Nr 12/2026 Na teraz

Wygraliśmy? Wygramy?

Mateusz Kaliński
Teatr Recenzja

Kilka lat temu, gdy rozpoczynałem studia doktoranckie, wysłuchałem przemówienia rektora UW Alojzego Nowaka wygłoszonego podczas uroczystości inauguracji roku akademickiego. W mojej świadomości utkwiło powtórzone kilkukrotnie zdanie-pocieszenie: „wy, humaniści, też jesteście istotni!”. Co prawda im częściej rektor zdanie to powtarzał, tym mniej istotni się czuliśmy. Sam mówiący sprawiał zresztą wówczas wrażenie, jakby próbował przekonać przede wszystkim siebie samego. Nie mogę powiedzieć, że właśnie wtedy zrodziło się moje poczucie humanistycznej nieistotności i lekkości. Już wówczas dobrze znałem żarty o balkonach i ławkach w parku, które rzekomo są bardziej zaradne życiowo ode mnie. Równocześnie jednak przeczuwałem, że to właśnie humaniści uratują świat. Dzisiaj tamto przeczucie stało się pewnością, którą podzielają też twórcy i twórczynie spektaklu „Niespodziewane zwycięstwo Unii Polsko-Czeskiej w Trzeciej Wojnie Światowej”, zrealizowanego w międzynarodowej koprodukcji Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie i Teatru Narodowego w Pradze.

Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości. Trwa wojna: podzielona Europa odpiera atak rosyjskiej armii. Ukraina i państwa bałtyckie padły; Słowacy i Węgrzy dogadali się z najeźdźcą, a Niemcy i Austriacy przesyłają niedobitkom wyrazy wsparcia. Na placu boju zostały osamotnione Polska i Czechy. Clou przedstawienia według scenariusza Marii Wojtyszko i w reżyserii Jakuba Krofty polega na próbie stworzenia niełatwego międzynarodowego sojuszu z naszymi południowymi sąsiadami. Sojuszu, który ma nie tylko stawić opór armii wroga, lecz także połączyć dwa kraje w tożsamościową jedność – już nie jako osobne polityczne byty, ale jeden etnos. W pewnym sensie chodzi więc o znalezienie takiej perspektywy, która pozwoliłaby wykroczyć poza założenia traktatów. Do wygodnego, luksusowego bunkra, którego lokatorzy znajdują się pod opieką androida KOMENSKÝ 2.0 (Kateřina Měchurová), zaproszeni zostają reprezentanci i reprezentantki nauk humanistycznych i środowiska artystycznego: uhonorowana Nagrodą Nobla pisarka Bożena Klimek (Anna Tomaszewska), aktor i influencer Natan (Daniel Malchar), wypalony reżyser filmowy Tomek Wielicki (Antoni Milancej), socjolog Hanza Kovács (Šimon Krupa), dziennikarz Martin Horváth (Michal Režný) oraz katolicki ksiądz Zdeněk Dvořák (Marek Daniel). Zadaniem tych osób jest opracowanie strategii, pozwalającej nie tylko na ułożenie projektu dla nowej unii, lecz także stworzenie mitu pozwalającego na połączenie dwóch narodów, które – poza porcją kilku stereotypów – pozostają sobie raczej nieznane.

Znalezione rozwiązanie – na co wskazuje tytuł spektaklu, pozbawiając widzów niespodzianki – okazuje się skuteczne. Zapowiedź „niespodziewanego zwycięstwa” wydaje się lekkomyślna, kierując nas – niczym w kinie gatunkowym, gdzie bezpieczeństwo bohaterów i pomyślne rozwiązanie akcji chroni plot armor – ku spodziewanemu zakończeniu. Nie jest to jednak jedyny problemem dramaturgiczny spektaklu. Jego fabuła podzielona została na dwa główne wątki: jeden dotyczy stworzenia Unii, drugi obraca się wokół prywatnych problemów osób z zespołu badawczego. W tym obszarze mieści się konflikt Klimek z synem, poczucie życiowego stłamszenia, którego doświadcza Kovács, kryzys wiary Dvořáka, nieszczęśliwy trójkąt miłosny między Natanem a Horváthem oraz jego mężem czy wypalenie zawodowe i miłosne, którego doświadcza Wielicki. Wszystkie te wątki, choć różnorodne i potencjalnie ciekawe, zostają spłycone, co pozbawia je polotu. Każdy z nich mógłby stać się podstawą osobnego przedstawienia, ale ich połączenie trąci sztampowością, a powiązanie z główną osią fabularną wydaje się wymuszone.

