Nr 17/2026 Na teraz

Najchętniej osobno

Antoni Zając
Literatura Recenzja

W esejach z tomu „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” Aldona Kopkiewicz opowiada o poszukiwaniu „siebie”: tej schowanej głęboko, lecz uwarunkowanej przez świat zewnętrzny cząstki, która przesądza o czyjejś niepowtarzalności. Kopkiewicz nie mówi jednoznacznie, czym jest ten rdzeń, ale z pewnością deklaruje wiarę w jego istnienie. O niepowtarzalnym sercu każdego (lecz przede wszystkim swojego) bycia i o metodach nawiązywania kontaktu z własnym wnętrzem pisze, splatając trzy porządki: autobiograficzny, autotematyczny i teoretyczny.

W ramach pierwszego z nich opisuje proces rozpadu własnego Ja wywołanego traumą, jaką skutkowała śmierć jej ojca. Wskazuje, że na utratę poczucia własnej, psychosomatycznej „sobości” wpływ miały liczne choroby. Opowiada o wyczerpaniu, jakie odczuwa, zmuszona do uczestnictwa w grach życia międzyludzkiego, w których szczerość okazuje się nisko cenioną walutą, pożądana jest zaś umiejętność skrywania rzeczywistych odczuć.

Rozwijając drugi, rozważa (własną) twórczość literacką jako przestrzeń eksperymentowania z Ja – ten proces polega tyleż na docieraniu do siebie, co wytwarzaniu pewnych wersji Ja w toku zmagań z językiem i formą, dostarczających opresyjnych, lecz czasem zbawiennych ograniczeń. Kopkiewicz zastanawia się, na ile pisarstwo musi być samotniczą aktywnością, prowadzoną za zamkniętymi drzwiami „własnego pokoju”, który umożliwia niezmącone niczym spotkanie z własnym Ja, na ile zaś wyłania się ze zgiełku relacyjności, wśród niezliczonych stymulujących bodźców, które domagają się reakcji – od buntu aż po zachwyt.

Między odosobnieniem i współbyciem (oba stany są tu ukazane w światłocieniach) rozciąga się przestrzeń namysłu teoretycznego, który stanowi trzeci komponent eseistyki Kopkiewicz. Za intelektualnych przeciwników obiera sobie tych, którzy są na tyle dobrze umocowani w rzeczywistości, że mogą sobie pozwolić na podważanie „Ja”, głoszenie koncepcji podmiotu zanikającego i rozproszonego, stanowiącego konstrukt oderwany od cielesnego konkretu. Jej sojusznikami są zaś ci, którzy w niepowtarzalności każdego zszycia psychesomy, w napięciu między wnętrzem i zewnętrzem konkretnego życia upatrują domeny jednostkowej prawdziwości (która byłaby czymś trochę innym niż pojedyncza, łatwa do wyartykułowania prawda czyjegoś istnienia).

Wyjściową tezę esejów Kopkiewicz można przedstawić następująco: nie tylko istnieje domena autentyzmu, lecz także można do niej dotrzeć – trochę tak, jakby wreszcie odkrywało się tembr i rzeczywistą skalę własnego głosu po latach przymusowego tłumienia i modulowania. Proces odkrywania tej pełni brzmienia ma dla jednostki potencjał wyzwalający. Dzięki niemu może zdefiniować swoistość własnego bycia: kim jestem dla samego siebie, gdy inni wychodzą z pokoju, w którym piszę, ale zarazem nie porzucają mnie na zawsze (mogę więc liczyć na ich powrót, kiedy będę znów ich potrzebować). Taka teza, rozwijana przez całą książkę, jest niezwykle sugestywna, zarazem jednak rodzi szereg pytań, spośród których dwa uważam za kluczowe.

