Nr 24/2025 Na teraz

Przegryw: jak się staje, kim przestaje być

Szymon Kowalski
Literatura

Od jakiegoś czasu możemy zauważyć – co zresztą zostało już i odnotowane, i opisane – surrealistyczny prąd w najnowszej polskiej literaturze. Debiutancką książkę Tomka Gromadki także należałoby wrzucić do worka etykietowanego nazwą tego coraz szerszego, niemniej wciąż mglistego zjawiska.

Jednak przed przylepieniem tej etykiety warto poczynić drobną uwagę. To znaczy: wyrazić niepewność, czy rzeczywiście z pomocą różnorodnych strategii i poetyk surrealistycznych celnie oraz artystycznie przekonująco opowiada się o problemach współczesności. Miewam co do tego wątpliwości. Trudno przecież nie zauważyć, że ten chwyt, który polega na robieniu porządków w naszej społecznej, jakże polskiej piwnicy, a wynika z, powiedziałbym, żywotnej potrzeby krytycznej, stał się nazbyt monotonny. Może wręcz odruchowy? Z ogólnej perspektywy wrażenie ulegnięcia takiej odruchowości wobec problemu do „przepracowania” może sprawić „(PP i pp)”, czyli „Przygody Pitera i pępowinowego psa”. Autor, żeby odpowiedzieć na pytania o to, jak się staje i kim jest przegryw, bez reszty popada w absurdalny, psychoanalityczny żywioł. Sądzę, że ciekawiej byłoby wyjść poza dwupoziomową fenomenologię. Dlatego w recenzji nie tyle będę przekładać z surrealistycznego na nasze, ile postaram się wskazać na inne aspekty tej osobliwej książeczki.

Najpierw wszystko gromadzi się w prefiksie „roz-” – wszystko się „rozwiera”, „rozczapierza”, „rozszerza”. Tak, wszystko wyradza się z chaosu, w chaosie i poprzez chaos, ale nie ma tu niczego z kosmogonicznego przejścia od niezbornej gmatwaniny do harmonicznie zorganizowanego ładu. W mieszkaniu, czy raczej w bajzlu, jaki tam panuje, Piter ex nihilo, bo z samotności, rodzi psa. Zwierzę ma być trochę przyjacielem, trochę opiekunem, a kto wie, czy w pierwszej kolejności nie terapeutą. Nieskuteczna bowiem próba odcięcia pępowiny od Zapaszka zapoczątkowuje całą serię udanych ciachnięć. Właściwie tylko tyle możemy o fabule powiedzieć, bo potem już trwa niestreszczalne. Skoro w bałaganie zawiera się początek, ale też całość, to czy autor chce nam sprzedać zużyty, naprawdę intuicyjny opis współczesnego świata? Nie do końca, samo panowanie rozgardiaszu byłoby zbyt łatwą konstatacją, zamiast tego wyruszamy w podróż poza zasadę rzeczywistości. Co więcej, odbywa się to w sposób niemało atrakcyjny. Na dowód jedna wyśmienita, z ducha Gombrowiczowska fraza: „To przeprawa, która zmieniła się w poprawę, chociaż wcześniej w deprawację”.

A więc przeprawa, ale przez co? Przez życiorysy bohaterów, przez ulicę Sflądry, przez kamienice na Powtórzonego Prawa? Także, choć nie tylko, bo przede wszystkim przez język. Wiedzie on prymat nad fabułą. Od początku do końca stawia czytelniczy opór – jest rwany, zagęszczony i agresywny. Na wszystko składają się aliteracje, obszerne i niepokorne metafory, zbitki obscenicznych czy też wulgarnych skojarzeń. O dziwo lub nie, ta szalona idiomatyczność frazy czyni z naszego bohatera w pewnym sensie bardzo reprezentatywny podmiot. Piter, porzucony przez ojca, wychowany przez matkę i babcię, po których dziedziczył i od których otrzymywał traumy, dojrzewał w przekonaniu o własnej podrzędności. Jak mówi matka: „Wyszedł z domu jak jego ojciec. Zostałam zostawiona przez ojca i chciałam zemścić się na mężczyznach. Żeby nie wyrósł twardziel, trzeba z chłopca zrobić flaka, skrupulatnie spuszczając powietrze, które mógłby unieść i pokrzepić”. Później pojawi się Franciszek naznaczony razami przyjmowanymi od jednego z dziadków: „pięści przeciwko bliźniemu wyrastają z blizn, ze straszliwego porażenia przemocą”. Z kolei Bojana rodzice „wywalili z domu, doświadczył okropnego opuszczenia, a potem brutalnej przemocy seksualnej”. To stanowi genezę kolejnych trudności, choć taka redukcja może budzić wątpliwości. Język musi być pokiereszowany jak plecy Franciszka. Teraz wiadomo, że nie chodzi wyłącznie o efektowne lingwistyczne popisy, lecz o bardziej złożony problem.

