Co pozostaje do przeżycia w świecie, w którym wszystko powtarza się niepotrzebnie, a do tego niestarannie, i nawet na cuda już się nie liczy? Najnowszy tomik Marcina Barana wygląda z początku na wciągające bagno, zatykające wszystkie otwory, którymi mogłyby dotrzeć do czytelnika jaśniejsze tony. Wydaje się, że w tej sytuacji ciężko krzyknąć. A jednak, mimo całej tej pochłaniającej mroczności, w „Pełnej morfologii” można znaleźć humor, który bulgocze gdzieś przy samym dnie – zwłaszcza przy drugim.
Marcin Baran przyzwyczaił czytelników do rozbudowanych form, charakterystycznych wyliczeniowych poematów. Nie brakuje ich w jego najnowszej pozycji, jednak nie znaczy to, że nie pojawiają się krótsze. I nie należy traktować ich jako czegoś niepełnego.
Książkę rozpoczyna dwuwersowy wiersz-kadr, któremu chcę przyjrzeć się nieco uważniej, ponieważ przedstawia pewne przewijające się w całej książce prawidła.
Kim była ta smagłolica na ulicy o poranku?
Przecież ty dziewiętnastoletnia jesteś tu cały czas.
(„Takie zdjęcia były już robione
i nie ma sensu ich powtarzać”, s. 5)
W utworze tym zwraca uwagę specyficzne obrazowanie. Odbiorca spotyka się z zapisem stanu bezruchu, a użyty w pierwszym wersie czas przeszły sugeruje przywołanie wspomnienia, kadru nienależącego do „tu i teraz” podmiotu lirycznego. Tymczasem linijkę niżej ta zasugerowana przeszłość zyskuje potwierdzenie swojej aktualnej obecności. Ciągłość tego, co było, znajduje swoje miejsce w „Pełnej morfologii” nader często. Tworzy dość niezwykłą perspektywę dla komentowania czegoś, co nazwałabym późniejszą teraźniejszością – późniejszą wobec pierwotnych doświadczeń podmiotu. W tę koncepcję dość dobrze wpisuje się wzmiankowana w tytule omawianego wiersza powtarzalność, która kojarzona może być z westchnieniem „kiedyś to było!”. U Barana jednak wrażenie istnienia – wypisz wymaluj! – mitu złotego wieku potraktowane zostaje z przekorą i podane z przymrużeniem oka, ponieważ stwierdzenie iteracji nie jest równoznaczne z zakwestionowaniem jej wartości. Katalogowanie powtórzeń jest tak naprawdę sprawozdaniem z nieustającego twórczego recyklingu mającego miejsce w świecie.
Morfologia rzeczywistości badanej przez podmiot liryczny przeprowadzana jest zarówno w planie jakościowym, jak i ilościowym. Wyniki przedstawione w wierszach obfitują w przykłady przejęzyczeń i przesłyszeń, czeskie błędy czy użycia słów o podobnym brzmieniu. W trakcie lektury odbiorca musi więc skupić całą swoją uwagę, by odczytać to, co naprawdę jest napisane w wierszach, nie dając się zwieść nawykowości mózgu w odszyfrowywaniu poszczególnych słów. Wyobrażam sobie, że gdy ta książka była na etapie redakcji i korekty, sprawiała niemały problem, ponieważ wymagała odwrócenia zawodowego nawyku: przepuszczania błędów do druku.
Krotochwilność języka, będąca zarazem dowodem jego żywotności i giętkości, wyraźnie kontrastuje z poważną, schyłkową tematyką tomiku. Ta zależność znalazła świetne odzwierciedlenie także w okładce autorstwa Kiry Pietrek. Wykorzystano na niej rycinę z „Uniwersalnej książki kucharskiej z illustracyami i kolorowemi tablicami” z 1910 roku autorstwa Marii Ochorowicz-Monatowej przedstawiającą podział tuszy baraniej (sic!). Takie puszczenie oka od strony graficznej jest dodatkowym smaczkiem dla czytelnika i uważam, że warto o nim wspomnieć.