Ciekawszy jest temat sojuszu państw. Zwłaszcza w proponowanej wersji, zakładającej dążenie do przekonania autonomicznych narodów, że w gruncie rzeczy zawsze stanowiły jedność. Ten temat prowokuje pytania dotyczące znaczenia humanistyki i działalności artystycznej w świecie na krawędzi egzystencjalnego unicestwienia. Zaproponowana perspektywa widzenia przyszłości (Rosja próbująca zbrojnie odzyskać kontrolę nad Europą Środkowo-Wschodnią) nie jest odległa od towarzyszących nam od dawna lęków.

Największym atutem przedstawienia Krofty jest absurdalny, a równocześnie zaskakująco krzepiący humor, w stylu, który przywykliśmy nazywać czeskim. Fani filmów Petra Zelenki, szczególnie „Zagubionych” z 2015 roku (cz. „Ztraceni v Mnichově”), nie powinni być zawiedzeni. „Niespodziewane zwycięstwo…” to zabawne political fiction, które pod powierzchnią żartu eksploruje polskość i czeskość w rozmaitych – nie tylko stereotypowych – wydaniach. Mieści się w tym nasza niestrudzona skrupulatność w rachunkach krzywd, powaga i liczne traumy oraz sąsiedzka drwina z domniemanej lekkości bytu, której – kiedy niczego innego nie możemy się uczepić – poszukujemy w języku naszych sąsiadów. Zderzenie dwóch perspektyw i różnych kultur pozwala wygenerować całkiem sporo udanych, błyskotliwych gagów (i kilku niestety mniej fortunnych, które szczęśliwie giną pomiędzy dobrymi). Pozwala także na wypracowanie szaleńczych, czasem wręcz absurdalnych projektów, których celem jest scalenie Polaków i Czechów. Bohaterowie i bohaterki spektaklu śmiało gmerają w historii obu narodów, tworzą falsyfikaty średniowiecznych kronik i proklamują naszą kulturową dominację w obszarze słowiańszczyzny. Bezpretensjonalnie przerzucane są – niejednokrotnie dziwaczne – mosty porozumienia w imię tworzonej czechopolskości. Wspólny śmiech z pewnością integrował widownię – czy mógłby integrować narody?

Fot. Joanna Siwiec

Decyzja, pozwalająca zbroić się przed bitwą nie granatami i amunicją, a opowieściami o podobnych doświadczeniach i wspólnej historii, przypadła mi do serca. Ten pomysł w spektaklu realizowany jest lekko, bezpretensjonalnie, w sposób rozkosznie głupiutki, ale jest w nim coś, co prowokuje do myślenia. Spektakl, grany w dwóch językach, jest jak lustro postawione przed Polakami i Czechami, w którym ujawniają się nasze przywary i tęsknoty: Polacy pragną odrobiny luzu i swobody, a nasi bracia i siostry z południa raz na jakiś czas gotowi byliby wziąć na siebie rolę Reytana. Razem moglibyśmy wszystko. A to – nawet jeśli jest utopią – wydaje się całkiem przyjemną myślą. Na scenie mieszają się języki i kody kulturowe: komunikacja postaci posługujących się językiem polskim i czeskim możliwa jest dzięki symultanicznemu tłumaczeniu, lecz nawet drobne błędy w przekładzie prowadzą niemal do rozpadu zespołu. W ukazanej fantazji wszystko kończy się dobrze. Być może właśnie to „wszystko” jest największym problemem spektaklu.

