„Latająca forteca” to komiks niesamowicie gęsty. Scenariusz naszpikowany jest wątkami, postaciami, zwrotami akcji, perspektywami czasowymi. Fabuła kipi od tematów i zasysanych przez nią kontekstów. Bogata jest także warstwa graficzna – z przepełnioną ironią kreską, niezwykle ciekawym wyborem kolorystycznym i charakterystyczną dla rysownika konstrukcją kadru. Przejdźmy przez wszystkie te poziomy, by sprawdzić (o) czym faktycznie jest ten komiks.
Zacznijmy od fabuły, którą snują Lorenzo Palloni (scenariusz) i Miguel Vila (rysunek). Ponoć było tak (to znaczące – znajdujemy się w sferze przypuszczeń i spekulacji, nie faktów): w czerwcu 1933 roku w Magencie w Lombardii rozbił się niezidentyfikowany obiekt latający, w którego wraku znajdowali się piloci. Mussolini powołał specjalną jednostkę do zbadania sprawy – Gabinetto RS/33, na którego czele stanął Guglielmo Marconi, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki. Włosi wytrwale badali sprawę, ale po wybuchu II Wojny Światowej wrak i ciała pilotów przejęli Niemcy. Z kolei po zakończeniu konfliktu wszystkie materiały zostały przekazane Amerykanom. Dzięki temu rozpoczęli badania UFO na kilkanaście lat przed incydentem w Roswell.
Krótkie i pobieżne nakreślenie ramy fabularnej (to nawet nie próba streszczenia – ale jego zrobienie byłoby karkołomne i nie wydaje się potrzebne) wskazuje, że „Latająca forteca” jest połączeniem retro sci-fi z thrillerem i opowieścią szpiegowską, osadzoną w ramach tak zwanych historii alternatywnych. Ale komiks – zgodnie z dobrą tradycją budowania narracji – w ramach określonej konwencji rozgrywa uniwersalne motywy. „Latająca forteca” jest więc przede wszystkim opowieścią o ludziach, ich pragnieniach i ułomnościach, a także o władzy, systemowych uwikłaniach. Palloniego i Vilę ostatecznie mniej interesuje, czym był ów tajemniczy statek i pochodzenie jego pilotów – traktują to nie-wydarzenie jako impuls dla wiwisekcji mechanizmów władzy i przemocy. Incydent służy nie rozwikłaniu zagadki istot pozaziemskich, ale obnażeniu ludzkiej natury. Może właśnie dlatego tajemniczy obiekt narysowany został jako ogromny kryształ, w którym odbijają się ci, którzy podejdą zbyt blisko.
Czytając komiks, bardzo szybko wyczuwamy, że katalizatorem fabuły i źródłem napięcia – a jak na thriller przystało, jest ono trzymane przez cały czas na wysokim poziomie – są nie przybysze z kosmosu, ale ludzie i ciasno oplatająca ich sieć relacji i zależności. Jesteśmy w przededniu wojny, dla faszystów kluczowe jest zdobycie technologicznej przewagi, która pozwoli im sprawować kontrolę nie tylko nad wrogami, ale także (a może przede wszystkim) nad sprzymierzeńcami. Zamiary te zdradzają postaci dowódców – a zwłaszcza stojącego na szczycie wojskowej hierarchii mitycznego Duce’a, wielbionego niczym ojciec. Zresztą figura ojca powraca w komiksie wielokrotnie, odciskając piętno na kolejnych bohaterach. Na przykład na Ferdinando, pełnym ambicji chłopaku żyjącym w cieniu swojego rodzica – generała. Ale także na braciach, którzy są centralnymi postaciami – Aureliu i Attili. Choć bracia zostali wciągnięci, jak moglibyśmy przypuszczać, w wir wydarzeń ze względu na to, że mieszkają w pobliżu miejsca katastrofy UFO. Ale wir historii wciągnął ich wcześniej – Attilę do wstąpienia w szeregi armii pchnęła śmierć ojca na froncie I Wojny Światowej, w bitwie pod Caporetto.
Na relacje władzy nakładają się nie tylko relacje rodzinne, ale także erotyczne. Przykładem tego związek między dwoma żołnierzami, wspomnianymi Ferdinando i Attilą. Ich relacja napędzana jest nie tylko przez wzajemne pożądanie, ale także pragnienie dominacji – walki o wpływ na siebie nawzajem. Okrutnym punktem zwrotnym dla ich związku będzie moment, w którym mężczyźni zaczną rozchodzić się ideowo.
Nad komisem unosi się także duch foucaultowskiej koncepcji wiedzy-władzy. Nierozłączność tych dwóch porządków oznacza, że każda władza potrzebuje wiedzy, a żadna wiedza nie jest neutralna, więc prowadzi do wytworzenia ideowych reżimów i umożliwia sprawowanie kontroli nad jednostkami. W „Latającej fortecy” dobrze oddają to wątki naukowca Marconiego, który wikła się w relacje z reżimem, pragnąc posiąść każdą tajemnicę świata oraz zbiorowy wątek faszystów, którzy ścierają się w ideowej walce o rząd dusz z innymi ideowymi programami.
