Jedno z moich najgorszych wspomnień przedślubnych wiąże się, bagatela, z tworzeniem zaproszeń. Niby prosta rzecz: wymyślić, zaprojektować, zamówić, opłacić, wydrukować. W naszym wypadku okazało się to jednak górą nie do zdobycia, barierą nie do pokonania, gwoździem do trumny naszego wieloletniego związku. Kto wie, może i faktycznie zostałby on wbity, gdyby nie interwencja przyjaciółki we właściwym momencie, która odciążyła nas w tej prozaicznej, ale stanowiącej kumulację wielu napięć sytuacji. Wszystko skończyło się dobrze: pokryte staranną kaligrafią karteluszki trafiły o czasie do gości, a obrączki zostały założone.
Śluby i wesela prowokują dziesiątki tego typu napięć. Druk zaproszeń to przykład pierwszy z brzegu, trochę bzdurny, ale nieźle ilustrujący, że w tym gorączkowym okresie przygotowań naprawdę niewiele potrzeba, aby nadwątlić zaufanie wobec wybrańca bądź wybranki serca. Byle drobiazg może sprowokować natarczywą refleksję nad tym, czy przysięga, którą ma się za moment złożyć, jest aby na pewno zasadna. Może ten popłoch bierze się z symbolicznej rangi wydarzenia, nawet jeśli organizujemy wyłącznie skromny obiad dla rodziny; może to kwestia mimowolnych oczekiwań, ukształtowanych przez nadmiar ślubnych obrazów w bajkach, social mediach i popkulturze. A może chodzi po prostu o podstawowe poczucie odpowiedzialności związane z nieodwołalnością (przynamniej jeśli traktujemy słowa serio) deklarowanego przy świadkach „tak”.
Seans trzeciego filmu pełnometrażowego Kristoffera Borgliego może przypomnieć tym, którzy przeszli przez dramę planowania małżeńskiej ceremonii, wszystkie najgorsze momenty tego procesu. A dla osób, które akurat są przed – lub, zupełnie rozsądnie, wahają się bądź w ogóle nie planują ślubnych kobierców – stanowić ostrzeżenie. Chociaż akurat w kwestiach organizacyjnych bohaterowie „Dramy”, czyli Charlie (Robert Pattinson) i Emma (Zendaya), radzą sobie nieźle. Większość żmudnych zajęć przygotowawczych nie znajduje odzwierciedlenia na ekranie, a te, które zostaną pokazane (takie jak wybór miejsca, konwencji czy rodzaju dań), są podejmowane raczej zgodnie. Potencjalnie konfliktogenny wydaje się wyłącznie rodzaj pierwszego tańca (ona chciałaby więcej luzu i improwizacji, on akceptuje teatralną konwencję całości), ale nie jest to sprawa, w której nie dałoby się dogadać. Jeszcze tylko wymienić DJ-a, okiełznać świadków i sprawa załatwiona.
Tyle że właśnie nie. Bo w tym wypadku skala problemu okaże się znacznie większa niż ustalenie, czyim zadaniem będzie udanie się do drukarni.
Chodzi bowiem o TAJEMNICĘ, zdradzoną nieopatrznie przy kolejnym kieliszku pomarańczowego wina podczas przedślubnego tastingu z przyjaciółmi (choć ten ostatni wyraz należy wziąć w cudzysłów). Pech chciał, że do wymiany sekretów na temat najgorszego czynu, jakiego się dokonało w życiu, dochodzi akurat na tydzień przed ceremonią – nie ma więc czasu na wnikliwe wycieczki w przeszłość i sesje psychoterapeutyczne, bo kalendarze innych zostały zarezerwowane, a kalendarz własny wypełniony jest lekcjami tańca, próbnymi sesjami fotograficznymi, testowaniem menu. Trzeba wpłacać zaliczki i ćwiczyć przed obiektywem fotogeniczne uśmiechy, a nie kwestionować słuszność podejmowanych decyzji – co z jednej strony buduje w filmie efekt komizmu, ale też wywołuje oczywisty dyskomfort.
