Nr 17/2026 Na teraz

Wiek niewinności

Jan Tracz
Film Recenzja

Kilka dekad po premierze „Pejzażu w kolorze sepii” okazało się, że Kazuo Ishiguro wcale nie jest usatysfakcjonowany swoim debiutem. Każdy pisarz dojrzewa, a wraz z nim ewoluuje jego pióro. Nie tylko on nie lubi swojej pierwszej powieści.

Artyści innych dziedzin mają podobnie. Muzycy mogą dodawać i usuwać utwory ze swoich albumów na Spotify, tak jak robili to Kanye West i chłopaki z The 1975. Filmowcy zaś po latach publikują przemontowane (lub poszerzone, zawierające dodatkowe sceny) filmy, tym razem zgodne z ich pierwotną – czy też nową – wizją. A co z literatami? Zdarzają się wydania II – zmienione lub poszerzone – różnych powieści. Ale czy warto przepisywać książkę uznawaną już w pierwotnym kształcie za arcydzielny debiut?

Oryginalna powieść Ishiguro to mała wielka rzecz o pamięci i prawdzie – a raczej postprawdzie, bo wydarzenia z książki możemy czytać na co najmniej dwa (albo i trzy?) sposoby. Mimo to, po prawie pół wieku od publikacji, Ishiguro i reżyser Kei Ishikawa – absolwent łódzkiej filmówki – wspólnymi siłami postanowili przepisać niektóre aspekty oryginału. „Mam jedną zasadę – nigdy sam nie piszę scenariusza na podstawie własnej książki”, wspominał laureat Nagrody Nobla w jednym z wywiadów.

W nowej, filmowej wersji „Pejzażu…” Etsuko (Suzu Hirose / Yoshida Yoh) konfrontuje się ze swoją przeszłością, opowiadając wydarzenia z młodości swojej córce Niki (Camilla Aiko). Powieściowe bohaterki były o wiele bardziej zdystansowane, tymczasem w filmie Ishikawy kobiety spędzają kilka dni razem w wyniku nieoczekiwanej tragedii – niedawno samobójstwo popełniła ich starsza córka i siostra, Keiko. W trakcie pobytu drugiego dziecka w domu rodzinnym Etsuko wraca wspomnieniami do krótkiego ułamka z jej życia – przelotnej znajomości z Sachiko (Fumi Nikaidō) i jej córką Mariko (Mio Suzuki).

Od tego momentu akcja znacząco się komplikuje – w jaki sposób te dwa wydarzenia, osadzone w zupełnie innych realiach, mogą się ze sobą łączyć? I czy w ogóle będą miały jakiekolwiek punkty wspólne? Raz dostajemy szaroburą Anglię z lat 80. (wątek najbardziej współczesny), a raz ciepłe, chwilami wręcz jaskrawe barwy, którymi twórcy operują podczas scen z powojenną Japonią w tle. Te zaś sugerują, że Etsuko, mimo przebytych traum, wspomina przeszłość całkiem pogodnie. A przynajmniej tak próbuje przekazać to córce. Tym samym – gradualnie, małymi kroczkami – wymyśla siebie z przeszłości na nowo. Kiedy jednak minie trochę czasu, historię opowiadaną przez Etsuko zacznie wypełniać coraz więcej pęknięć.

W adaptacji nade wszystko zmienia się sposób, w jaki narracja odsłania przed nami tajemnice Etsuko. Zamiast monologu wewnętrznego głównej bohaterki dostajemy miniśledztwo prowadzone przez córkę, która w dramacie Ishikawy okazuje się znacznie bardziej zainteresowana losami matki. Niki, starając się przebić przez pancerz Etsuko niczym widz przez sieć tej misternie utkanej tajemnicy, zyskuje jako postać, śmiało przechodząc na pierwszy plan. Jej wzrok to w jakimś stopniu nasze własne spojrzenie – wraz z młodą bohaterką stajemy się aktywnymi uczestnikami tej opowieści. Taki zabieg narracyjny być może odbiera coś z nostalgii wobec przeszłości i sposobu, w jaki książkowa Etsuko utrzymuje pewne fakty w tajemnicy. Natomiast w wersji filmowej sekret matki wcześniej czy później zostanie częściowo odkryty przed widzem. Zniuansowano także postać męża protagonistki, Jiro (Kôhei Matsushita). Wciąż lawiruje on między partnerską czułością a tyranią, w ramach której wykorzystuje swoją patriarchalną pozycję, ale mimo to (a może dzięki temu) otrzymuje bardziej ludzki wymiar. Widzimy to dzięki nocnym rozmowom między młodą parą, które dają nam wgląd w ich relację.

Proza Ishiguro koresponduje z powieściami jego brytyjskich kolegów – o pamięci i jej licznych warstwach pisali przecież Julian Barnes („Poczucie kresu”) i Ian McEwan („Pokuta”). Ishiguro i Ishikawa na każdym kroku dają nam do zrozumienia, że główna bohaterka do końca nie jest rzetelną narratorką. Istotnym wątkiem filmu będzie relacja Etsuko z teściem, Ogatą (Tomokazu Miura). Wprowadzając postać starszego pana, twórcy w umiejętny sposób przybliżają nam japońską hierarchię społeczną, w której pozycja jednostki sprowadza się do wieku i – co najważniejsze – płci. Ogata przywodzi na myśl Umberto Domenico Ferrariego, bohatera „Umberto D.” (1952) Vittorio De Siki. U włoskiego maestro tytułowy emeryt – grany przez Carlo Battistiego – do samego końca próbował odnaleźć się w powojennym Rzymie. Teść Etsuko – podobnie jak w jakimś stopniu wspomniany Umberto – stara się przepisać własną historię, wypierając fakt, że wcale nie przyszło mu żyć w wieku niewinności. To przecież jego pokolenie było odpowiedzialne za wszelkie nieszczęścia, jakie kilka lat wcześniej spotkały Japonię i pozostawiły ją w druzgocącym stanie.

