W pierwszej chwili debiutancka płyta Sabatini przywraca wspomnienie eleganckiego indie rocka sprzed dekady, jednak jeśli spojrzeć na „Koniec świata” z szerszej perspektywy, to jego korzenie sięgają aż do rodzimej bluesowej tradycji. I choć inspiracją dla zespołu jest przeszłość, to przywołanie jej nie jest obciążone ani nadmiernym sentymentalizmem, ani nie zostało ubrane w hauntologiczny kostium. Być może dlatego, że muzyczne doświadczenie członków zespołu pozwala z pełną świadomością użyć gatunkowej esencji z szacunkiem, erudycją i bez potrzeby jej dekonstruowania.
Studyjny skład Sabatini (czy ta nazwa jest dedykacją dla Gabrieli, argentyńskiej tenisistki z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku?) stanowią Paweł Górski (Xenony, Stwory), Karol Strzemieczny (Paula i Karol) i Igor Nikiforow (m.in. Jerz Igor, Hokei). Na scenie dołączają do nich Natalia Pikuła (m.in. New People i Drekoty) oraz Julek Horodyski i Nikodem Gąsowski (obaj z Dłoni). Choć przywołane tu kapele to zaledwie wycinek muzycznych projektów, w które zaangażowani są członkowie i członkini zespołu, to wyraźnie wskazują, czego słuchacze mogą spodziewać się po repertuarze Sabatini – piosenkowej konwencji, aranżacyjnej erudycji, wpadających w ucho melodii, nasyconych brzmień opartych na akustycznym i elektrycznym instrumentarium, inspiracji alternatywnym rockiem, americaną, rodzimym bluesem, z dodatkiem syntezatorowych ścieżek. Nie bez znaczenia pozostaje tu fakt, że większość z wymienionych wyżej muzyków i ich projektów związana była z kolektywem Lado ABC, w ramach którego rozwijała między innymi potencjał jakościowego polskiego alt-popu / alt-rocka, z szansą (jak w przypadku duetu Paula i Karol) na międzynarodową karierę. Z dzisiejszego punktu widzenia muzyka, którą proponuje Sabatini, pozostaje w dystansie do popularnych trendów i estetyk. Wszelkie odmiany indie czy gitarowej alternatywy inspirowanej muzyką folkową, po swoich pięciu minutach na świeczniku w połowie ubiegłej dekady, uległy hegemonii muzyki elektronicznej czy hip-hopu i zaszyły się jeszcze głębiej w swoich niszach, skąd niełatwo wyłowić takie perełki jak „Koniec świata” (dowiedziałem się o tej płycie jedynie z wpisu Michała Wieczorka). Jednocześnie to propozycja, która w dobie loudness war może dawać słuchaczom wytchnienie oraz poczucie obcowania z wysokiej klasy kulturą muzyczną.
„Koniec świata” został pomyślany bardziej jako koncept album niż zbiór piosenek, o czym uświadamia słuchacza już inaugurujący płytę „Nasielsk” – gitarowa impresja, której lakoniczna ambientowa fraza wydaje się wręcz podsłuchana na płytach Starej Rzeki. Momentów zawieszenia między piosenkami jest na tej płycie więcej: twórcy pozwalają swojej muzyce dojrzewać w wybrzmieniach instrumentów, niespiesznych tempach, w skupionym budowaniu kolejnych tematów, a także w introdukcjach, jak w przypadku „Mamidła”, gdzie zanim pojawi się wyrazisty gitarowy motyw, usłyszeć można odgłosy ptactwa i cykad (to zresztą niejedyne na tej płycie odwołanie do natury).