Rozpędzona przez twórczynie i twórców spektaklu utopia w pewnym momencie ulega przegrzaniu. Przesłanie, które zaproponowali w rezygnującym z satyry epilogu wydało mi się życzeniowe, a nawet naiwne. Bożena Klimek, ledwo opadł wojenny pył, przedstawia propozycję zawiązania kolejnego polityczno-tożsamościowego sojuszu – tym razem z niedawnym wrogiem. Poważny, gorzki ton końcówki sugerującej, że jedność z Rosjanami jest możliwa pod warunkiem naszego zrozumienia i otwartości wobec niedawnych najeźdźców, wprowadza dość potężny dysonans – być może wynikający z faktu, że perspektywa wojny z Rosją znajduje się niebezpiecznie blisko pozateatralnej rzeczywistości. Nie trzeba wchodzić w panikarskie tony tabloidów, nie trzeba wieszczyć, że oto „zaczęło się”, gdy nic się jeszcze nie zaczęło, by wiedzieć, że ryzyko wojny jest realne. Nasze lęki nie opierają się o skalę prawdopodobieństwa. One po prostu istnieją. A spektakl, który z humorem i gracją te strachy ujarzmia przez prawie cały czas trwania, w końcówce dość lekkomyślnie pozwala im powrócić, przynosząc frustrację wynikającą z przedstawienia utopii zbyt nieprawdopodobnej, by można było ją przełknąć. Wojna za naszymi granicami trwa od lat (kwestia Ukrainy w „Niespodziewanym zwycięstwie…” praktycznie nie występuje) i jest to wojna jak najbardziej rzeczywista. W jaki sposób opowiadać o fikcyjnym zapanowaniu pansłowiańskiej zgody, gdy do rzeczywistego pokoju jest wciąż daleko?

Spektakl Krofty i Wojtyszko, choć wskazuje, że ocalenie i szansa na przetrwanie leżą przede wszystkim w zdolności do wytworzenia mitu oraz odpowiedniej narracji (co jest zadaniem dla humanistów), przedstawia to twierdzenie jako zaskakujący efekt, którego nikt poważny się nie spodziewał (wszak sam tytuł zwycięstwo nazywa „niespodziewanym”). Opowieść o underdogu nie jest jednak w szczególny sposób sproblematyzowana. Spektakl nie wykorzystuje szansy na pogłębienie refleksji dotyczącej humanistyki, docenienie jej możliwej roli w dobie zagrożeń ani wykorzystania jej potencjału wywrotowego. Formułując ten zarzut, mam jednak pewną wątpliwość: „Niespodziewane zwycięstwo…” jest przecież lekką, obarczoną jedynie nutką refleksji, farsą; to „teatr środka”, który nie musi pogłębiać dyskursów. Czy wobec tego nie wystarczy, że jest inteligentną formą rozrywki? Porzuciwszy większe oczekiwania wyszedłem ze spektaklu Krofty zrelaksowany i w dobrym nastroju, jedynie z niewielkim „ale”, wynikającym z epilogu. Wzmocniony wiarą, że – jak mawia mój wujek – „kiedy to wszystko w końcu pierdolnie”, na posterunku staną literaturoznawcy, filozofki, socjologowie i antropolożki, krytycy i krytyczki teatralne, literackie oraz filmowe, uzbrojeni w wyobraźnię. Do boju dzielnie pójdą pisarki i poeci, artystki i aktorzy. Ktoś opowie coś nowego, ktoś wyreżyseruje coś pięknego, a ktoś to wszystko zinterpretuje – i wymyślimy świat na nowo.

Polska premiera spektaklu Krofty odbyła się w czasie trwającej dyskusji na temat zwiększenia finansowania polskiej nauki – której żywotną częścią jest humanistyka – do 3% PKB. Ważą się także losy dwóch ważnych ustaw: ustawy reprograficznej oraz ustawy o zabezpieczeniu socjalnym dla artystów i artystek. Przeczytałem już wystarczająco dużo opinii „znawców”, którzy uporczywie przekonują o niskiej wartości działalności artystycznej, a pośrednio też refleksji humanistycznej. Wbrew temu ujadaniu, humanistyka i sztuka to kluczowe dziedziny życia społecznego, zdolne także – jak przekonuje „Niespodziewane zwycięstwo…” – nieść ocalenie. Byle cymbał ani marny piewca technofeudalizmu nie wmówi nam, że jest inaczej.

Niespodziewane zwycięstwo Unii Polsko-Czeskiej w Trzeciej Wojnie Światowej
Reżyseria: Jakub Krofta
Scenariusz: Maria Wojtyszko
Dramaturgia: Róbert Štefančík

Scenografia, kostiumy: Matylda Kotlińska
Muzyka: Daniel Malchar, Kamil Malchar
Światło: Damian Pawella
Multimedia: Paweł Feiglewicz-Penarski

Teatr w Krakowie im. J. Słowackiego/Teatr Narodowy w Pradze
Polska premiera: 22.05.2026
Premiera w Pradze: 14.05.2026