Pierwszym sygnałem, że Czas Kultury doświadczył ataku hakerskiego, były dwie kolejne przesyłki tego samego numeru, druga na mój nieaktualny od lat adres pocztowy. Chociaż pisałam wówczas książkę o archiwum, nie zestawiłam strat, jakie ponieśliśmy, z symbolicznymi znaczeniami utraty archiwów, spekulacjami i rozliczeniami ubytków, które lubi archiwalne pisarstwo. Koncentrowaliśmy się na aspektach prawnych i kryminalnych. Włam nastąpił w środku nocy, dokładnie w momencie, w którym aktualizował się system – wtedy pozbawiono nas dostępu do wszystkiego, co na serwerze.
Nie byliśmy jedynym ani wyjątkowym celem hakerów – tej samej nocy zaatakowano inne europejskie instytucje, nie tylko kulturalne, ale też użytku społecznego, jak na przykład szpitale. Hakerzy zablokowali dostęp do własnych zasobów instytucji i zażądali okupu. Szpitale nie czekały do śledztwa i dochodzenie praw, zapłaciły od razu. A my próbowaliśmy różnych wytrychów i forteli. Na własnej skórze przekonaliśmy się, co oznacza, że piraci nie biorą jeńców, że są nieuchwytni i bezkarni.
Działo się to w roku 2021, trzydziestym szóstym roku istnienia „Czasu Kultury”. Co straciliśmy? Gdy się traci wszystko – wszystko, co cyfrowe – wyliczenia nie mają sensu. Czego nie straciliśmy? Tożsamości, ciągłości, chęci, żeby iść dalej. Setek kilogramów papierów w piwnicy. A także pojedynczych plików zapisanych na naszych komputerach. Z perspektywy czytelniczek pisma i współpracowników wydarzenie to było niemal niedostrzegalne. Każdy numer pisma wysłany na błędny adres w końcu wróci do redakcji. Ale z naszego punktu widzenia dokonała się strata wielokrotna, ponieważ zniknęły ślady niewidzialnej pracy zespołu produkcyjnego i zarządu Stowarzyszenia.
W 2014 roku wydaliśmy numer „Czasu Kultury” o piractwie. Temat wymyślił Marek Wasilewski. Pisałam wówczas o funkcji partycypacyjnej i demokratyzacji dostępu do kultury na skutek pirackich praktyk kopiowania i archiwizowania treści w internecie. Od tamtej pory niewiele się zmieniło w zakresie obiegu tekstów kultury i nauki – wielkie nielegalne serwery nadal działają, udostępniając filmy oglądane na laptopach w różnych zakątkach świata (także tych, w których nie ma kin) czy książki naukowe, które na oficjalnych stronach wydawnictw można kupić za kwoty odstręczające biblioteki nieuprzywilejowanych ośrodków. Cyfrowe książki, które udostępniam na zajęcia akademickie, krążą po internecie z moim adresem mailowym, ale jeśli potrzebuję niedostępnego tekstu, zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże go zdobyć. Rola Robin Hooda się nie zdezaktualizowała.
Podobnie inne role piratów. Marek Wasilewski pisał o Piotrze Uklańskim jako neoliberalnym piracie idei w kontekście ambiwalentnej sztuki zawłaszczania, która otwiera pytania o własność intelektualną, swobodę twórczą i monetyzację zapożyczeń. Przytacza w swoim tekście esej Dave’a Hickeya „Pirats and Farmers”: „Farmerzy wznoszą ogrodzenia i starają się kontrolować terytorium. Piraci burzą mury i przekraczają granice. Choć zdarzają się piraci, którzy doceniają istnienie farmerów, to farmerzy zawsze piratów nienawidzą”[1]. Analizując wszystkie teksty w tym wydaniu, można dojść do wniosku, że redakcja sympatyzuje z piratami, a przynajmniej traktuje ich ze sporym zainteresowaniem. „Podczas gdy farmerzy starają się bronić swojej własności, otaczając ją zasiekami pretensji, dopominając się o swoje domniemane prawa, pirat pokazuje, że jedynym niezbywalnym prawem jest prawo silniejszego i szybszego”[2] – sprawozdaje Wasilewski. Farmerzy – tym się właśnie staliśmy: „Podczas gdy farmerzy złorzeczą i zliczają swoje straty, pirat od dawna już zainteresowany jest nowymi zdobyczami”[3].