Pierwsze brzmi: czy autentyczne „Ja głębokie” jest skrytą esencją, którą wystarczy odnaleźć (czymś w rodzaju muszli, po którą można zanurkować na dno morza), czy raczej zalążkową potencjalnością domagającą się rozwinięcia – wyjątkową dynamiką, podług której można odmieniać własne istnienie; najbardziej własną zasadą wiązania doświadczeń, pragnień, sposobów zamieszkiwania czasoprzestrzeni? Innymi słowy, czy prawdziwe Ja odkrywamy poprzez ruch w głąb swojego wnętrza, zdzierając poszczególne warstwy społecznych uwikłań, czy też dopiero kształtujemy przez ponawianą konfrontację ze światem zewnętrznym? Drugie pytanie jest pokrewne: czy świat ten jest wyłącznie źródłem opresyjnej negatywności, która uniemożliwia poszukiwanie siebie i stąd należy go w dużej mierze odrzucić na rzecz „świata własnego”? A może tak naprawdę nigdy nie jesteśmy sami ze sobą, co oznacza, że całkowicie odrębne „królestwo autentycznego Ja” to tylko fantazja?

By móc zacząć swoją opowieść, podmiotka musi najpierw wyłonić się z ciemnej niemoty traumy i zdobyć nadzieję na jej przepracowanie oraz odnaleźć język, który to umożliwi. O stopniowym docieraniu do miejsca, z którego wreszcie rozpościera się inny widok na życie, czytamy w otwierającym książkę eseju „Teraz chcę być czarnym psem”. Kopkiewicz ukazuje w nim samą siebie za pośrednictwem postaci, która przyszła do niej we śnie: to tytułowy czarny pies, który może do woli ganiać po łące, ponieważ ktoś wyjął mu z grzbietu wielką igłę. Pies jest takim Ja, które w pełni doświadcza samego siebie, czyli ponownie nawiązuje kontakt ze swoimi zdolnościami, odczuciami, pragnieniami – (od)zyskuje możliwość działania po swojemu. Igła w tym obrazie reprezentuje przede wszystkim ból wywołany przez traumy i nieznośne interakcje ze światem. Igła jest również źródłem innej opresji: służy do zszywania ciała z niewygodnymi i gryzącymi, lecz niestety przydatnymi kostiumami, które Ja musi na siebie zakładać, by grać narzucone mu role w rozmaitych teatrach życia międzyludzkiego – rodzinnych, romantycznych, zawodowych. Narastające warstwy kostiumów sprawiają jednak, że Ja stopniowo traci kontakt z samym sobą, a nawet zaczyna wątpić w istnienie siebie, czyli wspomnianego rdzenia, którego zanik skutkowałby znieczuleniem na własne potrzeby, a nawet utratą poczucia jednostkowości. Eseje Kopkiewicz śledzą proces wyjmowania igły i rozszywania warstw, które więżą Ja. Jaki jednak miałby być efekt końcowy tej operacji ratującej podmiotowość? „Teraz chcę być czarnym psem” oferuje szereg konkretnych odpowiedzi. Można wręcz czytać ten esej jako manifest:

Pies ucieka z więzienia cudzego wzroku: […] jest czystym, ruchliwym instynktem z obślinionym językiem na wierzchu, cieszy się obecnością innych, którzy widzą go bez wydawania osądu, i biegnie, biegnie, gdzie chce, jest radością! […] Ten czarny pies to dla mnie […] przyjaźń z samym sobą, wierność sobie, […] ale też pozwolenie sobie na bezmyślność i entuzjazm. […] Na pierwotną, radosną głupotę bycia. […] Przyśniło mi się, że odnalazłam wolność jako czarny kundelek, lecz wbrew pozorom nie był to sen o wyzwoleniu w dzikości. Można powiedzieć, że stałam się dzikim zwierzęciem, bo oddałam się radości, intuicji, instynktowi. Pies nie jest jednak do końca dziki, pies to ludzkie zwierzę. Ten pies był w czyimś towarzystwie, patrzył w tym śnie na mnie. […] Nie śniłam […] o dzikości, a o radości. O radości, która istnieje w całym ciele. O wolności, w której staje się ono jednością. Nie uciekam od ludzi, ale od ich karzącego wzroku i opresywnych gier. A popęd, który mną kieruje, jest także miłością: jej pierwszym otwarciem, cielesną możliwością, obślinioną niewinnością. […] Dla mnie [ten obraz – A.Z.] jest piękny, bo mieści się w nim nieokreśloność tego, co żywe. (s. 21–23)

