Debiut poetycki Jula Łyskawy, zatytułowany „Wyprawa siedmiu zim przeciw krainie jazgarza”, to propozycja ze wszech miar eklektyczna. Dzieje się tu dużo i na tak wielu poziomach, że trzeba być bardzo uważnym, aby utrzymać własną – jako czytelnika – koherentność i nie dać się zmyć fali. Autor w biogramie mówi o sobie między innymi, że jest kibicem postmodernizmu – a tomik jest tego dowodem.
Po lekturze jako pierwsza pojawiła się u mnie myśl, że zorganizowany natłok buduje zupełnie nową jakość świata przedstawionego. W „Wyprawie…” konstrukcja jest bardzo ważna i chodzi w tym przypadku nie tyle o stabilne wykończenie, ile o widoczność bebechów i rusztowań. Trochę tak, jakby świadomość, w jaki sposób dany element działa, była wartością nadrzędną. W zakres takiego poznawania wlicza się także demontaż, o którego konsekwencjach dla tomiku opowiem jeszcze później. Tak czy inaczej zamiłowanie do rozumienia zasad funkcjonowania pokazuje już pierwszy utwór, który przypomina wypełniony formularz dobrego scenariusza. Świadczą o tym ujęte w nawias kwadratowy takie określenia, jak [miejsce akcji], [opis postaci] czy [przeskok fabularny], po których rzeczywiście ma miejsce rozwinięcie danego zagadnienia. Wygląda na to, że wystarczy wypełnić luki i mamy gotowy utwór – tylko czy rzeczywiście drabinki fabularne załatwiają sprawę?
Jedno z rusztowań tego tomu stanowi pomysł dotyczący nazywania wierszy; tytuły poszczególnych utworów czytane jeden po drugim tworzą płynącą gdzieś ponad nimi narrację. Wskazany przed chwilą inicjalny wiersz nosi nieco przewrotną nazwę „Początek” i jest pierwszą częścią fragmentu:
Początek rzeki może mieć różne formy takie jak źródło mniejsze potoki ale też mokradła ukochane przez topielice Wody podziemne to rzeczny akumulator jednak inne wody – pozaziemne – często niewidzialne gołym okiem albo okiem w ogóle wpierdalają te pierwsze na kosmiczne śniadanie są niczym turbodoładowanie Niełatwo opanować mityczny system rzeczny ale nic innego nie ma znaczenia Jeśli zaś chodzi o koniec rzeki – nie istnieje.
Jazgarz pojawiający się w tytule tomiku to gatunek ryby mieszkający w pobliżu dna, wygląda więc na to, że akcja tomiku będzie organizowana przez bieg cieków, co – mimo potencjalnych rozwidleń – powinno prowadzić czytelnika w jakimś mniej więcej określonym kierunku. Tylko jaka to pociecha, skoro końca rzeki, jak się przed chwilą dowiedzieliśmy, nie ma?
Pytasz, czy mechaniczna kapibara
pożerająca księżyc może zapaść
się pod ziemię subtelnie jak elizja,
lekko w piach, nara. Oczami mówię: tak,
może się zagłębić w czymś sypkim, miękkim
– to dla kapibary kojąca wizja.
Odpowiedzi nie zmienię, ale kłamię.
Poezja oczu. Mamię cię z litości.
Jedynym pożegnaniem kapibary
jest wielki kolaps – tego moje oczy
nie powiedzą nawet w złości, a usta
widzą twoje usta. Rodzi się romans.
(„może”, s. 9)
Chociaż w przytoczonym wyżej wierszu uwagę przyciąga byt tak egzotyczny, jak mechaniczna (a zatem: skonstruowana!) kapibara, to wskazuję na jego ważkość z innych powodów. Po pierwsze sygnalizuje, że jeśli koniec ma nastąpić, to będzie on wydarzeniem totalnym, a nie zjawiskiem mającym na celu ułatwienie dalszej wypowiedzi. Zwłaszcza to ostatnie rozpoznanie wydaje się istotne w kontekście konstrukcji „Wyprawy…” z uwagi na specyficzną funkcję języka w tomie. Po drugie – trochę bocznymi drzwiami – wiersz wprowadza kwestię nie-prawdy (przedstawionej jako mamienie i kłamstwo). Po trzecie zaś: wprost zapowiada historię miłosną – a wśród wielu dygresyjnych dopływów to ten temat tworzy dorzecze książki.