Kobieta i dziewczynka pochodzące z Japonii stoją na tle zielonej łąki
mat. prasowe Gutek Film

Ogata bezradność zakrywa uśmiechem i pogodą ducha; zdaje sobie sprawę, że niegdyś zawinił, ale przeszłości wszakże nie zmieni. Dlatego nie bywa pamiętliwy wobec innych (zdarzają się jednak wyjątki), bo taka postawa mogłaby się obrócić przeciwko niemu. Tym samym Ogata nie zwraca uwagi na dziury w pamięci Etsuko, najczęściej związane z jej zachowaniem i początkami ich znajomości – być może dlatego, że jest ona jedną z nielicznych osób, które nie oceniają go przez pryzmat podjętych decyzji i popełnianych błędów (nawet syn na każdym kroku epatuje swoją oschłością): „Grałaś mi kiedyś na skrzypcach, nie pamiętasz? Już zdążyłaś zapomnieć, jak to się robi? To nic takiego, zdarza się każdemu” – mówi mężczyzna do swojej synowej.

Mamy do czynienia z interesującym zabiegiem narracyjnym: przybliżając nam kolejną osobę z tej nierównej drabiny społecznej, twórcy filmu „maskują” nierzetelność Etsuko, bowiem takich momentów do wychwycenia będzie więcej. Czujny widz zaczyna podświadomie zdawać sobie sprawę, że coś tu nie gra. Z każdym flashbackiem narratorka traci kontrolę nad swoją opowieścią, a jej wyidealizowana wersja z dawnych lat staje się pasywną, niereagującą na wszechobecne okrucieństwo kobietą. Protagonistka „Pejzażu…” obserwuje nieetyczne wychowanie Mariko przez Sachiko, ale nic z tym nie robi. Przeszłości nie można zmienić – tylko dlaczego nie interweniowała, gdy była jeszcze ku temu okazja? Świadomie wymazując z pamięci wszelkie potknięcia i błędy, Etsuko przywraca sobie godność i utraconą niewinność. W obliczu powojennych zawirowań pewnie każdy z nas najchętniej zrobiłby to samo.

Uczucie niepewności potęguje jedynie muzyka skomponowana przez Pawła Mykietyna – od czasu do czasu słyszane przez nas skrzypce mają w sobie coś szorstkiego, wręcz chropowatego, jakby były niedostrojone i po latach użyte przez samą Etsuko. Do ścieżki dźwiękowej dochodzi jeszcze pianino, dodające pewnej czułości, które wybrzmiewa w drugiej połowie filmu. Zdaje się, że do sterylnie poukładanej wersji przeszłości wkrada się jakiś fałsz. Skoro już wtedy Etsuko miała problemy z pamięcią, to dlaczego jej współczesna opowieść – oraz powiązane z nią migawki z przeszłości – miałyby się okazać wiarygodne? Cytując Johna Herseya, autora kultowego reportażu o Hiroszimie, „życie jest krótkie i dzieje się tylko raz; trąba powietrzna porywa liście w swój wir, ale zrzuca je gdzie indziej, a one układają się w stos”. Po huraganie zwanym atakiem atomowym Etsuko ułożyła sobie taki stos we własnej głowie, na wymyślonych przez siebie zasadach. I tylko Niki będzie w stanie poukładać te liście na nowo.

Największy zarzut, jaki można byłoby mieć do Ishikawy i Ishiguro, to zmiana gatunkowa, która pociąga za sobą zmianę tonacji. Z ambiwalentnego, momentami złowieszczego thrillera opowieść przekształcono w dramatyczną (może i przegadaną?) obyczajówkę. To oczywiście wciąż ta sama historia, choć z kilkoma zmienionymi lub nowymi akcentami. Obie wersje łączy natomiast uwypuklenie wszechobecnego szoku społeczeństwa po II wojnie światowej, podskórnie wciąż dotykającego naszych bohaterów w najmniej oczekiwanych momentach.

Choćby dlatego „Pejzaż…” można spokojnie polecić w formule double bill z jednym z japońskich klasyków z lat 50., nieznanym współczesnym widzom. „Koibumi” (1953) – bo o nim mowa – to debiut Kinuyo Tanaki, ikony kina japońskiego (Tanaka była zarówno aktorką, jak i reżyserką), również opowiadający o powojennej traumie dotykającej Japończyków. Śledzimy tam codzienne życie straconego pokolenia, które na nowo uczy się żyć i kochać. Film w bardzo humanistyczny sposób skupia się na losach kobiet w ówczesnej Japonii, ukazując, że ich niezależność kończy się wraz z nieomylnością mężczyzn, którzy ingerują w ich życie i nie potrafią poradzić sobie z własnymi demonami.

I nawet jeśli najnowsza adaptacja Ishiguro w reżyserii Ishikawy nie trafiła do zeszłorocznego konkursu głównego w Cannes (była pokazywana w sekcji pobocznej „Un Certain Regard”), to wciąż zasługuje na zainteresowanie polskich widzów. „Pejzaż…” od samego początku broni się jako całość. Historia Etsuko – zmodyfikowana przez noblistę – działa nie tylko jako rozliczenie kobiety z trudną przeszłością, ale i przypowieść o pojednaniu matki z córką w obliczu tragedii. Całkiem sporo jak na dwugodzinny metraż – rzadko kiedy współczesne kino oferuje nam tak imponujący (i zarazem przemyślany) przekrój tematów w jednym filmie.

„Pejzaż w kolorze sepii”
reż. Kei Ishikawa
premiera: 7.08.2026