Archiwum często wydaje się dziełem umysłu nadgorliwego czy kompulsywnego zbieractwa, które nie pojmuje wagi selekcji. Rolnik, zapobiegliwy gospodarz, przygotowuje się na każdą okoliczność i dba o swoje mienie, ale nie potrafi żegnać się z przeszłością, lubi sentymenty i resentymenty.
Jak bardzo ten opis do nas nie pasuje. Zbieractwo? Antykwaryczność? Myśląc o przyszłości, chcieliśmy zmieniać świat, a nie gromadzić. Daleko nam do asekuranctwa. Nasze początki są trzecioobiegowe, więc w jakimś sensie pirackie – mamy w nich sporo „lepiej nie sprawdzaj skąd” przekładów tekstów literackich i naukowych. Podobnie w numerach z szalonych pod względem praw do copyright lat 90. Ba, mamy nawet nielegalną reklamę pewnej instytucji, która zgodnie z małofarmerską logiką miała zachęcić potencjalnego reklamodawcę, by za nią post factum zapłacił. Prawdopodobnie akcja ta – dziś wspominana humorystycznie, ale z lekkim poczuciem żenady – wynikała z przygodnego udziału w otwierającym się rynku szkoleń handlowych i autorskiej interpretacji technik sprzedażowych. Jakkolwiek na to patrzeć, niewielkie instytucje kultury, organizacje pozarządowe i niezależne wydawnictwa rzadko działają jak farmerzy w ujęciu Hickeya. Więcej dowodów anegdotycznych na „strukturalne” piractwo nie zbieram.
Może jest jednak inaczej, a podział na farmerów i piratów w kontekście archiwum ujawnia mniej ostentacyjną, ale ważniejszą różnicę. Archiwum męczy, ponieważ stoi za nim niewidoczna praca. Boli, gdy jej zabraknie, ale kiedy się ją nazywa i opisuje, zniechęca i skłania do ignorancji. Archiwum rejestruje pracę osób, które pozostają w cieniu, ale bez których żaden cykl produkcji nie miałby sensu. Wiele można odtworzyć, na przykład formularze recenzyjne, opisy etapów pracy, instrukcje – krążą po mailach i twardych dyskach. Sporo archiwalnych gestów można również ponowić, choć kosztują one więcej. Ale nawet jeśli pozornie nie zajmują więcej czasu, wykraczają poza aktualne zobowiązania i harmonogramy. Przy stracie archiwum widać, jak po raz kolejny niewidzialna praca trafia na sam koniec listy zadań.
Pirackie flagi powiewają na wietrze, lśnią w słońcu złote monety, papuga siedząca na ramieniu kapitana Haka powtarza słowa triumfu. Statek się oddala, ekologiczna wioska „Czasu Kultury” przelicza zapasy na zimę. Piraci są zdecydowanie bardziej widoczni od farmerów. Ale żeby nie było wątpliwości, poczęstowaliśmy naszych piratów figą z makiem.
Wcale nie zostaliśmy farmerami, choć przez chwilę poczuliśmy się nimi. Nie było za bardzo czasu o tym wszystkim rozmawiać, działo się równolegle wiele: nowa strona internetowa obu czasopism, zmiany strukturalne i redakcyjne. Nasz portal przekształca się w dwutygodnik z redaktorką Joanną B. Bednarek na czele, a opiekę nad kwartalnikiem obejmuje parytet Lucyna Marzec i Maciej Duda. Dlatego na szerszą, redakcyjną skalę konsekwencje ataku urealniły się kilkanaście miesięcy później – w trakcie przygotowań do obchodów czterdziestych urodzin pisma. Nazywam ten czas rokiem kompulsywnego archiwum.
