Jutuberzy przejmują kino – sugerują od paru miesięcy zarówno polscy, jak i anglojęzyczni publicyści. Mają ku temu solidne powody: zanim filmowy dyskurs opanowała nolanowska „Odyseja”, historyczne, liczone w setkach milionów dolarów sukcesy finansowe odniosły „Backrooms” Kane’a Parsonsa i „Obsesja” Curry’ego Barkera – dwa niskobudżetowe horrory nakręcone przez gen zetów, którzy do kina trafili z internetu. Fenomen obu projektów wydaje się bliźniaczy, więc te zupełnie różne filmy zlepiono w jedną minifalę młodego (post?)horroru, całkiem niepotrzebnie. Jeśli już zestawiać je ze sobą, to na zasadzie kontrastu. „Backrooms” to zrealizowane za 10 milionów dolarów i przy współudziale hollywoodzkich gwiazd, zlecone przez studio A24 pełnometrażowe rozwinięcie serii filmików Parsonsa z YouTube’a. Film intryguje zamysłem estetycznym, ale nie oferuje nic poza tym; pod płaszczykiem dziwności ukrywa się w nim pustostan. Z kolei zrobiona za niecały milion i obsadzona niezbyt znanymi aktorami „Obsesja” udanie przekuwa jeden, wcale nieszczególnie wyszukany pomysł fabularny w diabelnie skuteczny horror i satyrę w jednym. Podczas gdy „Backrooms” idzie w abstrakcję, niedopowiedzenia i wynurzenia pretensjonalnego pasjonata pop-psychologii, „Obsesja” z sukcesem zawierza gatunkowym konkretom.
Czwórka znajomych, dwóch chłopaków i dwie dziewczyny, pracuje w sklepie muzycznym. Bear (Michael Johnston) podkochuje się w Nikki (Inde Navarrette), ale boi się jej o tym powiedzieć. Ian (Cooper Tomlinson) namawia go do wyznania uczuć, ale od razu widać, że tylko go podpuszcza. Sarah (Megan Lawless) troszczy się o Beara, ale on nie zwraca na nią uwagi, bo oczy ma utkwione w Nikki. Mogliby usiąść we czwórkę i wszystko przegadać, ale Bear woli słodkie złudzenia od bolesnej prawdy. Kupuje w sklepie magiczną wierzbową gałązkę, przełamuje ją i wypowiada na głos życzenie: „Chcę, żeby Nikki kochała mnie najbardziej na świecie”. Życzenie się spełnia, Bear jest cały w skowronkach. Jeszcze nie wie, że pożałuje swojego życzenia.
„Obsesja” dotyka tematów toksyczności i współzależności w związku, szydzi z nice guyów i mitów o nieskazitelnej, romantycznej miłości. Przede wszystkim jest jednak filmem o szkodliwych skutkach egoizmu. Bear nie dostrzega spraw widocznych gołym okiem przez postronnego obserwatora, nie potrafi też słuchać ze zrozumieniem. Przymusza Nikki do miłości. Kiedy zauważa, że dziewczyna została zniewolona tajemniczą mocą życzenia, Bear się tym nie przejmuje i wykorzystuje jej uległość. Próbuje cofnąć skutki własnych działań dopiero wtedy, gdy sytuacja niejako się odwraca i obsesyjna „miłość” zmienionej Nikki staje się dla niego niebezpieczna.
