającej ze świadomości, że owo zagubienie nie jest niewinne – że służy czyimś interesom. Użyteczność niewiedzy majaczy jednak w oddali jako niedający się w pełni uchwycić problem. Ostatecznie dostajemy na tacy portrety ludzi, którzy traktują nieludzko innych ludzi – aż tyle i tylko tyle.

„Kauri” Suskiewicza jest więc książką intrygującą i rozczarowującą zarazem. Nie ulega wątpliwości, że ambicje intelektualne autora były niemałe. Nie zdecydował się on sięgnąć po powieść historyczną dla czczej zabawy czy po to, by uniknąć intelektualnych problemów teraźniejszości. Wręcz przeciwnie – kolonialny temat ma ogromny potencjał bycia przyczynkiem do współczesnych refleksji nad strukturą globalnych korporacji obracających wielkim kapitałem. Rozczarowanie bierze się jednak nie tyle z niepełnego wykorzystania potencjału, jaki kryje tematyka, czy z trudnej do prześledzenia logiki wewnątrzpowieściowego anachronizmu (kołacze się w głowie pytanie: dlaczego historyczna nazwa „Île de Sable”, a nie dzisiejszy „Tromelin”, skoro w tych samych rozdziałach pisze się o „Mauritiusie”, a nie XVIII-wiecznym „Île de France”?). Wynika ono raczej z banalnego spriorytetyzowania podejmowanych wątków. Nie ma intelektualnego ryzyka w pisaniu o tym, że przemoc wynikająca z systemu niewolniczego jest godna potępienia, a doświadczenie marginalizowanych przez wieki grup nie miało okazji wybrzmiewać w oficjalnej kulturze. A poza te wnioski Suskiewicz nie decyduje się wyjść.

I właśnie ów brak mocniejszych myślowych szarży jest w „Kauri” szczególnie dojmujący. Nie chodzi mi bynajmniej o to, żeby postulować ujednoznacznienie powieści, lecz jedynie o to, by oczekiwać od pisarza nieco częstszego polemizowania z ugruntowanymi przekonaniami domyślnego odbiorcy. Zwłaszcza gdy książka ma potencjał, by powiedzieć nam rzeczy, których nie wiemy. Aż chce się zaapelować: niech powieść nie będzie Vernetowską fajką opium, tylko próbą jej odłożenia!

Łukasz Suskiewicz, „Kauri”
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 2026