Ale przed rokiem kompulsywnego archiwum miało miejsce niezapomniane dla redakcji wydarzenie.
„Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe” – czytam na głos wydruk z internetu. Zespół wybucha śmiechem. Karta jest pożółkła i poszarzała od kurzu, złożona na cztery nierówne części. Zdobią ją plamy od kawy i pozaginane rogi. W sierpniowe dni 2023 roku sprzątamy piwnicę naszego lokalu przy Świętym Marcinie 49a. Trwa jeden z najgorętszych sezonów ostatnich lat, kolejne fale upałów skłaniają nas do rozmów o kryzysie klimatycznym oraz permakulturze – nadwyżkowe kartony przeznaczamy na uprawy w ogrodzie Szefowej. Spływa po nas pot zmieszany z kurzem i pyłem. Po kilku godzinach pracy tracimy siły. Tylko piwnica jest wilgotna i chłodna, ale prowadzą do niej strome schody. Rzeczy do przejrzenia, ułożenia i wyrzucenia ważą dziesiątki kilogramów i zajmują sporo metrów sześciennych. Wiele z nich zalicza się do zbyt długo przechowywanych śmieci, produktów ubocznych magazynowania oraz pozostałości przeprowadzki i generalnego remontu naszej aktualnej siedziby.
Lokal, który wynajęliśmy od ZKZL, przez dekady funkcjonował jako rusznikarnia oraz sklep myśliwski. Przerobiliśmy go na galerię sztuki Skala (white cube na planie prostokąta, z ukrytymi drzwiami do łazienki) oraz siedzibę redakcji z dużym pomieszczeniem typu biuro „open space” i mniejszym na zebrania redakcji i wszelkie spotkania, wydzielonym z przedsionka dawnego sklepu. Łącznikiem między Skalą a redakcją jest mikro kuchnia, w której podczas wernisaży zmieści się jednak wiele osób. Na początku wydawało się, że mamy sporo miejsca na pracę i magazyn, ale w ciągu kilku lat zagraciliśmy na spółkę ze Skalą piwnicę i zaczynamy narzekać na ciasnotę. Za kilka lat Skala przekształci się w osobną fundację, choć nadal będziemy dzielić internet, kuchnię i, częściowo, lokal. Ale nie uprzedzam.
Czeka nas wiele do zrobienia jak na pierwsze tak ogromne i zespołowe porządki od 2016 roku. Nie zatrudniamy nikogo do sprzątania i archiwizowania, działamy na wszystkich polach metodą DIY. Za trzy lata, po jubileuszu, wpadniemy na pomysł, by ogłosić sierpień miesiącem pracy zdalnej i zamknąć na kilka tygodni biuro, żeby choć trochę za nim zatęsknić.
To jednak niewiele w porównaniu do pracy, którą trzeba było wykonać w 2016 roku, przeprowadzając się po piętnastu latach z Fiołkowej 5+ (+ eufemistycznie opisuje piwnicę dwupiętrowego budynku mieszkalnego) na Dębcu. Dla redakcji dwumiesięcznika, jakim wówczas był „Czas Kultury”, i codziennika internetowego aktualizowanego na bieżąco każdy moment przeprowadzki jest zły, każde dodatkowe obciążenie zakłóca cykl pracy i wprowadza przestoje. A był akurat lipiec – też upalny, w trakcie którego na Święty Marcin trafił sprzęt biurowy; a potem listopad – ostatni dzwonek przed końcem roku, który zazwyczaj upływa w nerwach w związku z pisaniem projektów do donatorów na kolejny rok – aby wyprowadzić się z wynajmowanej przestrzeni. Dziesięć palet zapakowały i odpakowały we trzy Justyna Knieć, Iwona Ostrowska i Agata Rosochacka. Po drodze lunął deszcz, a na nierównym chodniku Świętego Marcina jedna z palet się przewróciła – wieżyczki kolejnych wydań „Czasu Kultury”, akurat te, na które nie starczyło folii i papieru, wpadły w błoto.