Pora znów dać nura między okładki książki i napisać nieco więcej o jej wnętrzu. Powtórzenie urasta w „Pełnej morfologii” do rangi gwaranta istnienia świata przedstawionego i równocześnie staje się potencjalnym sposobem na wyczerpanie jego możliwości. Rozdarcie pomiędzy dwoma jego aspektami buduje oś dramatyczną tomiku. Można zatem powiedzieć, że jest on na swój sposób katastroficzny, a zatrzymywanie kadrów oraz ich powielanie ma w jakiś sposób oddalić kres istnienia tego świata.
Niegodne namiętności, niskie pragnienia.
Marzenie apokaliptyczne: wszystko nowe!
Pełna nowa pustka.
(„Ułomny rytuał”, s. 7)
Jakie nietypowe podejście do odnowienia stanu; odbiorcy przyzwyczajeni do retoryki prognozującej nowe (czyli lepsze) oblicze rzeczy, które zyskają w bliżej nieokreślonym czasie, mogą się mocno zasapać, mierząc się z treściami z „Pełnej morfologii”. Tutaj nowe jest groźbą, cuda pozostają niewydarzeniami, podczas gdy coraz „dalej i dalej od źródłowych objawień i trzeba sobie / samemu radzić na bieżąco” („Strumień jaona”, s. 19). Myliłby się jednak ten, kto odczyta ten świat przedstawiony jako zlaicyzowany i tylko dotykalny, gdyż jego materialność jest specyficzna:
Rzeczy, których nie ma: przypowieści, rozmyślania, modlitwy,
kommosy, koktajle, koany.
(…)
(s. 7)
Otoczenie u Barana jest powtarzalne także w wersji fonicznej (jak w przekazie ustnym). Językiem urzędowym jest tu komunikat obejmujący komunikat (rozumiany też jako ten artystyczny), angażujący zmysły i pamięć. Dzięki temu doborowi narzędzi odbiorca obcuje z wiecznym teraz, ma dostęp do najświeższych wiadomości, choć ma to oczywiście swój koszt.
W zamian nie dostąpimy nigdy całościowego oglądu świata; to zawsze będą fiszki, urywki, pojedyncze zdania, czasem nawet tylko ich równoważniki. Ruchoma fragmentaryczność uzmysławiana jest tutaj zarówno przez samą strukturę tomiku (np. na początku spotykamy „Wiersz pojedynczy finałowy”), jak i przez daną wprost wypowiedź podmiotu: „Żyję jako czytelnik w przestrzeni zerwanych łączy, które / nie są podstawą porozumienia” (s. 21).
Rozumiejąc już na tym etapie nieco więcej na temat konstrukcji tej książki poetyckiej, warto spojrzeć jeszcze raz na jej tytuł. Otwierający go wyraz „pełna” w pierwszym odruchu kojarzyć się może z rozmachem i całością. W kontekście badania – ze sprawdzaniem wszystkich parametrów. „Morfologia” – drugi wyraz tytułu – ma miejsce w przeszłości i dotyczy tylko konkretnego momentu. Może stąd wzięło się we mnie poczucie uwięzienia w wiecznie iterującym świecie, o którym wspominałam w pierwszym akapicie? Mam wrażenie, że u Barana nie żyje się ku szczęśliwemu końcowi, bo życie to nie bajka, a kres bieżącego stanu jest apokalipsą, do której po prostu nie da się dopasować żadnego pozytywnego przymiotnika.
Wspominany już humor językowy, od którego odprysków skrzy się cały tomik, nie jest w stanie zupełnie ukryć pewnych stałych bolączek literatury, takich jak na przykład nierealizowalne marzenie o czułej automatyzacji translacji emocji na język:
Gdyby tak zobaczone chwile miały przekładnię niechybną na słowa.
