Z Justyną Kulikowską, nominowaną do Stypendium im. Stanisława Barańczaka w ramach Poznańskiej Nagrody Literackiej, rozmawia Agnieszka Waligóra
Justyna Kulikowska: Przestało mnie to obchodzić. Z „Hejtem…” było tak, że pisałam go, kiedy byłam bardzo młoda, i są to całkowicie nastoletnie wiersze, które dopiero potem przerodziły się w tom. Były zbieraniną tekstów z kilku lat, pisałam je od siedemnastego roku życia. Więc może na tamtym etapie było to dla mnie inspirujące. Jarałam się czymś takim jak Rozdzielczość Chleba, wtedy też funkcjonował Liternet i inne portale zrzeszające ludzi piszących, które potem upadły. Wtedy interesowało mnie wrzucanie hashtagów, które nie miały zbytnio sensu czy uzasadnienia, były bardziej jakąś zabawą formalną. Potem zaczęłam od tego odchodzić. W tym momencie chyba nie ciekawi mnie to zupełnie. Zresztą uważam „Hejt…” za swoją najsłabszą książkę. Ostatnio dostałam podobne pytanie: dlaczego więc dałam ją do zebranych? Bo nie chciałam zrobić czegoś takiego jak autocenzura, zostawiać tylko tych rzeczy, które sama uważam za znośne albo za dobre. Więc postanowiłam wrzucić też „Hejt…”, żeby być transparentną. Myślę, że to kwestia jakiejś uczciwości literackiej, bardzo nieładnie byłoby odciąć się od czegoś, co było twoim początkiem. Poza tym nie mam żadnego sentymentu do tej książki.
Zdecydowanie, bo to był moment i mentalnego, i fizycznego powrotu na Podlasie. Wróciłam tam po latach mieszkania w Lublinie i cały tom powstawał między Podlasiem a zagranicą – część tekstów napisałam w trakcie emigracji ekonomicznej. Na pewno jest to najbardziej przełomowa z moich książek, bo o ile „Hejt…” i „Tab_s” posiadały wspólną dykcję, o tyle w „gifcie” zaproponowałam coś nowego i w tamtym momencie chyba zaczęłam zupełnie inaczej myśleć o literaturze. Bawić się jakąś dłuższą formą, prozami poetyckimi, czego w „Hejcie…” i w „Tab_sie” było bardzo mało. Wymyśliłam sobie zupełnie nowy sposób pisania, bo mocno zaczęły interesować mnie szczegóły. Te wiersze stały się bardziej soczyste, przestały być tylko frazami rzucanymi w eter.
Trochę żartem rzuciłam, że zapowiadam dobro. A może w tym żarcie była część prawdy? Prawda nigdy nie jest tak oczywista.
Skąd u mnie zainteresowanie wielkimi pojęciami? Może jestem megalomanką. Nie wstydzę się do tego przyznać. Jestem megalomanką i cokolwiek jeszcze napiszę, będzie to miało na to wpływ… Bo to nie jest tak, że napiszę coś jeszcze na pewno – za każdym razem mówię, że to już ostatnia książka. A „nigdy” jest takie zdradzieckie, jak każdy z wielkich kwantyfikatorów. W sumie nie powinno się używać tego słowa, bo możliwe jest wszystko, może mi się odmienić i znowu będę pisać. I w sumie piszę, więc to też rodzaj kokieterii. Więc tak, zabiorę się za dobro. Wcześniej w wywiadzie z Antoniną Tosiek mówiłam, że chcę przećwiczyć zachwyt, więc teraz chcę przewertować dobro. Cóż, w mojej twórczości zdecydowanie zaczyna się rozjaśniać.
A czy kiedyś też nie było skażone? Może tego nie podkreślaliśmy, filozofia tak tego nie podkreślała. Wydaje mi się, że nie jest tak, że teraz nastąpił całkowity upadek piękna, tylko przestaliśmy się tak nad nim zastanawiać. To samo jest z innymi wielkimi pojęciami, które gdzieś tam zostały już opracowane albo i przepracowane, tak jak, nie wiem, pojęcie miłości. Nie przypominam sobie, żeby w przeciągu ostatnich kilku lat powstała książka poetycka, w której byłoby wiele wątków miłosnych. Siedzisz w literaturze jako krytyczka – jak sądzisz, powstało coś takiego? Pisze się erotyki?