Konieczny element rytuału przejścia? Na pewno niełatwy transfer. Dokuczyły nam niedobory finansowe, brak rąk do pracy. „Bezsilne złorzeczenia!” A jednak radość z nowego lokalu w centrum miasta i satysfakcja, że po latach poszukiwań odpowiedniego miejsca udało się je znaleźć, towarzyszą nam do dziś.
Gdyby mówiły za nas redakcyjne rośliny, opowiedziałyby o nowych słonecznych stanowiskach, które odmieniły im życie, pobudziły do wzrostu i gęstości. Przy Fiołkowej zostawiliśmy redakcyjne biurko z lat 70., kable poobgryzane przez myszy i szczury, skórzane fotele przesiąknięte dymem papierosowym i poczucie oddalenia – że trudno do nas dojechać i że mamy daleko do innych instytucji kultury.
Czekał nas jeszcze jeden obrzęd. Aby zachęcić do wyprowadzki duchy myśliwych (i ducha myślistwa), na otwarcie galerii Skala Adrian Kolarczyk stworzył muzak „dedykowany” do tego typu sklepu. Słuchaliśmy go w zapętloną nieskończoność i przeglądaliśmy zdjęcia rusznikarni, ironicznej archeologii naszej siedziby.
Teraz przywołujemy i wywołujemy duchy kilku redakcji „Czasu Kultury”. Staram się opisywać kolejne kartony w przejrzysty sposób, aby w przyszłości nie pogrążać się w wielogodzinnych poszukiwaniach, ale – widzę po czasie, oglądając kilka zdjęć z telefonu (za mało! Do tekstu przydałoby mi się więcej, całą atmosferę odtwarzam z pamięci) – średnio mi wychodzi. Zapisuję koślawo: „<Obserwator>. Wczesny CzK. Prace art. do magazynu. Korekty <Biblioteki CzK> + projekty okładek”. Dodaję asekuracyjnie: „Cenne!”. Rozglądam się i orientuję w naszych zbiorach, a poczuciu, że to zaledwie przymiarki do ewidencji czy inwentarza, odpowiadają lakoniczne opisy. Nie decyduję się nawet na przekładanie artefaktów między kartonami – nie ma na to czasu, nie ma na to sił. Skutkiem czego w tej chwili, kiedy piszę i wspominam, towarzyszy mi zażenowanie, bo niemal nie pamiętam, co dokładnie znajduje się w naszych kartonach.
Niemal. Zawsze zostaje jedno wspomnienie nie do zatarcia. Dostaję do przejrzenia karton z napisem „archiwum redakcji”. Panuje w nim totalny chaos. Właśnie tutaj znajduję słynny wiersz Adama Asnyka Daremne żale. Pasuje do nas jak rusznikarnia do bieżącego wydania 2/2023 „Biografie zwierząt”. Ale nie z takimi sprzecznościami radzimy sobie, psychoza gorącego popołudnia pozwala budować przekonujące wyjaśnienia.
W kartonie trafiam też na plakaty (czarno-białe kserówki) wydarzeń z cyklu Domu Tańca Poznań (albo Poznańskiego Domu Tańca), którego założycielem i prowadzącym był Jacek Hałas. Pod egidą Stowarzyszenia Czasu Kultury od 2000 roku przez kilka lat odbyło się niemal siedemdziesiąt koncertów i spotkań z muzykami, którzy na różnorodne sposoby interpretują muzykę ludową – jeszcze przed Ethno Portem, który startuje w 2008 roku. Producentem wszystkich wydarzeń był z naszej strony Ryszard Czapara. Zagląda mi teraz przez ramię, ponieważ próbuję ułożyć w kolejności chronologicznej plakaty, po dwa na jedno wydarzenie, kolejne kopie odkładam na bok. W zamyśle trafią na śmietnik, ale nic bardziej mylnego, Ryszard mości je z powrotem w kartonie. Mogą się jeszcze przydać, ktoś kiedyś pytał go o pamiątki z dawnych lat.