(„Trupieciarnia”, s. 11)
To, co z początku brzmi jak skarga, w miarę czytania przeobraża się w ciche, bo pozbawione nawet wykrzyknika, westchnienie pełne melancholii. Takie momenty wydobywają z tomiku wszystkie czułe odcienie w nim zaszyte. Utwór przypominający przy pierwszym spotkaniu listę postulatów staje się czymś nowym, co z kolei zaprasza do powtórzenia lektury pod innym kątem. To niezwykle ciekawe, bo ani się obejrzeliśmy, a sami dorzucamy swoją cegiełkę w procesie iteracji.
Język w ogóle, a poezja w szczególności są w tej książce głównymi żywiołami. Nie jest więc zaskakujące, że strategia przestrzegania przed nimi ma zwrócić szczególną uwagę odbiorcy właśnie na nie. We fragmentach ich dotyczących czasami znaleźć można wskazanie ich słabych stron, jednak, jak się wydaje, nie po to, by zadać im ostateczny cios, lecz by starać się opatrzyć rany. Dobrym przykładem takiej taktyki jest wiersz „Poezja w bliskim kontakcie”, zwłaszcza jego finalny passus:
IV zasada
Jeżeli znalazłeś się w miejscu i sytuacji zagrożonych pisaniem
wierszy, a nie możesz się stamtąd oddalić, zaś w zasięgu nie ma
żadnych przedmiotów, które można by było przy pisaniu wierszy
wykorzystać, to pisz wiersze w sposób maksymalny, nie stawiając
sobie żadnych ograniczeń.
(„Poezja w bliskim kontakcie”, s. 27)
Bardzo szybko przebywa się tu drogę od ostrzeżenia przed dotykaniem do użycia bez ograniczeń. Można to oczywiście uznać po prostu za oko puszczone do odbiorcy, jednak wydaje mi się, że taki przeskok można wytłumaczyć zasadą równoczesności stanów. Podobnie jak raz czytane zdanie może przy drugiej lekturze zmienić swój wydźwięk, tak powtarzalność pozostaje w tej samej chwili stałą i zmienną w tym świecie.
Taka podwójność wydaje się kojąca, bo zawsze mamy do dyspozycji jakiś drugi plan, drugie dno.
W dobie dzisiejszej świat i płoszy się, i trwa. Warunkom,
w których zostały podjęte działania, nic nie odpowiada.
(„Partie początkowe”, s. 35)
Odczytuję tę prawidłowość zarówno jako obraną strategię przetrwania, jak i wyraz troski. Koniec końców mam poczucie, że dbanie o język poprzez regularne kontrolowanie jego stanu, poddawanie go najróżniejszym ćwiczeniom dla poprawienia wydolności przekłada się na zwiększenie jego żywotności. O świat, którego nie ma, bo ufundowany jest, jak czytaliśmy, na przypowieściach, rozmyślaniach i modlitwach, trzeba nieustannie dbać. Z pewnością jest to projekt zakrojony szeroko i wymagający dużych nakładów, jednak wart utrzymania przy życiu.
Kto będzie patrzył na ręce wysłanników ciemnej strony świata
naszych ułomności? Skąd czerpać nadzieję, skąd wyglądać wsparcia,
jeśli skończoność i wyczerpanie wkraczają nawet w świat wyobrażony?!
(„Elegia na odejście Jamesa Bonda”, s. 45)
„Pełną morfologię” kończy krzyk. Rzeczywiście może być przejawem lęku przed wyczerpaniem, ale może uda się powtórzyć Jamesa Bonda, skoro wcześniej się sprawdzał? Do tego należy pamiętać, że krzyczeć można z wielu powodów. Wśród nich jest na przykład jego korelacja z pierwszym oddechem, z (kolejnym) początkiem. I właśnie ten wariant rzeczywistości trzeba poddać pełnym badaniom.