Jak deklaruje Kopkiewicz, w projektowanej przez nią utopii indywidualnej nie chodzi o fascynację biologiczną dzikością istnienia. Ale zarazem czytamy o ucieczce z areny gier społecznych do miejsca, w którym możliwa byłaby nieskrępowana realizacja czystych, pierwotnych instynktów, natomiast ucieleśnione Ja byłoby (jak nigdy dotąd?; jak dawniej? A jeśli tak, to kiedy?) skonsolidowane, funkcjonowałoby w zgodzie ze sobą, jedynie według własnego rytmu wewnętrznego. Owszem, wspomina się tu o innych ludziach, jednak ich rola wydaje się ograniczona – mieliby przede wszystkim działać wedle reguł wyznaczonych przez Ja, ponadto wspierać je i podziwiać jego rozkwit.

Nie mam wątpliwości, że w tej wizji jest coś kojącego i zwyczajnie potrzebnego, zwłaszcza takiej jednostce, która wychodzi z kryzysu, poszukuje własnej sprawczości i oducza się ignorowania wewnętrznego głosu – Kopkiewicz podkreśla zresztą, że chciałaby, aby jej „pisanie było otwarte na każdą osobę, która zatraciła poczucie siebie” (s. 27). Myślę jednak, że przedstawiony tu koncept podmiotowości zasadza się na wątpliwej przesłance, regularnie wracającej w kolejnych esejach (trzeba przyznać, że często kontrowanej, ale Kopkiewicz nigdy nie pozbywa się jej całkowicie). Zgodnie z nią relacyjność jest niezwykle istotna, ale ma charakter wtórny: najpierw jestem Ja i prawda skrywana w moim sercu, a dopiero potem mój kontakt ze światem zewnętrznym i jego reprezentantem w postaci innego, który przychodzi (nieco tylko upraszczam) albo po to, żeby mnie ukochać, albo po to, żeby mnie zniszczyć. Nie chodzi zatem o to, że Kopkiewicz odrzuca relacyjność i hołduje indywidualistycznym projektom stwarzania siebie, lecz o to, że współbycie pojawia się u niej zawsze później, jako uciążliwy – choć czasem korzystny – dodatek:

żeby swobodnie być sobą, potrzebujemy innych, ich przyzwolenia i wsparcia. Tej nocy w klubie, kiedy urwał mi się kontakt ze światem, […] zatroszczył się o mnie mój chłopak, ale pomoc oferowali mi też nieznajomi. I także dzięki ich prostemu, lecz szczeremu zainteresowaniu, czy dobrze się czuję i czy mogą coś dla mnie zrobić, mogłam wyjść o świcie jako szczeniaczek nocy (s. 22).

Tymczasem wydaje mi się, że samo powołanie do indywidualności przychodzi z zewnątrz; najpierw istnieje skomplikowana sieć relacji, a dopiero później zaczyna się proces umiejscawiania nas w tej sieci przez innych; niepowtarzalny sposób, w jaki się to potoczy, ma bezpośredni wpływ na wytworzenie naszego „Ja” na bazie pewnych psychobiologicznych fundamentów. Co za tym idzie, nie ma, nie było i nie będzie czegoś takiego jak „Ja” bez relacji, również dlatego, że kreują je cudze słowa, emocje i pragnienia (wyrażane gestem, dotykiem, spojrzeniem); że nawet kiedy myślimy o sobie lub staramy się nazwać stan własnego ciała, nieustannie posługujemy się językiem, zaimplementowanym od zewnątrz i nigdy nieprzynależnym tylko do nas. Jeśli więc naprawdę chcemy mówić o współbyciu, to musimy przyjąć, że żadna ze stron interakcji nie jest w niej całkowicie suwerenna.