Z oddaniem tego poczucia niezręczności Borgli radzi sobie świetnie. Może to dziś skandynawska specjalizacja: Norweg z całą pewnością wyciągnął lekcję z „Turysty” Rubena Östlunda (i w ogóle lubi się z jego filmami, w końcu „Chora na siebie” też w wielu miejscach przypomina „The Square”). Wychodzi na to, że Skandynawia zaczyna się dziś specjalizować nie tylko w delikatnych historiach osadzonych wśród ulic i wysp Oslo, ale i mniej lub bardziej wytrawnej społecznej satyrze. Są tu jednak zasadnicze różnice: Östlund pastwi się nad performatywnością społecznych zachowań, ale w szerszej skali; Borgli działa skromniej, przyglądając się raczej wewnętrznej fermentacji intymności wpisanej w przyjaźń czy miłość. Bo jeśli i one okazują się ułudą, to co nam zostaje?
Norweg, na szczęście, okaże się tu trochę staroświecki – a przynajmniej niecyniczny. Może to wymuszony pokłon w stronę konwencji gatunkowej, ale film stanie po stronie miłości rozumianej holistycznie: nie tylko jako coup de foudre i pokrewieństwo dusz, ale rodzaj umowy, wyrzeczenia i opowiedzenia się po stronie trwałości na przekór logice. Uznania – też na poziomie egzystencjalnym – niemożności całkowitego poznania drugiej osoby. Trzeba stracić, aby zyskać, bo być może każda bliska relacja to w pewnym momencie tytułowa drama. Uznanie tej prawdy w erze aplikacji randkowych, kruchości więzi i powszechności rozwodów wielu osobom może się wydawać dyskusyjne, ale bywa kluczem do trwałości.
A to sprawia, że dla mnie „Drama” pozostanie filmem uparcie i na przekór romantycznym. Bo za romantyczne postrzegam właśnie trwanie i samowyrzeczenie. Internet skupia się dziś na przynależności gatunkowej tytułu, jakby sprawą życia lub śmierci było ustalenie, czy to komedia, satyra, czy dramat obyczajowy. Nie rozumiem tej dyskusji, przecież to oczywiste, że filmy nie powstają w próżni i bywają sejsmografem nastrojów, trendów i kryzysów. Historyczny moment artykulacji pytań „o znaczenie miłości” (dobrze już opisany) wydaje mi się konieczny do zrozumienia jednej z głównych intencji „Dramy” – tworzonej w momencie, gdy tradycja rozbuchanych, zainfekowanych disneyowszczyzną ślubów jest wciąż zaskakująco silna, ale już niekoniecznie dobieramy partnerów na zasadzie ekonomicznej kalkulacji, mogąc się w każdej chwili wycofać z rzekomo ostatecznych postanowień. Przy okazji premiery pisze się o rozwoju Doom-romów, czyli filmów, które skupiają się nie na motylkach w brzuchu i aspekcie „żyli długo i szczęśliwie”, ale właśnie na fakcie, że często żyje się krótko, intensywnie i raczej mizernie – czyli na związkowych trudnościach. Z tego powodu filmy takie jak „Materialiści” Celine Song lub „Najgorszy człowiek na świecie” Joachima Triera to dla mnie bardziej postromanse niż antyromanse – bo nie negocjują idei miłości, tylko starają się trudy wpisane od zawsze w bliskość zaktualizować w otoczeniu wyniszczonym przez nadmiar wyboru i echa poprzednich relacji. Z wizją miłości wciąż rozpisaną przez popkulturę, ale już wyraźnie zweryfikowaną przez życie.
Przypomina mi się w tym kontekście (szczególnie, gdy myślę o finałowych scenach) jedna z sekwencji „Pulp Fiction”: „I love you, Honey Bunny” i skakanie po stołach w przydrożnym drive-inie. „Drama” łączy się z charakterystycznym dla kina amerykańskiego skojarzeniem miłości z przemocą, które od dekad przetwarza postmodernizm na zasadzie zabawy i fraszki. Borgli ten temat (intencjonalnie lub nie) problematyzuje; wchodzi do tej rzeki, ale w innym miejscu, choć wciąż raczej w rozrywkowym niż publicystycznym celu. Dotyka tym samym wielu istotnych wątków: kwestii genderowych (i rasowych) stereotypów, sieci jako transferu patologicznych zachowań czy w końcu debaty dotyczącej dostępu do broni w Stanach Zjednoczonych.