Chciałam powiedzieć to samo: odeszliśmy od nich. Może po prostu świat nie sprzyja teraz wielkim pojęciom, jest tak szybki, a same idee gdzieś się zatarły, zostały obśmiane. Weźmy wysoki modernizm. Ostatnio trafiłam na śmiesznego mema – chociaż zwykle nie przeglądam memów, zauważyłam jeden na Czołówce Wierszy: podlej wszystko wysokim modernizmem. To mnie rozbawiło, wiesz? Może naprawdę podlewajmy wszystko wysokim modernizmem, może po prostu złapmy się tych wielkich pojęć, bo co nam jeszcze pozostało? Dlaczego mamy ograniczać się tylko do jakichś błahostek?
To jest chyba najcięższe z twoich pytań, bo właściwie dotyczy całej literatury zaangażowanej. Ale tak, wiersze mają obowiązki. Jasne, że je mają. Moim zdaniem właściwie każdy wiersz jest zaangażowany. A co do wierszy tańczących: chciałam chyba trochę wyswobodzić je albo wyswobodzić siebie. Może dlatego użyłam tego pojęcia, jakim jest taniec, czyli wolność, czyli ruch, czyli życie. Taniec zawsze kojarzył mi się z czymś żywym, nic nie jest absolutnie statyczne, więc chciałam, żeby „Wnyki” też takie nie były. Są więc książką, która w jakimś tam sensie trochę tańczy, nawet powiedziałabym, że trochę tańczy z czytelnikami.
Nie wiem, na ile moja podmiotka chciałaby złożyć siebie w ofierze, bo nie przejawiam takich męczeńskich skłonności. A jestem z nią bezpośrednio powiązana. Oczywiście, zawsze uważamy – i krytycy, i poeci, i pewnie ogólnie twórcy – na to, żeby nie połączyć dzieła z autorem, żeby to żyło całkowicie oddzielnie. Ale nie mogę ukrywać, że te wiersze są bardzo blisko powiązane ze mną. Może nie chodzi o ofiarę, może chciałabym tak po prostu coś dać. Wcześniej nie odczuwałam tej potrzeby i tomy pisałam bardziej dla siebie. W „Obozie zabaw” była dedykacja „Nikomu”, bo właściwie tworzyłam go z jakichś tam własnych, prywatnych powodów. Ale „Wnyki” pisałam właśnie dla czytelników – nie pod czytelników, co trzeba rozróżnić. Nigdy nie piszę pod kogoś. Chciałam im coś ofiarować. Nie siebie, ale trochę zachwytu albo trochę tego pękniętego piękna, albo trochę nadziei. Trochę światła.
Nie, nie, nie. Moja podmiotka i ja – może to to samo – dopiero uczymy się zachwytu albo pozwalamy sobie na zachwyt. W którejś z poprzednich rozmów mówiłam, że przez pierwszą, drugą, trzecią, a może i nawet czwartą książkę moja podmiotka bardzo lubiła taplać się w rozpaczy, wręcz w niej pływać, i każdy gest jej oporu był w sumie trochę trikiem. Nie wiem, na ile opór w tamtych książkach był w ogóle czymś prawdziwym. Ale już wiemy, że prawda i jej wartość też przestały mnie interesować, nie? Z tym właśnie mierzyłam się w „Obozie zabaw” i na tym etapie życia jest to dla mnie kompletnie nieinteresujące.
Oj, zdecydowanie mam mniej wstydu. Jakoś odpuściły mi hamulce albo przestałam tak mocno przejmować się, co pomyślą o mnie czytelnicy. Moja podmiotka przestała się ukrywać, bo wiele rzeczy staje się tu odkrytymi. Więc tak, jest to pewnie gest wyzwolenia. Właściwie początkowy tytuł tej książki miał być zupełnie inny: „Rewolta za rozpacz”. Ale rozpacz jest tak silnym słowem, że mocno ustawiłaby ten tom i może trochę go zaciemniła pod jakimiś względami. Za to teraz pomyślałam sobie, że moja szósta książka będzie miała taki tytuł, że będzie dotyczyła pojęcia dobra albo się nim bawiła, albo przewertowywała dobro. Bo ostatnio spotyka mnie bardzo dużo dobrych rzeczy – i nie mówię tutaj o nominacjach, tylko serio, zaczynam widzieć dobro. I to takie właśnie dobro w ludziach, co też na pewno wpływa na moje pisanie.