Zbawiennego kontrapunktu dla opisanej kilka akapitów wyżej wizji podmiotowości według Kopkiewicz dostarcza w „Kim jest ona…”, co dosyć zaskakujące, namysł nad autentycznością. To kluczowe pojęcie książki, niestrudzenie odczarowywane przez Kopkiewicz. Początek tych rozważań jest wprawdzie mało zachęcający: „Autentyczność to z jednej strony wierność oryginałowi, a więc jakiemuś początkowi, z drugiej – wierność sobie i własnej prawdzie” (s. 28), później jednak wątek oryginału zostaje szczęśliwie pominięty, a drugą definicję autorka szybko kwestionuje: „nie żyję w zgodzie z własną prawdą – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – bo nie wiem nawet, czym ta własna prawda jest” (s. 26).

Zupełna sprzeczność? Niekoniecznie, jeśli uznać za Kopkiewicz, że prawdą nie jest konkretna, głęboko zakodowana wiadomość, lecz sama wewnętrzna niespójność, „nieokreśloność tego, co żywe” (s. 23). Jeśli koncepcja autentyczności ma być do czegokolwiek przydatna, to nie może być teorią genialnego podmiotu, który ma dostęp do pozytywnie zdefiniowanej Prawdy i mierzy się ze społeczeństwem, które tę Prawdę zakrzykuje zideologizowanym fałszem. Powinna raczej opisywać momenty, w których jednostka lub grupa „wykłada się” podczas intymnego lub publicznego performensu i nieznacznie odkleja od aktualnego tożsamościowego wcielenia, tym samym ujawniając, że się w nim nie wyczerpuje, że jest czymś więcej. Niekoniecznie musi to być znacząca („freudowska”) omyłka – czasem wystarczy mimowolne odciśnięcie indywidualnego piętna na czymś, co mogłoby równie dobrze pozostać bezosobowe: pomyślmy w tym kontekście o wykonaniu utworu muzycznego – nagła zmiana rytmu, wahnięcie głosu, interpretacja zaskakująca również dla samego wykonawcy to rzeczy niby ledwo zauważalne, lecz natychmiast odróżniające człowieka (i to konkretnego) od komputera, zawsze tak samo wykonującego podsuniętą mu partyturę.

Fioletowa okładka książki przedstawia czarny geometryczny kształt z pomarańczowymi oczami

Skoro autentyczność ujawnia się najczęściej jako niezamierzony glitch w codziennym funkcjonowaniu, nie sposób po prostu „żyć autentycznie”, tudzież pozbyć się „fałszywego ja” i funkcjonować wyłącznie w trybie „ja głębokiego” (o ile te pojęcia w ogóle są operacyjne – Kopkiewicz nie może się zdecydować, co ostatecznie na ten temat sądzi). Można natomiast robić wszystko, by nie utożsamić się w pełni z automatyzmem „poprawnego” życia społecznego, stając się nadgorliwym służbistą jego porządków. Fałszywe nie jest bowiem samo uczestnictwo w grach codzienności (a nawet wiara w ich zasady i instytucje), lecz raczej przekonanie, że wyłącznym sensem i prawdą mojego istnienia jest perfekcyjne utożsamienie z pełnionymi funkcjami, bez miejsca na zawahania, odkształcenia, naddatki. Fałszem ryzykuje jednak również ten, kto przekonany jest o bezwzględnej spójności i niewywrotności swojej prawdy wewnętrznej (intelektu, emocji, ciała czy intuicji), formułowanej przeciwko społecznym urządzeniom, a niekiedy i przeciw innym ludziom. Innymi słowy ten, który utożsamia swoje istnienie z celem w postaci „bycia autentycznym”.

Pokrewne ryzyko Kopkiewicz opisuje w niepublikowanym w „Kim jest ona…” eseju:

Tam, gdzie podmiotka czuje się najbardziej autentyczna, jest jednocześnie najbardziej narażona na reprodukcję wzorców kulturowych, i to tych sięgających w najbardziej intymne poczucie „ja”; między innymi dlatego ważne jest tworzenie literatury, która sięga do tego „ja” i pomaga nam na nowo pojąć własne uwikłania, wymienić społeczne fantazmaty na poetyckie obrazy.