Wyjmuję zakurzone kalendarze kieszonkowe z agendami działań z lat 90. – prowadzone zawsze przez chwilę, w porywie energii noworocznych postanowień, która się szybko rozprasza, kiedy dzieje się tyle, zazwyczaj w okolicach połowy stycznia, że trudno wszystko na bieżąco zapisywać. Po co je trzymać w redakcji? Ryszard wolałby się ich pozbyć. A ja wolałabym zostawić. Porzucone agendy mówią o dynamice, mocach przerobowych zespołu i luźnej strukturze „Czasu Kultury” – są śladem i świadectwem zmagań z organizacją pracy. W tej chwili pracujemy w programie do zarządzania projektami zespołowymi, mamy wspólną wirtualną przestrzeń, aktualizowaną każdego dnia, w której tworzymy dokumentację pracy i „odhaczamy” wykonane zadania. Brzmi korporacyjnie, ale nam pomaga łączyć konieczną wielozadaniowość i niezbywalną kumulacyjność działań. Wciąż jednak spotykamy się raz w tygodniu, niemal przez cały rok, by omówić kwestie kwartalnika, dwutygodnika, zespołu.
Karton skrywa też przedmioty z serii „cenne” i precjoza: odznaki, dyplomy, nagrody dla redakcji „Czasu Kultury”. Na przykład podziękowania od firmy S.P. Records za wspaniałą współpracę przy promocji płyty „Hurra!” zespołu Kult, która w dniu premiery stała się złotą. W złotej ramie, na czerwonym adamaszku okładka i krążek. Trudno nam sobie teraz przypomnieć, na czym dokładnie nasza wspaniała współpraca polegała.
Najważniejszym znaleziskiem jest książka zatytułowana „Stres męski”[4]. To właśnie ona łączy się w jawnie spójny i niepodważalny sposób z wierszem Adama Asnyka z lat 80. XIX wieku. Bo przecież „mówi wiele” o Ryszardzie. Przerywamy na chwilę pracę, aby swobodnie fantazjować i charakteryzować naszego legendarnego wydawcę poprzez te dwa teksty.
Ryszard swoją postawą swobodnie interpretuje pozytywistyczną ideę pracy organicznej, wielkopolską tradycję organizacji, samoorganizacji mimo wszelkich przeszkód i braku nadziei, na rzecz kultury i wartości humanistycznych. Nie idealizuję. „Czas Kultury” to „myśl w biegu”, a determinacji Ryszarda „nie zdoła ogień ani miecz powstrzymać” – i myśl, która pozwala przetrwać w sytuacjach kryzysowych, miesiącach na kredycie i w oczekiwaniu na wyniki konkursów dotacyjnych. Pomysłów na kolejne numery, działania społeczne i edukacje nigdy nam nie brakuje. Że Ryszard się stresuje, a losy „Czasu Kultury” spędzają mu sen z powiek, choć zazwyczaj uśmiecha się serdecznie, doskonale wiemy. Ponoć wiersz Asnyka mówi też o akceptacji nieuchronnego. Nie wgryzamy się głębiej, w końcu sprzątamy magazyn, przerwa mija.
Ryszard śmieje się z nami, a potem rozrywa połączone kropeczki. Przyznaje się tylko do tytułu nieszczęsnej książki. Czujemy, że za obecnością tej pozycji kryje się historia, której nam nie opowie. Ale Asnyk? „Niemożliwe. Nigdy tego wiersza nie czytałem, nie drukowałem, nie wiem, jak tu trafił”. Mimo to zapowiadam, że jeśli będę kiedyś pisać o archiwum „CzK”, zacznę od tych dwóch archiwalnych fantomów.
Archiwum pisma to najpierw jego wydania – kolekcja od pierwszego do ostatniego numeru – a dopiero później papiery związane z jego produkcją, wewnętrzne materiały redakcji, wszystkie odpryski „making of”. Z okazji czterdziestego jubileuszu próbowaliśmy odtworzyć biblioteczkę „Czasu Kultury”, aby służyła kilku wydarzeniom jubileuszowym – spacerowi śladami pisma, wystawie w Bibliotece Raczyńskich, nagraniom wideo dla Poznańskiego Archiwum Historii Mówionej oraz podróżującym regałom „Czasu Kultury”.
