Śmieszna sprawa – czasami jestem pewny, o czym będzie książka, której nie przeczytałem choćby drobnego fragmentu, ani nawet nie miałem jej jeszcze w rękach. Tak było z „Monolokiem” Pawła Sołtysa. Nie jest tak, że moje przewidywania powstały bez żadnych danych: czytałem poprzednie tomy autora (i, co gorsza, bardzo je lubię), tu i ówdzie słyszałem o nowym tekście, znałem temat i miejsce akcji – Grochów (po części wyobrażony, po części prawdziwy). W głowie wszystko układało mi się jasno i wyraźnie.
Od miesięcy miałem skrojony plan na tę lekturę. Powiedziałem sobie, że gdy „Monolok” wyjdzie, to wskoczę do tramwaju, dokładnie do dwudziestki dwójki, bo bywam na warszawskim Żoliborzu, a stamtąd dojadę bezpośrednio na Rondo Wiatraczna. Na wschodnim dystrykcie będę czytał książeczkę, a na potrzeby recenzji zrobię parę fotografii Placu Szembeka, ulic Żółkiewskiego lub Kickiego. Albo pojadę tam rowerem, który odkupiłem od pewnego świetnego nowohuckiego redaktora. Niestety maszyna wymagała renowacji, poza tym trudno było mi wymyślić poredaktorskie imię własne: Kleczkowóz? Kleczkoślad? Kleczkomobil? Kleczkower? Ostatecznie słowne zbitki rozpadły się jak lutowa pogoda, pewnie najbrzydsza w roku. Nigdzie nie pojechałem, nie zrobiłem żadnych zdjęć. To był całkiem naiwny pomysł. Kto to widział – fabułę wymyślać przed lekturą? Z tymi wszystkimi antycypacjami i pragnieniami zostaje się jak, nie przymierzając, Himilsbach z angielskim. I tak cały mój plan się rozprysł. Może to grochowskie genius loci, ponieważ z Andrzejem Stasiukiem i (zwłaszcza) Markiem Bieńczykiem miałem bardzo podobnie.
Wstęp tego rodzaju może wydawać się nie na miejscu, ale mam poczucie, że inaczej nie można. Dlaczego? Przyjdzie czas na szersze wyjaśnienia.
Sołtys w roli narratora swojej najnowszej gawędy obsadził fryzjera, który niczym hrabalowski wujek Pepin snuje dziesiątki historii oraz wspomnień o dzielnicowych perypetiach, o ludziach najzwyklejszych, lecz jednocześnie najciekawszych, o życiorysach, choć złamanych, to momentami najbarwniejszych w świecie. Akcja tych opowieści nieraz sięga przedwojnia i okupacji, a czasami początków III RP. Nie ma tu żadnego ubarwiania – jest przemoc, alkohol, komizm, tragizm. Jedna opowiastka przechodzi w drugą, nagle pojawia się dygresja o przypadkowo napotkanym pijaku albo innym podglądaczu i tak w nieskończoność. Przypatrujemy się kolejnym grochowskim sylwetkom oraz poznajemy tajemnice samego narratora. Wszystko płynie w swobodnym rytmie wyznaczanym przez klientów zakładu fryzjerskiego, którzy uruchamiają sieć kolejnych skojarzeń i dopowiedzeń, a raczej rozpowiedzeń, bo, chociaż dzielnica nie za wielka, to trudno określić wyraźne granice czasowe oraz przestrzenne tych anegdot. Mając na uwadze obecne trendy, to trochę niewczesna forma.
Ponadto wraz z przebiegiem lektury coraz wyraźniej widać, jak romantyzacji ulega przeświadczenie, że „[k]iedyś ludzie w ogóle sobie więcej opowiadali, mało było na miejscu, na czas, to się brało starsze albo trochę zmyślone i szło żyć” (s. 18). Do tego dochodzi nam jeden z głównych tematów czy przesłań książki – pamięć. Świetnie omawia tę kwestię Sylwia Chutnik[1], więc odsyłam do jej recenzji. Pozostając przy innych recenzjach, Igor Kierkosz[2] zarzuca Sołtysowi pisanie o występkach grochowskiego ludu z pozycji inteligenckich – co wydaje mi się chybione. O ile jestem zorientowany, polska inteligencja to specyficzna grupa społeczna, którą charakteryzują pewien narodowo-wyzwoleńczy etos oraz oświeceniowe zobowiązanie, aby przewodzić ludowi. Nie chcę pisarzowi grzebać w rodowodzie, ale nie sądzę, żeby reprezentował akurat ten współcześnie resztkowy dyskurs. Zresztą abstrahując od pochodzenia, krytyk pisze: „z ludowości robiło się, właśnie, figurę i w tak przygotowaną formę wlewało oczekiwania i wyobrażenia, nad którymi mogła zapłakać głównie jednak wygodnie umoszczona inteligencja. Tym rzewniej, im ładniej skonstruowano całą opowieść”[3]. Tak podobno działa autor „Sierpnia”. Tym samym Kierkosz imputuje ludowemu podmiotowi – jakikolwiek miałby on być – niezdolność do opowiadania zgrabnych historii, które mają pomóc poukładać się z życiem.
