Nr 2/2026 Na teraz

(Bez)sens nasz codzienny

Tomasz Kowalski
Teatr

Jeśli osobom zajmującym się adaptowaniem powieści na potrzeby teatru śnią się zawodowe koszmary, istnieje duże prawdopodobieństwo, że otrzymują w nich zlecenie, by przenieść na scenę „Niewyczerpany żart”. Wydana w 1996 roku powieść Davida Fostera Wallace’a, jeden ze sztandarowych utworów amerykańskiego postmodernizmu, może obezwładniać już samą objętością (ponad tysiąc stron), nie wspominając nawet o liczbie postaci i mnogości wątków. Nie zawsze wchodzą one ze sobą w jasne związki, przez co akcja zdaje się momentami raczej pączkować niż posuwać naprzód. Konfrontacja z taką konstrukcją jest sporym wyzwaniem, jednak Kamil Białaszek, wystawiając powieść Wallace’a w warszawskim Teatrze Narodowym, potwierdził, że nie boi się wysoko zawieszonej poprzeczki. Podobnie jak w swoich wcześniejszych spektaklach – poznańskim „Nowym Panu Tadeuszu, tylko że rapowym” i zrealizowanym w Teatrze Żydowskim w Warszawie „Skowycie”, opartym na poemacie Allena Ginsberga – młody reżyser postawił na wyrazistą i spójną formę. Równocześnie nie unika jednak ryzyka związanego z podążaniem tropem fragmentaryczności i nadmiaru, charakteryzujących dzieło amerykańskiego pisarza.

Spektakl, podobnie jak powieść, otwiera scena, w której Hal Incandenza (Hugo Tarres) bierze udział w rozmowie rekrutacyjnej, aby dostać się na Uniwersytet Arizony. Jest pewny, że jako wybitny, a przy tym odznaczający się inteligencją sportowiec trenujący w elitarnej Enfieldzkiej Akademii Tenisowej zostanie przyjęty. Dlatego szokiem jest dla niego decyzja Gigarektora (Henryk Simon), który odrzuca jego kandydaturę, podając w wątpliwość rzetelność znakomitych ocen wystawionych w działającej przy akademii szkole, diametralnie różniących się od wyników zewnętrznych testów. Rozpoznanie Gigarektora wydaje się trafne, zważywszy na fakt, że założycielem akademii był ojciec Hala, James Incandenza, a po jego samobójczej śmierci (włożył głowę do włączonej mikrofalówki, wywołując eksplozję) zarządza nią matka bohatera, Avril (Sławomira Łozińska). Frenetyczny śmiech, jakim Hal reaguje na niepowodzenie, nie jest wyrazem ulgi ani próbą przepracowania porażki, lecz symptomem ucieczki: próbą wyłączenia się i powstrzymania negatywnych emocji. Zaprojektowana przez Julię Zawadzką scenografia – oglądane z perspektywy jamy ustnej dwa rzędy zębów, w których ubytki próchnicze zostały wypełnione ekranami – sytuuje widzów we wnętrzu głowy. Sygnalizuje tym samym, że patrzymy na wszystko z perspektywy Hala, ale zarazem daje do zrozumienia, że i my jesteśmy uwięzieni w klatce myślowych schematów, niezależnie od tego, jak bardzo banalnie może to brzmieć.