Miało to być „zadanie w tle”, niskonakładowe działanie porządkowe, które przyda się wspólnocie i nikogo nie zaboli. Przecież wszystko mamy na miejscu. Pismo, którego redakcja działa bez żadnych przerw od 1985 roku do dziś, mogłoby w swoich zasobach przechowywać pełen komplet wydań, choćby w jednym egzemplarzu. Mój entuzjazm ulotnił się po kilku samotnych weekendach w redakcji. Ale maszynę archiwalnych porządków uruchomiłam, wkręcając w jej obsługę kilka osób. Przekazuję raport częściowy.
Wybrane wydania z „okresu heroicznego”, czyli z lat 1985–1989, leżą do teraz w kartonie w piwnicy. Kilkakrotnie zalane, nie podchodź bez rękawiczek i maseczki, potrzebują opieki i warunków, których nie damy rady im zapewnić. Szukamy zdrowych egzemplarzy, aby się ich z poczuciem ulgi pozbyć.
W roku 2016 otrzymaliśmy grant na digitalizację i transkrypcję podziemnych wydań „Czasu Kultury” z programu „Kultura cyfrowa” ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wydania opracowali pracownicy Biblioteki Raczyńskich, a my je ponownie złożyliśmy i wydaliśmy cyfrowo. Odświeżone wersje stawiają na przekaz treści. Jeśli ktoś wpada bez zapowiedzi do redakcji, by obejrzeć archiwalne numery, zawsze chodzi właśnie o wydania trzecioobiegowe. Nie tyle o zawartość pisma, ile o materialność. Smak i zapach konspiry, mikrodruk na przypadkowym, darowanym papierze formatu A6 i A7, powielaczowa jakość, często nie do rozczytania dziś, całkowicie wyblakła czcionka, brak marginesów, nierówne zszywki. „Piszę pracę magisterską o prasie w latach 80., promotorka powiedziała, żebym was odwiedziła” – wpadła kiedyś podczas zebrania redakcji studentka, a my odesłaliśmy ją do cyfrowej publikacji naszej niezależnej spuścizny. Wyszła niepocieszona.
W latach 80. nie istniały warunki dla stowarzyszenia, stałej siedziby redakcji i dyskusji nad harmonogramem prac. Była grupa zapaleńców, która chciała tworzyć niezależne czasopismo i grała na rzecz demokracji, a nie swoich nazwisk. Do 1990 roku pismo nie zamieszcza stopki redakcyjnej, maskuje się. Wśród nazwisk autorów można retroaktywnie odszukać redaktorów, po stylu rozpoznać autorów grafik, lecz praca produkcyjna pozostaje niewidoczna. Inicjalny zespół trzeba przywoływać z pamięci: „Anka Grupińska, Krzysztof Czyżewski (piszący pod pseudonimem Tomasz Wolski), Dariusz Gościniak (jako Soter), Andrzej Piątek, który był grafikiem, i Tomasz Siwiński, który tworzył ilustracje, Roman Starzyński oraz Henryk Krzyżanowski” – wymienia nazwiska pierwszych twórców „Czasu Kultury” pierwszy redaktor naczelny, Rafał Grupiński, w rozmowie z Jerzym Borowczykiem i Michałem Larkiem z okazji trzydziestolecia pisma w tomie „30/30. Literatura najnowsza według „Czasu Kultury” (1985-2015)”. W domu Piotra i Teresy Gieburowskich składano i przechowywano nielegalne druki. Pismo wydawała Solidarność Walcząca, a dokładnie – za produkcję i dystrybucję odpowiadał Maciej Frankiewicz, późniejszy wiceprezydent Poznania.