Starałam się sobie – dziwne zdanie, starałam się sobie – to wyjaśnić. Potrafię wmawiać sobie różne rzeczy, wiesz? I zastanawiam się, na ile faktycznie czułam zachwyt, pisząc „Wnyki”. Bo być może właśnie nie czułam zachwytu, tylko potrzebowałam go tak bardzo, że pomyślałam, że to opiszę. Że może ktoś jest w takim momencie życia, że też jest absolutnie pozbawiony zachwytu, więc wymyśliłam sobie: rzucę ci zachwyt, rzucę ci jakiś bumerang z zachwytem, chociaż tyle. Sama też tego potrzebuję. Więc chyba odbyło się to na tej zasadzie, że nie zawsze jest tak, że wierzysz w rzeczy, o których piszesz. Czasami piszesz, bo ich potrzebujesz. Ja potrzebowałam zachwytu, więc go sobie wymyśliłam.
Bardzo długa odpowiedź: tak. Chyba pisałam to dla jakiejś wspólnoty straceńców albo dla ludzi połamanych przez świat i życie. Chyba o tej grupie myślałam, pisząc, bo sama do niej należę.
Tak – może wszyscy jesteśmy w jakiś sposób połamani.
Chyba masz rację. Jasne, że roszczę sobie prawo, żeby zawłaszczać rzeczy, zawłaszczać doświadczenia, zawłaszczać pojęcia, dawać sobie prawo do dyskusji z innymi twórcami. I myślę, że wcześniej stosowałam jakiś rodzaj uniku, a teraz daję sobie władzę. A może nawet nie tyle daję sobie władzę, ile widzę, że pisanie jest odzyskiwaniem sprawczości. Więc moja podmiotka (ja) w tej książce próbuje odzyskać tę sprawczość. Nie wiem, na ile jej to się udało, ale skoro to zauważasz, to mogło jej pójść całkiem nieźle. Więc tak, biorę sobie coś i mówię: okej, to jest moje, to jest mojej podmiotki, należy do niej. Nie wiem, na ile jest to ładnym gestem, bo jasne, jest w tym coś brzydkiego, ale też każdy ma w sobie brzydotę. Kiedy piszę o pięknie, to nie jest to piękno oczywiste, może nawet nie jest to piękno w rozumieniu klasycznym. Nie jest to piękno nieskażone, więc mogę sobie pozwalać na gesty, które są w jakiś sposób nie na miejscu, jak na przykład wsadzenie do ust dwóch palców, zagwizdanie.
Nie wiem, na ile tak jest. Nie wiem, na ile patrzę na to akurat w ten sposób – że to nie jest do końca ważne. Moje patrzenie jest raczej zmienne, bo czasami wierzę, że literatura ma moc, że pozwala odzyskiwać rzeczy, nawet jeśli to jest odzyskiwanie na mikroskalę. Nawet jeśli władza języka polega wyłącznie na tym, że jakaś fraza robi komuś dzień, to jest jednak władzą. Może nie będę miała wielkiej skali oddziaływania, choć, kurde, sam język jednak ją ma, nawet jeśli poezja w tym momencie, w tej epoce nie działa na tak wielką skalę. Ale wystarczy, że porazi pojedyncze osoby, że zrobi komuś dzień, podaruje komuś trochę światła – i to na ten moment wystarczy. Choć oczywiście miałam takie chwile, że kompletnie nie wierzyłam w to, co robię. Zastanawiałam się, po co to wszystko; że nikogo to nie obchodzi, bo jesteśmy jakimś niszowym środowiskiem i poezję czyta kilkaset osób, porywa ona kilkaset osób. Ale tyle wystarczy. Może to jest właśnie ta władza poezji – władza w mikroskali, a wszystko zaczyna się od mikroskali.
Warto się żarzyć, nie? Aż chce się sprawdzić, kiedy dokładnie powstaje żar. Czy w procesie całkowitego wypalania, czy wcześniej…
W tym ostatnim dwuwersie jest coś przekornego. Chyba mój tragizm polega na tym, że nigdy nie miałam mistrzów ani autorytetów. Jasne, są poeci, których wielkość doceniam, doceniam wielkość ich twórczości, ale nie sądzę, że mogłabym ich faktycznie bez skrępowania nazwać swoimi mistrzami. Uczę się pisać, czytając innych twórców, ale czy są moimi wzorami? Słowo „mistrz” jest tak wielkie, że nie wiem, czy kiedykolwiek użyłabym go na poważnie.
Chwytliwa fraza? Może przywróćmy mistrzów. Na początku książki, w motcie, jest cytat z Craiga Raine’a w tłumaczeniu Jerzego Jarniewicza: „tak dużo jest do uczczenia:”. Niesamowicie mi się on podoba – chodzi za mną przez cały rok, odkąd go przeczytałam. Więc może faktycznie mistrzów miewa się przez chwilę. Albo po prostu jego fraza była mistrzowska. To była dla mnie fraza roku.