Elementem kotwiczącym akcję jest powracające wielokrotnie, choć fikcyjne miejsce o nazwie Rugłowo. Jego istnienie i powtarzalność zdają się kolejnym widocznym szwem utrzymującym konkretny kształt świata przedstawionego.
Pewnego razu zabrałem cię do Rugłowa. Do portu
wszedł kuter, nie wiedziałem jeszcze, że rysy
na kadłubie to efekt zbliżenia ciał
niebieskich. […]
(„różne”, s. 11)
U Łyskawy to, co dzieje się w wierszach, często ma miejsce na różnych poziomach: od relacji intymnych dwojga kochanków po wydarzenia na skalę kosmiczną. Uwyraźnia się w tych momentach praca w materii poetyckiej: czy to poprzez zmyślne stosowania przerzutni, czy przywoływanie obrazów synestezyjnych. Naturalnie wytrychów jest więcej. Pogoń za wieloznacznością oraz wskazywanie na równoczesność dziania się ciągle i synchronicznie sprawiają, że w tym tomiku tłoczno od znaczeń. Ewokowane przez utwory obrazy są bogate, niekiedy wręcz surrealistyczne. Warto zadać pytanie, czy taka taktyka to jedynie kwestia popisywania się, czy może czegoś zgoła innego. Powoływanie wszechświata na sekundanta wydarzeń przyziemnych z jednej strony wydaje się gestem po prostu obliczonym na efekt, mającym przywołać uwagę odbiorców, z drugiej zaś podkreśla małość ludzkiego planu względem nieskończonej reszty.
W „Wyprawie…” można dostrzec wiele odwołań do kultury i literatury francuskiej – spotykamy tu aluzję do „Pieśni o Rolandzie”, dosadność rodem z „Gargantui i Pantagruela”, pojawia się apostrofa do Bernarta de Ventadorn. Wszystko to sprawia, że mamy pełne prawo odbierać podmiot tych wierszy jako wędrownego śpiewaka (trubadura lub truwera) opowiadającego (między innymi) o wielkiej historii miłosnej. Równocześnie jako odbiorcy zyskujemy pewność, że wszelkie konstrukcje literackie, których jak dotąd byliśmy świadkami, mają swoje uzasadnienie i cel.
Tomik prezentuje romanse tego, kto operuje językiem, na wiele sposobów. Rozgrywają się one tak w warstwie semantycznej, fonicznej, jak i typograficznej. Może zabrzmi to dość sztampowo, ale wygląda na to, że właśnie on jest platformą umożliwiającą spotkania. Podmiot nie wstydzi się wyznać: „Nawet gdy mam cię na wyciągnięcie głosek, / lecz marszczysz nos jak króliczek, / tęsknię za tobą […]” („mityczny”, s. 60), i dalej: „[…] Nadajemy prawa agrarne italikom, / majuskułom, półpauzom i dwukropkom – i odpoczywamy na brzegu” („Jeśli zaś chodzi o”, s. 66). W książce znajdujemy żarty typograficzne, a także korzystające ze strony jako przestrzeni do wbudowywania znaczeń. Są tu nawet utwory czerpiące z tradycji carmina figuranta.