Wątki związane z rodziną Incandenzów oraz wydarzenia z udziałem wychowanków Enfieldzkiej Akademii Tenisowej tworzą jedną z osi fabularnych przedstawienia. Relacje między młodymi sportowcami przypominają sytuacje charakterystyczne dla chłopięcej szatni – słychać narzekania na trenerów i na rygor ćwiczeń, wyrazy ekscytacji wynikami albo rozczarowania niewystarczającymi osiągnięciami. Część dorastających zawodników nieustannie próbuje naginać regulamin szkoły, błaznuje i sięga po różnego rodzaju używki, w czym przoduje Pemulis (Hubert Woliński). Z kolei Lamont Chu (Paweł Brzeszcz) chorobliwie wręcz marzy o wielkiej tenisowej karierze, mierząc się nieustannie z paraliżującym go lękiem przed porażką. Konkret ukazywanych sytuacji nie przeszkadza Białaszkowi w takim komponowaniu scen, które pozwala mu na coraz dobitniejsze ukazywanie mechanizmów kryjących się pod zastosowaną przez Wallace’a metaforą: obsesyjnej rywalizacji i pragnienia dominacji nad innymi, dążenia do sukcesu rozumianego jako wyznacznik wartości człowieka, brutalnego kreowania hierarchii opartych na popularności, majątku i sławie oraz przerostu ambicji. Ich spełnianie okazuje się tu celem samym w sobie, a niemożność ich zrealizowania przyczynia się do wzrostu frustracji. Nie bez powodu pojawiające się w przedstawieniu sekwencje taneczne (choreografia: Bartosz Dopytalski) wykorzystują ruchy znane raczej ze sztuk walki niż z tenisowego kortu. Nadmiar bodźców staje się źródłem cierpień, ale pozwala przynajmniej chwilowo zagłuszyć poczucie osamotnienia i alienacji, które jednak wciąż dają o sobie znać, zmuszając do poszukiwania kolejnych bodźców i napędzając mechanizmy autodestrukcyjne.

Tarresowi udaje się z powodzeniem wydobyć niuanse wpisane w postać Hala, który za maską dobrze zapowiadającego się, beztroskiego, zblazowanego i aroganckiego sportowca skrywa nie tylko traumę po śmierci ojca, lecz także obawę przed powtórzeniem jego losu. Próbując uwolnić się od problemów z odnalezieniem się w świecie i niepewności dotyczącej własnej tożsamości, wpada w spiralę uzależnienia. Jego rozterki tworzą sieć subtelnych relacji, łączących jego postać z szekspirowskim Hamletem, które przenikają powieść Wallace’a (jej tytuł pochodzi ze słynnej sceny, w której duński książę wspomina błazna Yoricka, trzymając w ręku jego czaszkę). Hal nie znajduje oparcia w rodzinie – dystansuje się od matki, a z jednym z braci, Orinem (Hubert Łapacz), który po wyjeździe na studia robi karierę jako futbolista, rozmawia jedynie przez telefon. Bliższe relacje łączą go tylko z drugim bratem, Mariem (Kacper Matula), który mimo niepełnosprawności cały czas zachowuje pogodę ducha. Nie jest jednak w stanie przekazać jej Halowi.

Fot. Karolina Jóźwiak / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Zgodnie z diagnozą wygłaszaną pod koniec spektaklu przez ducha Jamesa Incandenzy (który – inaczej niż w „Hamlecie” – nie objawia się synowi, a Danowi Gately’emu), Hal po prostu zrozumiał zbyt wcześnie, że w świecie nie ma głównych bohaterów, wszyscy są jedynie statystami. Kluczowe jest tu stwierdzenie, że stało się to „zbyt wcześnie”, ponieważ sensem życia – jak przekonuje Duch – jest właśnie uświadomienie sobie, że jest się zupełnie nieważnym.

