Nr 12/2026 Na teraz

PO NIE-W-CZASIE: Mam do cię miętę

Ivan Davydenko
Komiks Cykl

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że Borys Fiłonenko, Danył Sztanhejew i Anton Reznik, ukraińskie trio odpowiedzialne za komiks „Z mięty”, idą na postmodernistyczną łatwiznę – wykorzystują klasyczny ukraiński motyw Iwana i Mariczki, obficie opakowując go przeróżnymi kulturowymi odniesieniami. Nic bardziej mylnego. Historia opisana w niewielkim, liczącym nieco ponad pięćdziesiąt stron zeszycie wnikliwie traktuje o miłości wśród współczesnych młodych dorosłych. Każda kolejna plansza nieśpiesznie wprowadza czytelników w świat dwojga zakochanych, relacjonuje jego apokalipsę oraz jej smutne konsekwencje. Wielość poruszanych wątków oraz sposobów na ich interpretacje pozwala śmiało stwierdzić, że to jeden z najlepszych ukraińskich komiksów ostatnich lat.

Motyw tragicznych kochanków, Iwana i Mariczki, jest kulturowym memem, znanym przede wszystkim z opowieści ludowych i bajek. Jednym z najbardziej popularnych dzieł, w którym występuje, jest powieść Mychajła Kociubyńskiego „Cienie zapomnianych przodków”, szeroko znana dzięki słynnej ekranizacji Siergieja Paradżanowa o tym samym tytule. Ta archetypowa para ciągle powraca, jej historia nadal jest przepisywana, pojawia się w różnych odsłonach. Jednym z przykładów wiecznego powrotu jest opublikowane w ukraińskim wydaniu „Krytyki Politycznej” w 2012 roku satyryczne opowiadanie Artema Czapaja „Mariczka i Iwanko”, w którym para zyskuje wcielenie młodych ludzi z post-radzieckiej prowincji. Można zaryzykować stwierdzenie, że średnio raz na dekadę pojawia się nowa „reinkarnacja” pary, zaktualizowana i odniesiona do aktualnie obowiązujących obyczajów. „Z mięty” zdecydowanie mieści się w tym szeregu jako historia o problemach relacji w czasach późnego kapitalizmu, z nieznacznym dodatkiem w postaci lokalnych osobliwości.

Gra z archetypami jako próba zrelacjonowania paradoksów współczesności nie jest niczym nowym – ale autorzy komiksu wydają się być tego w pełni świadomi. Co więcej, nawet ironizują na ten temat – na jednej plansz pojawia się profil Iwana w mediach społecznościowych, z którego możemy dowiedzieć się, że nosi nazwisko Narodnytskyi (czyli Ludowy).

Użycie pierwszoosobowej narracji umożliwia wgląd w myśli bohaterów – właśnie tam rozgrywa się cała akcja komiksu. W jego pierwszej części wypowiada się chłopak, w drugiej dziewczyna. W połowie znajdziemy intermezzo, historię obrazkową inspirowana obrazem nieznanego mistrza „Pejzaż z upadkiem Ikara”.

Z relacji Iwana dowiadujemy się, że para prowadzi spokojne wielkomiejskie życie. Napar z mięty i filmy dokumentalne są niezmiennymi elementami ich wspólnego życia. Mięta jako zioło uspokajające nabiera znaczenia symbolicznego. Jest zarówno symbolem spokoju i stabilizacji, jak i nudy i niezrealizowanego potencjału. „Jeśli piliśmy miętę przez kilka lat, to mamy się przejmować?” – zastanawia się chłopak. Próbując uciec od rutyny, Wania zapisuje się do sekcji skoków narciarskich. Mimo że jego nauka jest niesystematyczna i ogranicza się do zajęć teoretycznych, ostatecznie decyduje się na skok – i znika bez śladu.

okładka komiksu prezentuje surrealistyczny wizerunek człowieka ubranego na niebiesko

Młodzi ludzie kochają się, lecz unikają mówienia o tym wprost. Żeby zrozumieć ich wspólny język miłości, naznaczony zarówno bliskością, jak i dystansem, należy wysłuchać obojga. Z relacji Mariczki wynika, że nie wszystko układało się pomyślnie. „Gdybyście spytali Wanię, co u niego, on chętniej podałby tytuły filmów, które oglądał lub książek, które czytał, zamiast… czym myśmy się dzielili?” – mówi. Pojawiające się w pierwszej części „Fragmenty dyskursu miłosnego” Rolanda Barthesa okazują się jej prezentem dla ukochanego, sposobem na ponowne odnalezienie więzi. Niestety, pomysł nie działa. Nie przebrnąwszy przez lekturę, Iwan postanawia zrobić naklejki z przypadkowymi cytatami z książki, celowo omijając rozdział zatytułowany „Kocham-cię”.

Zarówno chłopak, jak i dziewczyna tkwią w błędnych założeniach. Wania naiwnie uważa, że oglądając dokument o skoczku narciarskim Walterze Steinerze, potrafi zdobyć wiedzę wystarczającą do bezpiecznego wykonania skoku. Ignoruje jednak fakt, że film Wernera Herzoga traktuje przede wszystkim o niebezpiecznej ambicji. Masza próbuje natomiast wykorzystać błędne rozumowanie swojego partnera w nadziei, że czytanie książki Barthesa pomoże im odbudować miłosną więź.