Jeden ze współpracowników redakcji z tego okresu zarzucił nam przy okazji jubileuszu, że za mało wspominamy początki pisma. Jego zdaniem niepamięć o twórcach, konkretnych osobach sprawia, że dziś dokonujemy pochopnych wyborów politycznych. Nie jestem pewna, czy na decyzje wyborców wpływa poczucie wdzięczności wobec architektów transformacji ustrojowej. Na pewno chcemy wypełnić archiwalne białe plamy. Nie zależy nam jednak na napisaniu kompletnej historii czasopisma. Historię zespołu czy instytucji można opowiedzieć dopiero wtedy, gdy się całkowicie rozpadną, dlatego póki jest żywa, wszelkie podejścia do uhistorycznienia ich aktywności nie są ani ukończone, ani szczególnie udane.
Mam mieszane uczucia co do naszych archiwalnych i historycznych zapędów z okazji jubileuszu, choć brałam w nich aktywny udział. Koordynowałam projekt, który nazwaliśmy nie bez przyczyny „wężem Czasu Kultury”, czyli rozpisaną na lata historią pisma w krótkich hasłach na tle wydarzeń z życia społecznego i politycznego. Jak dotąd udało nam się uniknąć nachalnie kommemoratywnego charakteru podczas obchodów kolejnych okrągłych jubileuszy „Czasu Kultury”. Przeglądam zdjęcia z imprez, wystaw i debat, które towarzyszyły obchodom, i przeglądam okolicznościowe publikacje.
Co sprawiło, że właśnie teraz, na czterdzieste urodziny, odtwarzamy nasze kalendarium? Nadgorliwość jest jedną z naszych trudnych cech, ale tu chodzi o co innego – Ryszard Czapara odszedł na emeryturę i czujemy, że brakuje nam łącznika między generacjami i kolejnymi zespołami produkcyjnymi. Praca nad „wężem” wymaga ciągłych konsultacji z naszymi poprzednikami. Wielokrotnie zapytujemy różne osoby o podobne sprawy, dostajemy sprzeczne odpowiedzi, prostujemy błędy, a generujemy inne.
Niektóre białe plamy pozostają nierozpoznane – do dziś nie przypomnieliśmy sobie, kto stworzył okładkę do numeru 8/1989. Dwa stwory, może świnki, wygrzewają się pod ciepłem lampy. Wszystkie pozostałe okładki z lat 1985–1989 zaprojektował Andrzej Piątek, twórca naszych pierwszych logotypów oraz winiet.
Archiwa lat 90. przechowują inne niewiadome. Pismo funkcjonuje jako miesięcznik (często z podwójnymi numerami) i dwumiesięcznik (od wiosny 1992) i kilkakrotnie zmienia się sposób jego numeracji. Między 3. a 6. numerem w 1997 roku dzieje się coś dziwnego – najpierw dwa kolejne wydania mają te same numery 69, następnie gigantycznym skokiem, eliminującym siódmą dziesiątkę, przenosimy się do 81. numeru i od tej pory, z dziesięcioma widmowymi numerami, liczymy kolejne wydania pisma do dziś. Błąd – dowiadujemy się wiosną 2026 roku na szkoleniu przeciwwypaleniowym – nie świadczy o osobie. Świadczy o sytuacji. Aby pismo mogło wychodzić, redakcja wydawała cztery inne magazyny, nowość wolnego rynku: pisma branżowe. Zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczała na „Czas Kultury”. Właśnie z tego czasu pochodzą porzucone terminarze. W latach 90. trzykrotnie zmienialiśmy siedziby redakcji, formaty pisma i layout – dynamika transformacji z perspektywy wydawnictwa pisma kulturalnego to niepewność, ale też pomysłowość.
Kilka „kultowych” numerów, które wywołują w nas uśmiech i wzmożone zainteresowanie:
Numer 16/1990. Na okładce Zuzanna Ginczanka, w środku wiersze poetki z esejem i komentarzem Izoldy Kiec. Jesteśmy dumni, że właśnie na naszych łamach rozpoczęła się trwająca do dziś przygoda Kiec z twórczością i biografią poetki, która z niemal całkiem zapomnianej postaci przeistoczyła się w symboliczną postać polskiej literatury pierwszej połowy XX wieku.