Tkając świat przedstawiony z nici walk o wpływy i o możliwości wykorzystania innych do własnych celów, autor scenariusza nie zapomina, by każdy z tych mechanizmów zaszczepić w konkretnej postaci. Stąd to charaktery – na wierzch których wychodzą wszystkie negatywne aspekty ludzkiego oblicza – są głównym budulcem fabuły. Palloni tworzy bohaterów tak, że choć odpychający, pozostają wiarygodni – to postaci z krwi i kości, niebędące ucieleśnieniem archetypów, ale bardzo realne. Wypada to niezwykle ciekawie w zestawieniu ze sposobem, w jaki bohaterów portretuje rysownik. Vila kontruje scenariuszowy realizm rysowniczą ironią – wizerunki są groteskowe, a momentami karykaturalne.
To pozwala nam przejść do warstwy graficznej. Vila potrafi kreską oddać nie tylko ironię, ale i surowość świata: przemoc jest widoczna i brutalna, erotyzm odarty z afektów, sprowadzony do fizyczności (co jeszcze dobitniej twórca uchwycił w swoim samodzielnym albumie „Mleczna droga”). Tym bardziej widać, że na tle fabularnego realizmu i graficznej surowości wydarzeń, karykaturalność wizerunków była świadomym wyborem. Wykorzystanie tych, zdawałoby się nieprzystających do siebie, porządków sprawia, że świat przedstawiony jest dla czytelnika wymagający. Nieprzyjazne nam wydają się nawet kolory. Barwy, które automatycznie kojarzymy z Włochami – ciepłe, oddające piękno natury – zostają zastąpione wyblakłymi odpowiednikami i zimnymi pastelami. Kolory są szare i brudne. Jedynym mocnym akcentem pozostaje róż – ale nie jest on ani uroczy, ani infantylny. Jest obcy, nieprzystający do tego świata. W jednym z wywiadów rysownik wspominał, że postawił na róż, bo jest to barwa rzadko spotykana w sztuce czasów, w których osadzono akcję komiksu. Statek kosmitów ma szokować już na pierwszy rzut oka nie tylko nietypową formą, ale i barwą. To wyraźny sygnał, że mamy do czynienia z czymś z innego porządku.
Obok wizerunków postaci i doboru kolorystyki niezwykle istotnym – i chyba już emblematycznym dla twórczości Vili – jest sposób kadrowania. Mocno odbiega on od klasycznej siatki, do której czytelnicy komiksów są przyzwyczajeni. Stąd praktyka autora często określana jest jak dekonstrukcja kadru – co na swój sposób celne, bo nazywa widoczną próbę podważenia znanej odbiorcy struktury. Jednak dostrzegam w sposobie kadrowania Vili inną intencję – to raczej autorska reorganizacja niż tylko dezorganizacja siatki. Kształty kadrów, ich wielkości i umiejscowienia względem siebie i strony wskazują na uporządkowanie – to narracja prowadzona celowo, przemyślanie, ciekawie i nowatorsko.
Wyraźnie widać to na stronach w początkowej części komiksu, opowiadających o upadku UFO. Spójrzmy na rozkładówkę. Na prawej stronie obiekt spada poprzez niewielkie kadry (kwadraty, gdy Vila rysuje wydarzenia na ziemi; okrągłe, gdy ukazuje obiekt na niebie) układające się w odwróconą literę „s”, aby na samym dole uderzyć w ziemię i rozlać się na szerokim kadrze. Na stronie lewej kontynuuje wykorzystanie małych kwadratów w formie kadrów – akcja dzieje się szybko, jest chaotyczna, nie wszystko wydaje się jasne. Środek zostaje zdominowany przez parujący krater, ale na tle różowej poświaty z trudem dostrzegamy dwie niewielkie postaci (autor wskazuje, że będą może niewidoczną, nieobecną, ale centralną cząstką całości). Koniec strony to kulminacja, tragiczny koniec jednej z postaci.
Przewróćmy kartkę. Ledwie stronę później Vila uspokaja, bo oddala narrację – jesteśmy we wsi, obserwujemy łunę. Barwy są ciemniejsze, kadry większe, niewiele się dzieje. I tak tempo oraz nastrój zmieniane są wielokrotnie.
Nie da się ukryć, że to oprawa graficzna Vili wynosi „Latającą fortecę” na wyższy poziom, czyniąc z tego tytułu nie tylko propozycję „wciągającego” thrillera, ale też intrygujące studium artystycznego warsztatu. I (o) tym jest przede wszystkim ten komis. Rozlane i gęste wątki fabularne (spośród których niektóre nie wybrzmiewają tak mocno, jak by mogły) dały ostatecznie solidny scenariusz, korzystający w ciekawy sposób z gatunkowych konwencji. Wyszło przyzwoicie – i takim by ten komiks pozostał, gdyby nie kunszt rysownika. Za ten należą się wyrazy uznania.