Przez większość „Wielkiej ekstazy sznycerza Steinera” mamy okazję kontemplować upadki skoczków narciarskich w slow-motion. W jednej ze scen Steiner zdradza swoje motto: „dopóki nic mi się nie stanie, wolałbym o tym nie rozmawiać”. Ten cytat trafnie odzwierciedla stanowisko Wani na temat relacji, w której uczestniczy.

Tak samo jak Wania przygląda się ruchom Steinera, post-strukturalista Barthes przygląda się dyskursowi miłosnemu, wprowadzając jednostkę jego miary – figurę. „Słowa tego nie należy rozumieć w sensie retorycznym, lecz raczej w sensie gimnastycznym czy choreograficznym. […]. Podobnie dzieje się z zakochanym, który został wydany na pastwę swych figur: rzuca się w tym nieco zwariowanym sporcie, wypruwa z siebie żyły niczym atleta; peroruje jak mówca; jest uwięziony w swej roli, skamieniały niby posąg”[1]. Przygotowując naklejki z cytatami, chłopak specjalnie pomija rozdział o figurze kocham-cię. Co ciekawe, w tymże rozdziale można znaleźć słowa w obronie milczenia bohaterów: „[p]o pierwszym wyznaniu kolejne «kocham cię» nie znaczy już nic; tak bardzo wydaje się puste, że w tajemniczy sposób powraca jedynie do dawnego przesłania (które być może nie przebiło się przez te słowa)”[2].

Jeżeli popatrzymy na katastrofę, która przydarzyła się Wani, przez pryzmat Barthesa, to jego zniknięcie możemy uznać za metaforyczne – „[g]wałtowny kryzys, w trakcie którego podmiot doświadczający sytuacje miłosną jako ślepy zaułek, jako pułapkę, z której nigdy nie zdoła się wydostać, dostrzega, że jest skazany na całkowite zniszczenie”[3].

Część, w której wypowiada się Mariczka, jest wyraźnie naznaczona tęsknotą za ukochanym. Pojawia się w niej ważny element pęknięcia, na temat którego bohaterka przygotowuje wystawę. Pęknięcie w asfalcie, dziura, do której można wpaść, zsunąć się, zapaść pod ziemię – wszystko to przypomina jej o stracie. Dziewczyna nie może przestać myśleć o nieszczęściu, które ją napotkało; te myśli pochłaniają nieskończone ilości przedmiotów, miejsc i wydarzeń. Ziejące pęknięciami, liminalne przestrzenie miasta są tłem dla przeżycia rozstania się z bliską osobą. Na tle dziur, które pojawiają się tu i ówdzie w mieście (również tej emocjonalnej, rosnącej w Mariczce), wyodrębniają się obiekty, za pomocą których władze informują mieszkańców o niebezpieczeństwie pęknięć w nawierzchni. W komiksie znajdziemy dużo przemyśleń bohaterki na temat wernakularnej urbanistyki, która nie traci aktualności w świecie współczesnej ukraińskiej sztuki – szczególnie gdy spotyka się ona z aktywizmem. Te charakterystyczne obiekty–przeszkody w przestrzeni miejskiej ukraińskich miast zostały szczególnie wypromowane przez amerykańskiego fotografa Clemensa Poole, który od kilku lat mieszka w Kijowie i zajmuje się ich dokumentowaniem.

W końcu bohaterka dochodzi do konkluzji, że archiwum wspomnień musi zamienić się w archiwum ciszy. Żeby ruszyć do przodu, musi porzucić wszystko. Skończyć tę historię, chociaż jest to dla niej bolesne.

„Z mięty” zostawia czytelnika z ważnymi pytaniami. Czy możliwa jest prawdziwa bliskość w czasach indywidualizmu? Nawiązanie do mitu o Ikarze, którego podsycana egoizmem ambicja doprowadza do tragedii, możemy potraktować jako podpowiedź. Ostatecznie wspomnieniem o miłosnej historii Wani i Maszy pozostaje tylko wspólnie wyhodowany na parapecie krzaczek mięty.

Borys Fiłonenko, Danył Sztanhejew, Anton Reznik, „Z mięty”
tłumaczenie: Aleksandra Zińczuk
Warsztat Kultury
Lublin 2024

PO NIE-W-CZASIE: otwarty cykl, który zainaugurowaliśmy z okazji piętnastolecia istnienia „CzasKultury.pl”. Przyglądaliśmy się wówczas naszym archiwom nie po to, by zbiór treści podsumowywać, ale by go poszerzać. Rok jubileuszowy się skończył, a cykl pozostał. Przeciwstawiając się modelowi uczestnictwa w kulturze, który promuje (i wymusza) kult nowości – chcemy dowartościować lekturę niespieszną i uważną. Wspólnie chcemy analizować dzieła nienowe – co nie oznacza, że bez potencjału na nowe odczytania.


Przypisy:
[1] Barthes, Roland, Fragmenty dyskursu miłosnego, przekł. Marek Bieńczyk, Warszawa 1999, s. 39-40.
[2] Tamże, s. 213.
[3] Tamże, s. 95.