W takim ujęciu literatura jest instancją krytyczną, zmuszającą nas do poluzowania uchwytu, którym kurczowo trzymamy się prywatnych prawd, i ściągającą nas z fantazmatycznego świata suwerenności z powrotem do przestrzeni „między”. To słowo często pojawia się zresztą w najważniejszych momentach esejów Kopkiewicz:

Kim jest ona, gdy mnie nie ma? Kim ja jestem, gdy jej nie ma? Piszę to jako jedno ciało, podpisane imieniem i nazwiskiem. Ale pomiędzy ciałem a imieniem odbywa się nieustanny ruch – spotykają się, przenikają, odpychają warstwy myśli, wspomnień, impulsów, ról, masek i głosów. Nie da się ich uchwycić w jednej formie. Przechodzą przez siebie jak światło przez półprzezroczysty materiał: czasem coś się wyostrzy, innym razem rozmyje (s. 120).

„Między” – figurę oscylacji i nierozstrzygalności (a niekiedy też impasu) – uznaje się czasem za kluczową dla współczesnej kultury rozczarowanej postmodernistycznym dystansem, ale niechętnej modernistycznej wzniosłości, próbującej wypracować złoty środek między retoryką emocjonalnego wyznania i podejrzliwością wobec wielkich narracji, podających się za bezwzględnie prawdziwe. Dlatego też Timotheus Vermeulen i Robin van der Akker ukuli termin metamodernizm, w którym przedrostek „meta” pochodzi od greckiego „metaxu”, czyli właśnie „między”. Z osobami piszącymi, które najczęściej kojarzy się z tym nurtem (m.in. David Foster Wallace, Ben Lerner, Rachel Cusk czy Jennifer Egan), Kopkiewicz łączyłyby: krytyczny stosunek do utowarowionej, zneutralizowanej ironii; bunt wobec typowego dla ponowoczesności „zaniku afektów”, zastąpionych byciem cool lub sztuczną pozytywnością kultury korporacyjnej; potrzeba rehabilitacji „Ja czującego”, nowego rozumienia autentyczności i szczerości.

Trzeba jednak powiedzieć, że w przeciwieństwie do wielu reprezentantów metamodernizmu czy też pokrewnej mu Nowej Szczerości, dla Kopkiewicz ważniejsza jest autentyczność. Na czym polegałaby różnica? Najprościej mówiąc, szczerość to pakt między autorką i odbiorczynią komunikatu. Autorka deklaruje: to, co teraz powiem, jest zgodne z moimi przekonaniami i uczuciami – wypowiem (swoją) prawdę. Ktoś, kto chce być szczery, potrzebuje słuchacza, by ten towarzyszył podmiotowemu ujawnieniu, jakby zaproszony był do czyjegoś wnętrza. Autentyczność natomiast jest przede wszystkim samozwrotna: ten, kto mówi, chce mieć pewność, że w danej chwili jest prawdziwym sobą, i stawia tę potrzebę na pierwszym miejscu. Jeśli jestem nieszczery, to znaczy, że nie mówię innemu tego, co naprawdę uważam. Jeśli jestem nieautentyczny, to znaczy, że nie jestem naprawdę sobą, tłamszę swoją wewnętrzną prawdę.

Wspomniałem już, że Kopkiewicz robi wiele, by ukazać tę prawdę jako relacyjną i tym samym dowieść, że autentyczne Ja bezwarunkowo współtworzone jest przez świat zewnętrzny, co oznaczałoby, że międzyludzka szczerość jest niezbędnym warunkiem autentyczności. Ważna byłaby więc szczera (niekoniecznie pochwalna) reakcja na naszą szczerość. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że w esejach Kopkiewicz ten element ma niewystarczająco duże znaczenie – odbiorca komunikatów Ja (czy szerzej, jakiekolwiek Nie-Ja) ukazywany jest tu przede wszystkim jako zło konieczne, o którego zbędności często się marzy, zarazem identyfikując to marzenie jako niemożliwe do realizacji (tą książką w ogóle rządzi struktura myślowa „wprawdzie wiem, że…, ale byłoby wspaniale, gdyby…”):