Niezależnie od użytych technik i narzędzi tomik nieustannie utrzymuje nas w świadomości, że wszystko, co się w nim dzieje, jest spreparowaną strukturą. Zdarzają się momenty, gdzie komunikowane jest to jeszcze dosadniej, na przykład w wierszu „w ogóle” (s. 45), który zaczyna się od słów:
Innym razem pojechaliśmy do Rugłowa
zimą. Ten wyjazd był literaturą
od początku do końca. […]
Kiedy po raz kolejny przypomniano nam, że jesteśmy wewnątrz literatury, poznajemy historię, w której kochanka wsiada na kuter z jakimś innym mężczyzną. Jak stwierdza podmiot: „zapłaciłaś i nigdy nie wróciłaś”. Tymczasem historia miłosna wciąż trwa, jakby kochanka wciąż była. „Ja” liryczne przygląda się jej ciału, a potem jedzą razem rybę i piszą w osobnych pokojach o kutrze mężczyzny, z którym kobieta wypłynęła w morze (i, warto przypomnieć, nigdy nie wróciła). Czytając ten wiersz, trudno pozbyć się skojarzenia z „Ćwiczeniami stylistycznymi” Raymonda Queneau, których sednem jest przepisywanie tego samego wydarzenia na bardzo wiele różnych sposobów.
Motyw niespełnionej (a przynajmniej nienasyconej) miłości napędza kolejne utwory i bieg wydarzeń całego tomu. Jej prawdziwy tragizm leży jednak w tym, że nie jest ona niczym innym, jak tylko konstrukcją. Podobnie rzecz się ma z często podkreślaną tęsknotą powracającą w wierszach na podobnych prawach, co mechaniczna kapibara – jako element kompozycyjny tej książki.
Przekształciliśmy noc w skafandry, księżyc
w lewitację, kuchnię w ciekły wodór, ciała bezpostaciowe
w moduł dowodzenia,
błony, jamy
w napęd rakietowy,
włókna,
i spaleni, zmieleni na proch,
zdezintegrowani,
w nieważkości, w lepkości,
pokąsani,
wystartowaliśmy kolonizować Proximę Centauri.
(„źródło”, s. 16)
Mam wrażenie, że tomik Łyskawy jest – w myśl naczelnej zasady postmodernizmu – zapisem dekonstrukcji wielkich tematów literatury. Poraniona kondycja ludzka nie potrafi poradzić sobie z rozpaczą wynikającą ze świadomości, że to, co zostało rozłożone, już nigdy nie wróci do swojej pierwotnej postaci. W tej książce „Pieśń nad pieśniami” zmienia się w „Pleśń nad pleśniami” i nie ma od tego odwrotu. A do tego wciąż popychani jesteśmy naprzód. Uwiedzeni postmodernistyczną falą możliwości rozbroiliśmy wszystko, co jakoś nas organizowało, i teraz, mimo zaklęć i chwytów literackich, wszystko na zawsze pozostaje niewiarygodne lub przynajmniej podszyte podejrzeniem o nie-prawdę. Trudno nie być samotnym i zlęknionym w tej perspektywie; chciałoby się może nawet poczuć nostalgię. Jednak na postmodernistycznej osi czasu rozbiórce poddawane jest wszystko i nawet tęsknota za czymś zmienia się w nieumocowaną w niczym tęsknotę taką w ogóle. Może w pewnym, przekształconym przez dekonstrukcję sensie, gdzieś w głębi człowiek u Łyskawy pozostaje romantykiem. Może chce dać się ponieść romansowi, który nie jest jak rzeka i jednak ma swój koniec – obojętnie jaki.
Kondycja ludzka zapisana w wierszach z „Wyprawy siedmiu zim przeciw krainie jazgarza” jest, co tu dużo mówić, marna. Wygodnie byłoby w tym miejscu po prostu sięgnąć po cytat z Księgi Koheleta: „Wszystko idzie na jedno miejsce: powstało wszystko z prochu i wszystko do prochu znów wraca” i sprawa byłaby załatwiona. Ale nie u Łyskawy; od niego najprawdopodobniej dowiemy się, że ten proch jest strzelniczy i wszystkim nam pisana jest wielka eksplozja, kolaps. A może nie jesteśmy prochem, tylko w proszku i wystarczy dolać wody, by stać się zupełnie czymś innym?