Z tak wyjałowionego świata – Białaszek nie łagodzi diagnoz Wallace’a, by oszczędzić widzom dyskomfortu – chce się uciec. Wszystko zdaje się tu pozbawione autentyczności i sensu, z czym wiążą się dwie pozostałe osie fabularne przedstawienia. Jedna z nich skupia się wokół poszukiwania, stworzonego przez Jamesa Incandenzę, filmu pod tytułem „Niewyczerpany żart”, który potocznie określany jest słowem „Rozrywka”. Jest on podobno tak wciągający, że oglądające go osoby dają mu się pochłonąć bez reszty, zapominają o wszystkim i umierają z nadmiaru przyjemności. W szalonym uniwersum spektaklu, podobnie jak u Wallace’a, tropem skradzionego dzieła podążają współpracujący, ale też rywalizujący ze sobą, tajni agenci – przebierający się za kobietę Amerykanin Steeply (Bartłomiej Bobrowski) oraz poruszający się na wózku Marathe (Grzegorz Kwiecień), który reprezentuje Kanadę, a właściwie quebeckich separatystów. Białaszek wykorzystuje komediowy potencjał scen z udziałem tych postaci, by częściowo rozładować atmosferę, a zarazem naszkicować szersze tło realiów, w których osadzona została akcja powieści, rozgrywająca się w federacyjnym tworze zwanym Organizacją Narodów Ameryki Północnej (w oryginale nazwa tworzy wdzięczny skrótowiec ONAN). Reżyser na początku drugiej części spektaklu poszerza owo tło o współczesne odniesienia, w scenie przepychanek na najwyższym szczeblu tej organizacji umieszczając lalki przypominające obecnie rządzących polityków.

Miejscem zdarzeń składających się na trzecią, być może najważniejszą oś przedstawienia jest Ennet House, ośrodek przejściowy dla uzależnionych, sąsiadujący z akademią tenisową. Opiekunem rezydujących w nim osób jest Don Gately, drugi główny bohater powieści Wallace’a, po mistrzowsku grany przez Roberta Czerwińskiego. Postaci wychowawcy, który sam w przeszłości był narkomanem i kryminalistą, aktor nadaje wyjątkową wrażliwość i dobroć, dbając jednak o to, by nie trąciły one fałszem ani naiwnością. Dla tych, którzy przynajmniej starają się wyjść z uzależnienia, Gately zdaje się mieć niewyczerpane pokłady autentycznej wyrozumiałości. Zasługują na nią, ponieważ ich historie to w dużej mierze przejmujące opowieści o nieprzystosowaniu, braku poczucia sensu, zaburzeniach psychicznych i niedającym się ukoić poczuciu pustki, co widać zwłaszcza w przypadku Kate Gompert (przykuwająca uwagę Ewa Bukała), jak i Joelle van Dyne (Helena Wojtóściszyn).

Nie ma potrzeby ani sensu streszczać ich losów, w gruncie rzeczy w spektaklu Białaszka chodzi o doświadczenie, a za jego sprawą zapewne też o skonfrontowanie widzów z myślą, którą Gately podsuwa podczas jednego ze spotkań w Ennet House: „dlaczego wszyscy ludzie nie mieliby być w AA?”. Nie piszę tego z przekąsem – reżyserowi udało się stworzyć przedstawienie, którego atutami są autentyczność i szczerość. „Niewyczerpany żart” bezkompromisowo portretuje mechanizmy, które stosujemy, starając się uciec od rzeczywistości – nieustanną pogoń za przyjemnością, sukcesem lub czymkolwiek innym, co może dać nam możliwość uniknięcia konfrontacji z poczuciem pustki, braku sensu czy przeciętnością.

Białaszek doskonale przy tym wyczuwa i wykorzystuje absurdalny humor powieści Wallace’a. Jego czterogodzinne przedstawienie – trwające dostatecznie długo, żeby dokuczliwe stały się nawet najdrobniejsze niedociągnięcia dramaturgiczne – to całkiem udany, pouczający i celny żart. Taki jest właśnie „Niewyczerpany żart”

David Foster Wallace
„Niewyczerpany żart”
Tłumaczenie: Jolanta Kozak

Adaptacja i reżyseria: Kamil Białaszek

Scenografia: Julia Zawadzka
Kostiumy: Sławek Blaszewski
Choreografia: Bartosz Dopytalski
Reżyseria światła: Tadeusz Pyrczak
Multimedia: Michał Mitoraj, Hubert Kozarzewski
Muzyka, inżynieria dźwięku: Mateusz Augustyn, Bartłomiej Gargula (Barto Katt)

Teatr Narodowy w Warszawie
Premiera: 13.12.2025