Jak sądzę, dobry pisarz nie musi być wzorcowo zaangażowany i poprawny, bo któżby uwierzył, że grochowski bandyta nie gapi się na dziewczyny; że na geja nie mówi się pedał? Ze świecą szukać w „Monoloku” idealizacji bądź egzotyzacji bohaterów albo odautorskiego komentarza prostującego brudniejsze fragmenty. Przecież fryzjer też może być oczytany, a już tym bardziej może być świetnym opowiadaczem. Również wódki nie musi pić. Powraca do mnie ta niewczesna forma; właśnie wszystko z hukiem o nią trzasnęło. Co to za forma? Co ta forma robi? Czy to, co naśladuje żywą mowę, a na dodatek chce nas zwieść, że brak temu jakiejkolwiek papierowości, jest w ogóle konkretną formą? Genologicznie rzecz biorąc, powiedzielibyśmy, że „Monolok” jest mikropowieścią, długim opowiadaniem, gawędą i tak dalej. Ale to tylko gatunkowe etykietki. Natomiast właśnie formę, a nie lud, Sołtys romantyzuje czy raczej uprzywilejowuje. Forma „robi” wyjątkowość konkretnej treści. W tym przypadku treść rozlewa się w potoku dygresji, lecz to forma rezygnuje z puenty, wreszcie nigdy nie mówi „koniec”. Autor stara się zrobić więcej, niż tylko wpisać określoną ilość zdarzeń w opowieść fryzjera; forma wypowiada się również o samej sobie. Umiejętność opowiadania jest jak najbardziej równoznaczna z działaniem w świecie. Zbyszek Kret ledwo widzi, a jeśli już coś widzi, to w najczarniejszych barwach, stąd też jego życie usłane jest kolejnymi porażkami. Jednak sam mówi: „ja w targowaniu to czarny pas mam i mistrzostwo świata” (s. 71) – wszak przez pewien czas był komiwojażerem – i dzięki temu może brać się z życiem za bary poprzez swoją, niebywale przydatną w sztuce handlowej, bajędę. Skądinąd należałoby przemyśleć relację pisarz–komiwojażer; środkowoeuropejskie pokrewieństwo między „piszę” a „jestem handlarzem”. Córka Zbyszka, kiedy jeszcze studiowała polonistykę, obiecała mu książkę o jego przygodach, niestety wyjechała na Zachód i sprawy poszły w innym kierunku. Pod koniec swojego życia, odcięty od ukochanej córki, a także pogrążony w samotności i szaleństwie, Zbyszek spisuje na ścianach domu historię swojego życia. W innym fragmencie klienci zakładu fryzjerskiego: panowie Piotruś (robotnik z Peruna) i Andrzej (prozaik) toczą pojedynek o lepiej opowiedzianą historię. Ostatecznie, po kolejnych odsłonach rywalizacji, wygrywa odczytany pośmiertnie maszynopis pisarza: „Inne to jest »literackie«. Ale historia stąd, choć pewnie zmyślona. Za to jak!” (s. 32). Niemniej sprawa ulega komplikacjom, bo jednak pismo nieustannie przeplata się z żywą knajpiarską mową. Jedno napędza drugie i na odwrót. Zarazem literatura wchodzi w życie, a życie wyrasta z literatury. To już wyklucza podział na inteligencką „pasującą narrację”[4] i „autentyczną” ludową twórczość niezdolną do wypracowania spójnej estetyki.
„Za pamięć” – każe czytelnikowi wznieść toast narrator na ostatniej stronie tekstu. Przypominam sobie wówczas bieńczykowe Non amarcord. I dużo bardziej interesuje mnie inny postulat – opowiadać dalej. Skoro zdaniem narratora forma wymiera, a wszystko dziś takie porwane i chwilowe, to zamiast próbować za wszelką cenę ratować grochowskie sentymenty, wolę zapomnieć o Grochowie. Albo inaczej – podtrzymać pamięć, czyli dokładnie tak jak Sołtys raz jeszcze ożywiać przerobione i przeplotkowane przez dziesiątki opowiadaczy lokalne legendy. Wieczna nostalgia oraz uwaga skupiona na pamięci stanowią tylko pozór. Można by poprzestać na Zbyszku Krecie lub inżynierze Sankoskim bez wu, ale fryzjer chce więcej, ja także chcę więcej. Każdy monolog wzmacnia określoną narrację? Skądże. Każdy monolog skazany jest na zapomnienie, jednocześnie w momencie swojego końca zdaje się wychylać w przyszłość z apelem, prośbą: „teraz ty, który czytasz moją mowę, opowiedz inną, oby równie dobrą historię”.
Dopiero teraz warto odpowiedzieć na pytania, skąd mój osobliwy, przydługi wstęp i dlaczego inaczej nie sposób? Autor wysuwa żądanie życia, nawet jeśli nudnego i szarego, to takiego, w którym bez uprzedzenia mogą zajść najwspanialsze przygody i uniesienia, ich przecież w książce niemało. Ten rozbity horyzont oczekiwań chroni mnie przed całkowitym utożsamieniem, miłosnym stopieniem się z „Monolokiem”, bo podobnie jak fryzjer ma swoich Grzesia Diabła, panią Martę od pioruna czy Jubcia, tak też ja mam moich pana Leszka ślusarza, Jurasa (to znaczy pana Jerzego z Zagłębia) elektryka, Maćka kawalarza… O! Nawet ciąg epitetów określających fach mi się rozsypał, bo akurat nie wiem, co Maciek kawalarz zawodowo robi. Co zostało? Pamięć? Nie – życie, czyli opowieść przekazana dalej.