Przy stołecznym placu Narutowicza stoi dom pogrzebowy, który kilka lat temu zmienił nazwę z „Galaxy” na „Mazowiecki Dom Pogrzebowy Dawniej Galaxy”. Na jednej z ławek na skwerku siedzi korpulentny facet z buldogiem francuskim; wspólnie, na zmianę liżą białą gałkę lodów w wafelku. Z wieży stojącego obok kościoła pokrzykuje na nich złoty napis „Matko !” (pisownia oryginalna). Czy takie małe obserwacje rzeczywistości moglibyśmy określać wilsonizmami?
Propozycja nowego słowa niesie ze sobą konieczność propozycji definicji. Niech będzie:
wilsonizm – często żartobliwa foto- lub wideodokumentacja absurdu codzienności, który zazwyczaj umyka. Cechują go zdystansowana pozycja i życzliwe nastawienie dokumentującego – jakby kosmita zszedł na ziemię i z przychylnym zdziwieniem podziwiał to, co dzieje się na ulicach świata; poprzez uwiecznienie dawał wyraz ciekawości i uznania. To wysyłana przyjaciołom SMS-em zdobycz na safari zwyczajnego życia.
Etymologia słowa wskazuje na Johna Wilsona, popularnego dokumentalistę znanego z serialu HBO „Dobre rady Johna Wilsona”, w którym przemierza Nowy Jork w poszukiwaniu odpowiedzi na pozornie proste pytania: jak uprawiać small-talk? jak poprawić swoją pamięć? jak znaleźć publiczną toaletę? Ścieżka odpowiedzi zawsze meandruje – pytanie „jak wyrzucać baterie?” prowadzi przez rozkminę o reinkarnacji, codzienność śmieciarzy, płonący śmietnik i zestaw problematycznych przedmiotów, z którymi ludzie nie umieją się rozstać (prochy po kremacji kota, obrączki po byłym mężu, flaga ze swastyką).
Jego twórcza strategia opiera się na kilku prostych zasadach. Po pierwsze: nagrywać wszystko, niczego nie oszczędzać. Po drugie: zaufać swojemu oku i intuicji. Nie uciekać od swojego głosu. Po trzecie: podążać za kierunkiem wyznaczonym przez ciekawość. Mówić „tak” (przynajmniej zazwyczaj). Opowiadać o sprawach bliskich – także w sensie geograficznym. Nie ignorować słonia w pokoju (w Nowym Jorku). Podnieść tematy leżące na ulicy lub we własnym łóżku (vide wideo „Jak żyć z pluskwami”). Spróbować zrozumieć.
Historia Wilsona to spełniony amerykański (nowojorski?) sen niemal każdej osoby z kamerą, bystrym okiem i obsesją dokumentacji: jeszcze dziesięć lat temu był kolesiem, który zajawkowo wrzucał wideo na Vimeo, a w tym roku jego pełnometrażowy dokument miał premierę na festiwalu w Sundance. Kiedy odrabiałam zadanie z gwiazdką, przeglądając stronę johnsmovies.com z filmami sprzed serialu, zaskoczyło mnie to, jak te wcześniejsze, „amatorskie” produkcje są podobne do znanych mi odcinków. To nie zarzut: świat pokochał Wilsona za tę konkretną jakość, więc po co wynajdywać koło na nowo – dziwi mnie raczej, że mimo profesjonalizacji udało mu się zachować autorski charakter. Te same są: sposób opowiadania (narracja z offu głosem Wilsona, doza osobistej nieporadności), sposób kręcenia (dokumentująca kamera z ręki, powolne zbliżenia, długie i statyczne ujęcia), tematy (nowojorska ulica, wywiady z napotkanymi ludźmi, wydarzenia dla niszowych grup) oraz czynnik X, który sprawia, że przyjemnie się je ogląda (humor, ciepło, wzniosłość schowana pod prozaicznością). Oczywiście pojawiło się kilka porządkujących zmian: wydłużono metraż, zebrano ekipę osób zbierających wilsonizmy w mieście i wilsonizmy piszącą, zwiększono częstotliwość pojawiania się kolejnych „dobrych rad” oraz przerzucono się na kamery, które rejestrują obraz w HD. Ale z większym budżetem Wilson wciąż w swoim stylu nurkuje w Nowy Jork.
To samo uczucie towarzyszyło mi przy oglądaniu jego pierwszego pełnometrażowego filmu „Jak zrobić film o betonie”. Odcinek serialu wyglądał jak lekko sprofesjonalizowany internetowy wideoesej, a film dokumentalny – jak rozbudowany odcinek serialu. Przypomina to ewolucję Pokemona: Wilson-Wilsion-Wulsionx – wrzutka w internecie, serial dla HBO, dokument. Czy trzecia ewolucja esejów jest najbardziej spełniona?