Często powraca do mnie taka fantazja, że nic nie będzie się już działo i nikt nie będzie mi przeszkadzał. Nie będzie nikogo, […] i właśnie wtedy poczuję, kim naprawdę jestem […]. Fantazjuję o samotności, lecz w rzeczywistości szukam ludzi. […] Nie ma miłości do ludzi bez miłości do samotności, nie ma ekscytacji spotkaniem bez ciszy przez całą noc. […] A jednak czuję, że fantazji o osobności jestem winna więcej, bo to z nią wiąże się tworzenie, a także przebywanie ze sobą. (s. 122)

W „Kim jest ona…” reakcje innych są zazwyczaj ukazane jako sztuczne, głupie i okrutne. Źle przyjmują to, że ktoś mówi wprost, nie znają się na żartach, obrażają się o byle co, surowo oceniają każde odstępstwo od normy, fetyszyzują uprzejmość. Piekło to inni? Tak, zwłaszcza dla osoby, która „kocha silny język” i „ma niewyparzoną gębę”, przez co skazana jest na społeczny ostracyzm. Owszem – zdaje się czasem mówić Kopkiewicz – wiem, że różnorakie kontrakty społeczne są niezbędne, że bez uprzejmości wobec innych daleko nie zajedziemy, ale z drugiej strony czuję, że na dłuższą metę szkodzi to mojej autentyczności:

Im dłużej żyję, kontrolując swoją niewyparzoną gębę, tym dalej mi do siebie. Czuję, że tracę siebie i nie wiem już, kim jestem. Nie wiem, bo brakuje mi zgody innych na moje spontaniczne «ja». Nie tylko zgody na nie, ale i jego afirmacji. Współbrzmienia, które pozwoliłoby obu osobom wyrażać się swobodnie, w radości wzajemnego spotkania, w fascynacji wzajemnym odbiciem. Bez tego nie da się być naprawdę sobą. (s. 93)

Opis pożądanej formy kontaktu międzyludzkiego jest symptomatyczny – jest on w gruncie rzeczy podporządkowany potrzebom Ja, które chce usłyszeć: „tak, to jesteś naprawdę ty, i to jest wspaniałe”, innymi słowy potrzebuje znaleźć potwierdzenie własnej autentyczności w afirmującej reakcji innego, który „odbija” i „współbrzmi”. Zgadzam się, że ten typ reakcji jest niezbędny jednostce po to, by mogła nie tylko lepiej osadzić się w świecie, lecz także móc w nim wzrastać – pisze o tym chociażby jeden z ważniejszych dla Kopkiewicz autorów, Donald Woods Winnicott, sugerując, że twarz matki działa jak lustro, w którego odbiciu wytwarza się dziecięce Ja. Uważam jednak, że równie ważna dla podmiotu jest taka reakcja, która wprowadza dysonans i poróżnienie: uzasadniona niezgoda na zachowanie, wprowadzenie ograniczeń, konstruktywna krytyka – również taka, której towarzyszy komunikat: „rozumiem, że to jesteś naprawdę ty, i mam świadomość, że mówisz szczerze, a mimo to nie zgadzam się z tobą”.