Numer 5-6/1994 (53). Jedyny egzemplarz w trakcie archiwizowania nam zaginął. A były w nim: rozmowa Jerzego Borowczyka i Wiesława Ratajczaka z Izabellą Filipiak i jeden z rozdziałów Absolutnej amnezji, którą niebawem wydrukowaliśmy, jako Wydawnictwo Obserwator, w wersji książkowej; prezentacja sylwetki Nataszy Goerke autorstwa Bogumiły Kaniewskiej i artykuł Marka Wilczyńskiego „Antypostmodernizm polski”. „Czas Kultury” trzymał rękę na pulsie jako wydawca literatury pięknej, opublikowaliśmy do roku 2000 ponad trzydzieści pozycji – obok Absolutnej amnezji także Białego kruka Andrzeja Stasiuka oraz jego „Wiersze miłosne i nie”, „Życie przed śmiercią” Adama Kaczanowskiego, „Księgę pasztetów” Nataszy Goerke i „Materia prima” Marzanny Bogumiły Kielar.
Elektryzują nas postmodernistyczne okładki Aliny Kus z 1996 i 1997 roku, w tym jedna „nadgryziona” (a może tylko przedarta): kolaż z drożdżówką i paczką czipsów, które, jak fantazjujemy, leżały na redakcyjnym biurku, kiedy Alina pracowała nad wydaniem.
Z wszystkich wartych zapamiętania i wywołujących emocje wydarzeń z lat 90. wybieram jedno: moment, w którym zakładamy Stowarzyszenie Czasu Kultury. Wydawnictwo Obserwator Sp. z o.o. odstępuje Stowarzyszeniu prawa do tytułu „Czas Kultury” za symboliczną złotówkę.
Na początku lat 2000. przenosimy siedzibę na Fiołkową. Czuję, że wyczerpuję potencjał archiwalnej opowieści, wracając kolejną pętlą do sierpnia 2023 roku i lipca–października 2016, czyli przeprowadzek, które pamiętam i które, choć świadkują zmianie, pozwalają podtrzymać międzypokoleniową więź. Każdy karton z adnotacją „Cenne!” pozwala na wielokrotną podróż w czasie ruchem wahadłowym, nierównym, z przystankami na niekompatybilnych stacjach. Tylko że niewiele mamy porównywalnych zbiorów z kolejnych dekad. Cyfrowe archiwa starzeją się jeszcze szybciej niż papierowe i zostawiają po sobie mniej śladów; technologie zmieniają się tak szybko, że brakuje sprzętów do odtworzenia starych dyskietek, nowe komputery nie odczytują płyt CD. Jeśli bezsprzecznie mamy luki w pamięci, to już nie w zbiorach: od 2000 roku w naszym archiwum spoczywa komplet wszystkich numerów. Biblioteka Raczyńskich oraz grupa stażystów pomogła nam zdigitalizować wszystkie roczniki z lat 1990–1999, co jakoś rekompensuje niedobory archiwum papierowego. Na regale w redakcji, zgodnie z inicjalnym marzeniem, układają się mniej więcej w porządku chronologicznym niemal wszystkie wydania.
Mniej więcej i niemal, bo kiedy próbuję zaledwie kilka tygodni po zamknięciu roku jubileuszowego odnaleźć konkretny numer, okazuje się, że wydania są znów wymieszane, przemieszczone. „Czy słyszałaś o entropii?” – zapytuje Iwona Ostrowska. Przewracam oczami i trafiam na ścianę, a na niej na lustro, które mówi do mnie: „Ironiczny – prowokacyjny – niepowtarzalny. »Czas Kultury« to podróż do źródeł i w przyszłość”. To plakat Waldemara Świerzego zaprojektowany dla nas w 1990 roku, który dziś rozbraja archiwalną totalność i jak zwykle: dobrze rokuje.
Rozdział pochodzi z książki „Czasy kultury. Opowieści” – zbioru esejów o historii środowiska Czasu Kultury – którą opublikujemy jesienią 2026. Ebook i audiobook książki będą do pobrania w wolnym dostępie.