W jaki sposób dokonała się ewolucja, mimo której ostał się autorski głos?
Jak cierpliwie uczyła Lady Gaga podczas trasy promocyjnej „Narodzin gwiazdy”: jeśli w pokoju jest sto osób, to nieważne, że dziewięćdziesiąt dziewięć z nich w ciebie nie wierzy – wystarczy, że wierzy jedna. Na szczęście dla Wilsona tą jedną osobą był naczelny absurdysta amerykańskiej telewizji, Nathan Fielder – z braku lepszego słowa – komik, który przesuwa granice komedii, zacierając granice między tym, co prawdziwe, a tym, co wykreowane. Twórca „Nathan for you”, „The Curse”, czy „Próby generalnej” – według mnie jednej z najlepszych rzeczy, które przydarzyły się telewizji w ostatniej dekadzie – jest przy okazji fanem internetowej twórczości Wilsona. To on pomógł wykonać milowy krok przejścia się z internetu do HBO. Podobno pomysł na serial sprzedawał hasłem „Z kamerą wśród zwierząt, tyle że w Nowym Jorku”. Finalnie został producentem wykonawczym programu, co pewnie pomogło w zachowaniu charakteru wideoesejów mimo większej profesjonalizacji i znacznie wyższego budżetu. Bez Fieldera nie byłoby Wilsona.
Weźmy byka za rogi, bo porównanie tej dwójki nasuwa się samo – oto dwóch szczególnie ekscentrycznych telewizyjnych twórców, których cechują krępująca niezręczność i traktowanie codzienności jako budulca własnej ekspresji. Niedziwne, że twórczość Wilsona przypadła drugiemu do gustu, bo w gruncie rzeczy łączy ich znaczące podobieństwo. Obaj nie przestają pytać „dlaczego?”, choć różni ich kierunek azymutu tego pytania. Kiedy Fielder wierci swoją ciekawością spiralnie w dół, odkopując kolejne warstwy coraz bardziej zniuansowanych odpowiedzi, Wilson zdaje się poszerzać jej spektrum horyzontalnie, tak jak rozszerza się fala po wrzuceniu kamyka do wody – dlatego szukanie miejsca parkingowego staje się pytaniem o szukanie dobrego miejsca dla osoby, a więc też o odpowiednie miejsce pochówku. Z tej dwójki Wilson jest zdecydowanie bardziej lekkostrawny: gdy jego niezręczność jest raczej urocza, ta sama cecha u Fieldera sprawia, że masz ochotę patrzeć na ekran przez palce, krzyczeć, a na koniec zakopać laptop w najgłębszej dziurze i pozostawić go tam na wieki. Istnieje też jedna zasadnicza różnica: Wilson to twórca głęboko zakorzeniony lokalnie-miejsko-nowojorsko. Tak nowojorsko, że został zaproszony przez gwiazdę ruchów miejskich i burmistrza Nowego Jorku, Zohrana Mamdaniego, do kampanii promocyjnej zmian prawnych dotyczących pozostawionych rusztowań na chodnikach, o których dowiedzieć się więcej można z odcinka „Jak ustawić rusztowanie”. Mamdani i Wilson ramię w ramię informują o kampanii mieszkańców na jutubowym kanale władz miasta.
Wyprodukowano trzy sezony „Dobrych rad…” i na całe szczęście ma on już za sobą jasny finał. Przy filmie „Jak zrobić film o betonie” Fielder już nie współpracuje – jego miejsce przy produkcyjnym stole zajął inny znany nowojorczyk, Josh Safdie – równocześnie przy „Próbie generalnej” Fieldera na stołku producenta usiadł jego brat, Benny Safdie. Rymy nie ustają. Byłam bardzo ciekawa, jak wygląda dokument Wilsona bez Fieldera.
TLDR: część uroku tkwi w tym, że może nam się tak wydawać, choć nie da się ukryć, że nikt inny nie może być Johnem Wilsonem.
W przeciwieństwie do wielu filmów dokumentalnych w esejach Wilsona nie chodzi o znalezienie odpowiednio chwytliwego tematu, tylko o uznanie, że każdy temat jest odpowiednio chwytliwy. Tworzywo, z którego czerpie, jest tuż obok: to dumpster diving na główkę w tak zwane zwykłe życie. Robiło to już tak wielu innych, wystarczy wspomnieć Roberta Franka i jego fotograficzny cykl „Americans” czy w Europie Agnes Varda w erze odkrycia kamery cyfrowej ze „Zbieraczy i zbieraczki”. Pewnie też część z was ma w pamięci swoich telefonów tysiące zdjęć i wideo przypominających jakąś iterację tego serialu. A skoro tak jest, to czy każda i każdy mogłaby_mógłby stworzyć własny odcinek „dobrych rad”? To podchwytliwe pytanie – pewnie i tak, i nie, zależy od determinacji, bo kluczem strategii jest wytrwałość codziennego aktu poszukiwań. Popularnym komentarzem wobec dzieł sztuki, które są pozornie „proste” do wykonania, jest skwitowanie ich złośliwym: „Ja też mogę takie zrobić”. Zwyczajowa riposta brzmi: „Ale nie zrobiłxś”. W tym przypadku może to deprecjonujące myślenie, zmienilibyśmy na wersję produktywną.