Kopkiewicz zachowuje sobie prawo do „mówienia wprost” i bycia psujzabawą (słusznie bowiem deklaruje, że „rzeczywistość powinna nas wkurzać częściej”), natomiast negatywną reakcję płynącą z zewnątrz utożsamia najczęściej z niezrozumieniem, nadużyciem i przemocą. Z pewnością w wielu przypadkach ten ruch jest uzasadniony (Kopkiewicz pisze o uciszaniu i umniejszaniu, którego doznawała na akademii, a także o ksenofobii będącej częścią jej doświadczenia emigracyjnego), a wpływu przemocy na życie psychiczne Ja nie sposób przecenić, ale jestem przekonany, że skala proponowanego uogólnienia jest zbyt duża. Inni ludzie nie mogą nam przecież tylko potakiwać, celebrując każdy przejaw spontaniczności „Ja głębokiego” – tak postępują raczej LLM-owe chatboty, zawsze gotowe do zachwytu nad naszymi poczynaniami. Istnieje tymczasem całe spektrum negatywnych lub mieszanych reakcji, które nie są destrukcyjne i traumatyzujące, lecz raczej mają potencjał transformacyjny, nawet jeśli wzbudzają dyskomfort. O tym aspekcie nie można zapomnieć, jeśli chce się postrzegać Ja jako ruchliwą, podatną na zmiany „nieokreśloność tego, co żyje”. Nie można również tylko sobie dawać monopolu na radykalną prawdomówność i psucie komuś zabawy. Jeśli bowiem te praktyki mają służyć czemuś jeszcze niż fantazmatycznej, samozwrotnej wierności sobie, która szybko może zamienić się w rozkosz autoafirmacji („ale im pokazałem!”), muszą one mieć potencjał przeobrażania, choćby na małą skalę, stosunków psychospołecznych. Dlatego psucie zabawy, bycie trudną, mówienie „niewygodnej” prawdy musi być motywowane relacyjną szczerością, nie zaś potocznie rozumianą autentycznością, utwierdzaniem się w czyjejś niewywrotnej prawdzie wewnętrznej. Nie chodzi bowiem o zasygnalizowanie, że to ja mam rację, lecz o krytyczną interwencję wymierzoną w cudzy system przekonań. Musimy być gotowi nie tylko przeprowadzić taką interwencję, ale też stać się jej adresatem, nie uznając jej natychmiast za śmiertelnie groźny atak na podmiotowość, a za nieodłączny aspekt współistnienia.

W „Kim jest ona…” znajdziemy ważny w tym kontekście esej zatytułowany „Ta niedogodność, w której możemy być sobą”. Opowiada o sytuacjach, w których inni zachowują się wobec nas dziwnie, zaskakująco, w sposób niezgodny z normami społecznymi:

podziwiam niestandardowe postaci, ale gdy ktoś wdziera się w moją codzienność z emocjami i życzeniami, których nie potrafię przyjąć, jestem w stanie stawić opór – w terapeutycznym żargonie nazywa się to „granice”. […] Tyle, że kiedy już stawię opór, nachodzą mnie wątpliwości. Czuję się nie w porządku, że nie pozwoliłam tej osobie na jej dziwność. Że uciekłam przed dyskomfortem, który mi sprawiała. Że nie byłam w stanie przyjąć bolesnego cudu nieprzystosowania, jaki mi właśnie objawiła. (s. 142–143)

Niedogodność polega tu zatem na spotkaniu z osobliwą jednostką i „bolesnym cudem” jej niedopasowania – na przykład współpracowniczką, która bez wyraźnego powodu wybucha płaczem albo „nieszkodliwym wariatem”, za wszelką cenę próbującym nawiązać kontakt z innymi widzami w kinie, w którym pracuje Kopkiewicz. Ktoś (umyślnie bądź nie) forsuje granice, jakie wyznaczamy w kontaktach międzyludzkich, a nasza jednostkowość popada w mikrokryzys. Jak na to zareagować, by zadbać o siebie i jednocześnie uszanować czyjąś odmieńczość? Takie sytuacje, jak pisze Kopkiewicz, „wymagają od nas psychicznego i intelektualnego wysiłku: poszerzenia percepcji, otwarcia na inne logiki lub ich brak. Na coś, na co tak często pozwalamy sobie w sztuce, a tak rzadko w życiu” (s. 146). Jeśli dobrze rozumiem przedstawioną dalej propozycję, osoby sprawiające nam niedogodność (ale nie bezpośrednią krzywdę) musimy potraktować z miłością, rozumianą jako agape. Powinniśmy dać im zrozumienie i troskę, przy jednoczesnym zabezpieczeniu własnych granic za pośrednictwem miłości własnej. Miłość, która wyrasta z niedogodności, czy też – mówiąc slangiem psychoanalitycznym – „pomieszcza niedogodność”, stanowi domenę, w której Ja może być sobą, a co więcej umożliwia to innym:

Miłość jest bowiem takim spotkaniem z innym, które wyłamuje się z racjonalnej, rynkowej logiki rzeczywistości. Miłość jest bliskością, w której otwieramy się na to, co niespodziewane i nieokiełznane; tu z zasady nie da się utrzymać jasnych granic «ja». To niesamowite zdarzenie bliskości, intensywnego rezonansu, jest wymierzone w dzisiejszą kulturę wykalkulowanego szczęścia, opierającego się na przewidywalności i samozadowoleniu (s. 151).

Ten i inne opisy, które znajdziemy w końcówce eseju, są trafne i poruszające, ale moim zdaniem odnoszą się głównie do procesu stopniowego poznawania drugiej osoby w obrębie głębokiej relacji przyjacielskiej lub romantycznej. Nie mają jednak wiele wspólnego z niedogodnością – zwłaszcza jeśli miałaby stanowić konfrontację nie tyle z osobą jako taką (jej „dziwną” autentycznością), lecz raczej z nietypowym, idącym w poprzek naszych przekonań komunikatem, który nagle zmusza do trudnej (auto)refleksji. Nie każdą negatywność lub niejednoznaczność można i powinno się traktować z miłością bliźniego, zwłaszcza jeśli ta miłość wyobrażana jest głównie jako troska, „pochylanie się” nad czyjąś innością – w wielu przypadkach oznaczałoby to neutralizację czegoś, co ma kłuć, niepokoić, zmuszać do wypracowania nowych stanowisk. Poważna niedogodność, która domaga się przepracowania, a nie „ukochania”, bywa cennym zalążkiem zmiany, z pewnością zaś może potęgować „twórczy niepokój”, bez którego nie można być sobą (s. 134).

W rozmowie z Justyną Jaworską Kopkiewicz deklaruje:

„Ja” to oczywiście nieco złudna fantazja, ale wciąż wydaje mi się jedyną podstawą umożliwiającą godne i etyczne przeżycie własnego życia, bez niego nie da się mówić ani o miłości, ani o odpowiedzialności.

„Kim jest ona, gdy mnie nie ma” w przekonujący i imponujący sposób rozwija tę tezę, z którą w pełni się zgadzam. Uważam jednak, że o kategorię Ja warto bić się wtedy, gdy będzie opisywać podmiot, który oscyluje między wnętrzem i zewnętrzem, nie posiada łatwej do nazwania esencjalnej Prawdy, a relacyjny jest nie z wyboru, lecz z definicji. Taka koncepcja Ja pojawia się w wielu fragmentach książki Kopkiewicz. Problem w tym, że nieustannie towarzyszy jej inna, niemal w pełni sprzeczna wizja, która często triumfuje. Zgodnie z nią istnieje pierwotne, samotnicze Ja głębokie, które „wie swoje” – wie na przykład, że musi żyć relacyjnie, ale najchętniej by tego uniknęło, ponieważ świat zewnętrzny jest zasadniczo domeną fałszu. Dlatego też marzy o suwerennym zarządzaniu ambiwalencjami relacyjności w taki sposób, by skorzystać z wszystkiego, co może sprzyjać samorozwojowi, unieszkodliwiając przy tym każdą niedogodność, która mogłaby stanowić atak na integralność wewnętrznej prawdy i w związku z tym domagałaby się od podmiotu trudnej pracy transformacji. To fantazja o Ja, które pewnego dnia mogłoby wreszcie obudzić się z koszmaru relacyjności i żyć autentycznie, czyli osobno – chyba że zachce znowu, dla własnych potrzeb, włączyć fonię światu.

Aldona Kopkiewicz, „Kim jest ona, gdy mnie nie ma. Eseje w poszukiwaniu siebie”
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2026