Liczne momenty wyciszenia, które słyszymy w nagraniach Sabatini, współgrają z subtelną warstwą literacką piosenek. Ich tematyka (rozstania, rozpad relacji, przemijalność uczuć, żałoba po stracie) ubrana w bogate brzmieniowo i instrumentalnie aranżacje, przywodzi na myśl płytę, która mogłaby zostać nagrana przez przechodzącego kryzys wieku średniego Jerzego Igora, zgorzkniałego rozwodnika pogodzonego z utratą młodzieńczych marzeń i wielkich idei o podbijaniu świata. Tę posępność udaje się zespołowi raz łagodzić, zastępując ją nastrojem melancholii (wywołanej głównie poprzez liczne nawiązania do zjawisk przyrody), ale też pogłębić. Przykładem tego drugiego jest piosenka „Duch” – jej bohaterka śpiewa o drobnych magicznych rytuałach, mających pozwolić jej zapomnieć o przemocy, jakiej doznała ze strony mężczyzny. Zarówno słowa, jak i ich melodia, wydają się parafrazą przyśpiewki ludowej, co przy okazji zakorzenia repertuar zespołu także w rodzimej folkowej tradycji. W „Duchu” śpiewa aktorka Marta Malikowska, która w anturażu bluesowych gitar, wartkiego basowego ostinato i bigbitowej pulsacji, symbolicznie wciela się w rolę Miry Kubasińskiej z czasów Breakoutu. Wpływ legendarnego polskiego zespołu – między innymi liryzm połączony z drapieżnością, blues-rockowa dynamika, melancholijność – wyraźnie unosi się nad „Końcem Świata” (obok „Ducha” najwyraźniej w „Lesie”) i naturalnie splata się z motywami rodem z amerykańskiej tradycji indierockowej (o których wspomina w swoim tekście Michał Wieczorek).
W poszukiwaniu ech rodzimej muzyki rozrywkowej na płycie Sabatini, przekornie sięgam również do repertuaru sanatoryjnych szlagierów Piotra Szczepanika czy Czerwonych Gitar. W „Kluczach”, a jeszcze mocniej w „Lecie, wodzie i piasku”, odnajduję posępny odprysk ich wakacyjnej, dancingowej melancholii. Zamiast romantycznego spleenu i nuconego pod nosem „Sia la la la la la-a-a-aa”, usłyszeć możemy gorzkie wyznanie „Piasek parzy w stopy, chodźmy więc do wody / Błękit nieba koi piekło w mojej głowie”, a zamiast big-bitu, hipnotyczny nokturn.
Mimo, że skupiałem się dotąd na tych momentach „Końca świata”, które budują klimat albumu oraz jego konceptualną i liryczną strukturę, wiodącą rolę pełnią tu oczywiście muzyczne kompozycje, zagrane przez zespół z artystycznym polotem i rzemieślniczą precyzją. Skłamałbym, pisząc, że są powściągliwe czy minimalistyczne, bo jego twórcy osiągają niezwykle barwny bukiet brzmieniowy, a liryczny polot pozwala im z zaledwie kilku akordów wyekstrahować wyraziste i zapadające w pamięć melodie. Skłamałbym również, twierdząc, że mamy do czynienia ze studyjnym rozmachem, który mógłby być rezultatem tak wielu muzycznych doświadczeń członków zespołu. W przypadku Sabatini najistotniejszą rolę zdaje się pełnić powściągliwość i umiejętność operowania świadomie dobranymi środkami ekspresji. Ten rodzaj zespołowej dyscypliny i wewnętrznego kompromisu skutkuje materiałem wysmakowanym, przystępnym, a jednocześnie niebanalnym, intrygującym spójnością formy, dramaturgią i podskórnym niepokojem. Przykładem niech będzie „Las”, który stopniowo ulega kolejnym, potęgującym jego temperament przeobrażeniom; od lapidarnej gitarowej introdukcji, przez nadanie jej industrialnego charakteru (za sprawą chropowatych riffów, masywnych uderzeń i wyłaniającego się z nich wyrazistego bluesowego rytmu), aż po pojawienie się wokalu Natalii Pikuły i męskiego chórku. Z każdym taktem maszyna nabiera większej mocy, bez sięgania po radykalne środki i specjalne efekty. Innego „Końca świata” nie będzie.