Spróbuj też takie zrobić.
Oczywiście, że pełnometrażowy film Wilsona jest o betonie – o czym innym miałby być? Dla fascynata i mieszkańca Nowego Jorku beton to ciało kochanej osoby, najczęściej używany materiał budowlany. Kompletny normals, a jednak ambiwalentny – zarazem inkluzywny, bo tani i zawłaszczający, bo niszczący. Tak codzienny, że przezroczysty, niewidzialny król władający przestrzenią i myślą. Tytuł tego rockumentu (jak Wilson czasem określa swój dokument o kamieniach i czasem muzyce rockowej) w oryginale brzmi „History of Concrete” – gugluję.

Według podpowiedzi AI concrete oznacza betonbeton lub konkretny/betonowy. Śmieszne to omyłkowe podwojenie, śmieszne i znaczące – beton podkreśla w nim uczciwość własnej materii. Być betonem to być betonem do kwadratu, bez udawania, konkretnie. Wydawałoby się, że stabilnym, ale to tylko pozory. Wraz z Wilsonem śledzimy, jak wpływa na niego powolna erozja, niszczenie, ewolucja. (Odwrotnie niż zwyczajowo malarskiej sztuki konkretnej – filmowa wersja Wilsona nie odżegnuje się od liryki.) Niby myśl z dokumentu o betonie, a jakby z filozofii buddyjskiej: nic nie ginie, wszystko się zmienia. Tak jak i miasto, które kurczowo chce złapać w filmie ktoś, kto pragnie, by nigdy nie zniknęło takie, jakie jest. Czy właśnie o tym jest ta obsesja dokumentalnego zbieractwa: o nieustannym zachowywaniu i udowadnianiu istnienia świata z danej chwili? Własnego czy cudzego – dokumentuję więc jestem; udokumentowane jest już na zawsze właśnie takie.
Na materię wilsonowskiego eseju też wpływają czas i zmiany formatu. Mimo wspomnianego już zachowania uczciwości wobec własnej materii on także delikatnie morfuje, choć niezmiennie wypełnia właściwy mu wdzięk. Wilson robi to, co umie najlepiej: wprowadza kamerę na przejażdżkę po temacie, podczas której przy wysiadce na kolejnych przystankach buchają nowe uniwersa. Z tych ewolucji wciąż najbardziej udany wydaje mi się serial – dłuższy metraż sprawia, że zaczęłam niecierpliwie odczuwać pamiętnikarskie tempo – co nie znaczy, że nie odnajduje się przyjemności w obcowaniu z nową odsłoną znanej formuły. Film jest też ciut smutniejszy, troszkę bardziej melancholijny, krztynę więcej w nim przeżytego zawodu zmianami. Ale bez obaw, tylko ciut – wciąż można się spodziewać pokładów ciepła. Jeśli Martyna Jakubowska śpiewała, że „nie ma wolnej miłości”, to Wilson skrzekliwie odśpiewuje: „w domach z betonu”. Z betonu dom, z domu miasto, z miasta ten człowiek.
Dziewięćdziesiąt dziewięć osób na sto w dokumencie o betonie zatrzymałoby się na szarości, ale u tej jednej, Wilsona, temat uruchamia spotkanie z całym kolorystycznym spektrum. Są więc: świąteczna płyta nagrana przez rapera DMX, hala produkcyjna romantycznych filmów Hallmarka, Panteon w Rzymie, Tony Hawk, całkiem niepozorny najwyższy punkt Ohio, muzeum figur woskowych, przyjęcie na cześć Kim Kardashian. Uruchamia się myśl o mieście, o poczuciu przynależności. O kulturze, polityce, mieszkaniówce. O człowieku, który zajmuje się zawodowo usuwaniem gumy z chodnika i o przemijaniu.
Mimochodem, nie wprost, wszystkimi iteracjami swojej twórczości Wilson zdaje się udzielać rady na egzystencjalne pytanie: jak sprawić, żeby życie było interesujące? Ma nawet odpowiedź i to całkiem konkretną (czy mogłabym użyć tu słowa „betonową”?).
Ziarnko piasku w płycie chodnikowej i w rysunku sypanej mandali; ziarnko piasku, część betonu, a w nim – coś jakby świat. W pamięci telefonu mam już same wilsonizmy.
Zamiast mnicha zen, z betonowego miasta wita i żegna John Wulsionx.