Dlatego też w „(PP i pp)” nie warto szukać łatwych społecznych diagnoz (czymkolwiek lub jakiekolwiek miałyby one być), tylko należy przyjrzeć się temu, w jaki sposób Gromadka kreśli zaburzoną strukturę między solipsystycznym podmiotem a zewnętrzem. „Gdy czujesz się źle, wytwarzasz nowy świat albo rezygnujesz ze świata” – mówi pies. Liczne traumy rozbijają zakrzepłe struktury reprezentacji, wytwarzają niezrozumiale podzielony, jednocześnie wspólnie dzielony antyjęzyk bohaterów. Stąd i my za bardzo nie wiemy, gdzie jesteśmy ani co się dzieje. Życie i świat są niejasne, nierozpoznane, a nawet niepoznane.

Ponurą egzystencję Pitera charakteryzują lęk, zaniechanie wszelkich działań, obrzydzenie do samego siebie. Tę niebezpieczną mieszankę spaja wszechobecna przemoc – zarówno symboliczna, jak i fizyczna – która w swojej intensywność jest jedynym, co konstytuuje tożsamość bohaterów. Idzie za tym pragnienie przekroczenia, ale transgresja okazuje się pozorna – w niczym nie utwierdza, a wręcz przeciwnie, coraz bardziej dezorientuje Pitera:

Nie mam siły biec dalej, wbiegam w krzaki, opuszczam spodnie, opuszczam majtki, łapię się za fiuta, daję upust upokorzeniu, uprzyjemniam ból. Duża dupa o zimnych, szorstkich dłoniach, sklecam sobie podnietę, pompuję cycki Małgosi, wydłużam nogi Stefanii, dodaję to biurko, to łóżko pod ich tyłki, jęki i wypinanie krocza. Dostaję w skroń. Leżę przerażony i kończę w trawnik z widokiem na wspomnienie ust czarodziejki Agnieszki.

Co ciekawe, i o czym wypada wspomnieć w tym momencie, Gromadka w poszczególnych partiach oddaje głos postaciom książki poprzez posłużenie się prostym zabiegiem dramatycznym. Trauma rozwala każdy porządek reprezentacji, utrudnia nam rozróżnianie tego, co jest fantazją bohatera, i tego, co dzieje się naprawdę, „Co jest myślą, co wypowiedzią, co fantazją, co życiem, pragnieniem, co spełnieniem, czyim, kto mówi co, co myśli kto, co jest frustracją, co złym dniem, co dobrym, co kolką, co śmiertelnym bólem w klatce piersiowej po wyrwaniu z niej korzeni pupila, co miłością?”. Powtarza się ona, nawiedza bohatera w najbardziej nieodpowiednich momentach, a zatem paraliżuje jego zdolności relacyjne:

W ucho dzwoni mi matka: Co tam tak głośno? Czy jesteś na dyskotece, czy w burdelu, czy w sklepie z hałasem? Jeśli z jakąś hałastrą, to wracaj do domu. Jej słowa przepływają mi przez ciało jak lodowce […].

Jednak z czasem, w pędzie mglistej fabuły, w dynamice mówienia, przede wszystkim w dialogach powoli wracamy do porządku narracji i rekonstruujemy, podobno już stracony, żywot. Tym samym trauma słabnie. „Pępowinowy pies” okazuje się pewnego rodzaju antidotum, koniecznym suplementem. Anty-abiektem, który, chociaż wyrodził się z Pitera, to jako radykalnie inny, niepodobny do nikogo wcześniej, powoli otworzy go na nieznane wody zewnętrzności – literalnie symbolizowanej przez księżyc, na który samotnie wybiera się nasz bohater. Wynika z tego, że nieoczywisty status ontologiczny czworonożnego potomka nie pozwala przekazać mu traumy. Bez dziedzictwa traumy (a także bez psa) kolejne wypowiedzi przeradzają się w przejrzystą, katartyczną rozmowę z ojcem, trudne pojednanie z matką.

Tymi okrężnymi drogami Piter wraca do zasady rzeczywistości, gdzie zastaje osobliwą wspólnotę, ponadgatunkową zbieraninę, słowem GROMADKĘ. Taki to eksperyment, dosyć ciekawy, ale czy faktycznie do powtarzania? Czy łatwo te paczkę stworzyć i czy jest ona odpowiedzią na wyzwanie przepracowania traum? A przede wszystkim: co, jeśli nie uda nam się urodzić psa?

Tomek Gromadka, „(PP i pp). Przygody Pitera i pępowinowego psa”
Nisza
Warszawa 2025