Dotyka, ale nie eksploruje – i dla mnie ta (również polityczna) zachowawczość i felietonowość to główne zarzuty wobec filmu. Zapowiadana w zwiastunie tajemnica jest narracyjnie satysfakcjonująca, otwierają pola dla wielowarstwowej opowieści, ale zostaną one potraktowane pretekstowo. Mam poczucie, że odważniejszy komentarz dodałby filmowi animuszu, społecznej wagi i nośności w kategoriach ponadczasowych. Twórcom z całą pewnością udało się przełożyć na język narracji filmowej tę nerwowość związaną z nieubłaganym tykaniem zegarów, które prowadzi do weryfikacji budowanego przez lata zaufania. Na pewnym etapie Borgliemu zabrakło jednak artystycznej odwagi: albo na całego pójść w farsę rodem z – tym razem późnego – kina Östlunda, o którą w pewnym momencie aż się prosi, albo mówić o problemach społecznych z odwagą i odpowiedzialnością. Lub w ogóle jeszcze inaczej: całkowicie skupić się na dialogu, rozbudować psychologiczne zaplecze bohaterów, które też zostało potraktowane po macoszemu, i stworzyć coś w stylu tragikomedii obyczajowej spod znaku „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”.
Tak czy siak nie ma co gdybać, bo powód takich letnich rozwiązań wydaje się zrozumiały w kontekście „Dramy” jako lukratywnego, hollywoodzkiego projektu. To film wielu obietnic: czuć tu arthouse’owe ciągoty, finalnie działa jednak jako przedsięwzięcie, które ma zadowolić szeroką, a zatem – różnorodną publiczność. „Drama” jest niezwykle sexy już na poziomie konceptu, niesionego przez dwoje najbardziej pożądanych aktorów dekady. Jajko niespodzianka, w którym mniej chodzi o smak czekolady (czyli rozwiązania scenariuszowe, formalne i w ogóle wszelakie), a bardziej o wnętrze skrywające rozkochane w sobie wersje Zendai i Pattinsona. To na obietnicę tej chemii idziemy do kina – a jeśli myślimy, że na coś innego, to sami siebie oszukujemy.
Ta castingowa obietnica zostaje spełniona. Zendaya, jak to Zendaya. Pattinson – jak to P… ale, no właśnie. Na pokazie przedpremierowym starano się nam sprzedać tę rolę jako „odczarowanie emploi po roli Edwarda ze »Zmierzchu«”. Cóż, doszło do tego znacznie wcześniej, bo proces negocjacji wizerunku Pattinsona zaczął się już co najmniej u Cronenberga w „Cosmopolis” w 2012 roku. Z utrapieniem niewątpliwie mu do twarzy – tu kontynuuje ciąg ról opartych na męce nieprzystosowania, choć może w nieco bardziej rozczochranej i nieśmiałej wersji. Aktorska chemia tej dwójki wydaje się autentyczna i satysfakcjonująca. W zakresie wyborów obsadowych stwierdzam jednak, może odrobinę prowokacyjnie, że oglądałabym ten film ponownie przede wszystkim dla Alany Haim, której rola została już ochrzczona „najlepszym czarnym charakterem 2026 roku”. Wokalistka, wykazująca się aktorską smykałką od czasu świetnego debiutu u Paula Thomasa Andersona, tworzy postać „genialnej przyjaciółki” à rebours – trochę w rozumieniu Eleny Ferrante, ale znacznie gorzej, bo włoska pisarka w kilku tomach sagi ma czas na pogłębienie napięć wpisanych w skomplikowaną relację bliskich sobie kobiet. Tu nie ma na to miejsca (a bohaterek nawet nie łączy realna więź). Postać grana przez Alanę jest karykaturalna i odrzucająca, ale w czarujący sposób. Ma w sobie tyle ożywiającego ekran jadu, że patrzy się na jej sarkastyczny występ ze szczerym zaniepokojeniem, w oczekiwaniu na wybuch.
Finalnie jednak eksplozja rozegra się poza zasięgiem wzroku widza. Borgli tak skupi się na mieszaniu planów czasowych i perspektyw, tak go pochłonie desperacka próba „odbicia piłeczki” i dopracowywanie – przywołanej w którejś ze scen – „zabójczej estetyki” ślubnego spektaklu, że umknie mu jego semantyka. Ale może to też jeden z przywilejów tego rodzaju kina.