Można więc spojrzeć na „Obsesję” jako bardzo szczególną przedstawicielkę gatunku rape and revenge, w której początkowy akt przemocy ma charakter nie tyle fizyczny, ile symboliczny, i dopiero z czasem odsłania pełnię swej nikczemności. Nie od razu mamy też pewność, komu (i czy komuś w ogóle) powinniśmy kibicować. W pierwszych scenach Bear prezentuje się jako chłopak, któremu można współczuć; otrzymujemy nawet sugestię, że może cierpieć na depresję. Nikki z kolei jawi się jako archetyp dziewczyny silnej, przebojowej i równocześnie czułej. Opierając się na połączeniu ich charakterów, wielu twórców nakręciłoby wzruszającą komedię romantyczną. Kiedy więc ogląda się film Barkera, z tyłu głowy długo tli się nadzieja, że może prawdziwa miłość pokona moc zaklęcia, może finalnie oboje będą szczęśliwi. Ale „Obsesja” zdecydowanie nie jest komedią romantyczną. Po kilku scenach przekonujemy się, że mamy do czynienia z sytuacją beznadziejną, a opowieść Barkera w pełni odsłania ponure podbrzusze.
W swoim drugim pełnym metrażu (jego pierwszym był zrealizowany za 800 dolarów i dystrybuowany na YouTube found-footage’owy horror „Milk & Serial”) młody reżyser nie tylko konsekwentnie wzbudza strach, ale także utrzymuje widza w stanie ciągłego stresu, wyciągając z banalnej historyjki podtekst chronicznej przemocy psychicznej. Przepis na budowanie napięcia ma prosty: funduje nam postępującą eskalację. Nikki z każdą minutą coraz mocniej zatraca się w manii, Bear coraz bardziej nie może tego wytrzymać. W którymś momencie „Obsesja” przestaje więc zaskakiwać, ale paradoksalnie to jej przewidywalność potęguje przerażenie. Świadomość tego, co musi nastąpić ‒ przeczucie, że znamy już kolejne, etapy psychofizycznego udręczenia, które musi przejść bohaterka, i tylko czekamy, aż w porażający sposób zmaterializują się na ekranie. Sprawia to, że w kinowym fotelu siedzi się z ogromnym napięciem.
Znakomitym zabiegiem wzmacniającym grozę filmu jest też nieuchwytność magicznej mocy zawartej w wierzbowej gałązce. Kto jest w stanie zrealizować każde marzenie do głębi, pociągając za sobą wszystkie jego implikacje? Jaka diabelna siła może nadpisać ludzką tożsamość? Kto przemawia ustami Nikki, gdy ta jest pod wpływem czaru? Przyznaję, że już samo zadawanie sobie tych pytań wywołuje gęsią skórkę. A jednocześnie czai się tu też element czarnego humoru, dobrze widoczny w scenie, w której Bear dzwoni z reklamacją do producenta magicznej gałązki. Pomyślcie tylko o absurdzie tej sytuacji: dzwonisz na infolinię do szatana, a ten informuje cię głosem zjaranego małolata (należącym do samego reżysera), że zwrotów życzeń nie przyjmuje.
Tworzony przez Barkera i Tomlinsona youtube’owy kanał that’s a bad idea skupia się na komediowych skeczach i ten rodowód doskonale widać w „Obsesji”. To w ogóle szersza tendencja, że najlepsze nowe horrory często świetnie balansują między strachem a śmiechem ‒ przypomnijmy sobie tylko „Zniknięcia” Zacha Creggera, „Grzeszników” Ryana Cooglera czy nowe części serii „28 lat później”. Barker ma jednak trochę inny pomysł na mieszanie strachu i humoru niż jego bardziej doświadczeni koledzy po fachu. „Obsesja” jest znacznie straszniejsza od powyższych tytułów, a humor osiąga wyższy pułap ostrości. Na przykład w „Zniknięciach” opowieść płynnie się przepoczwarzała, zacierając granice międzygatunkowe; humor łagodził strach, elementy nadprzyrodzone wywoływały ciarki zaskoczenia, baśniowa rama współgrała z konwencją obyczajowego dramatu. Film Barkera natomiast to stuprocentowy, zimnokrwisty horror, w którym niektóre sceny zostają wykończone humorystyczną dwuznacznością. Dobrym przykładem tej strategii jest scena, w której Nikki na chwilę budzi się z transu. Moment, w którym słyszymy jej ciche, błagalne słowa skierowane do Beara, to bodaj najbardziej przerażająca chwila w całym filmie (i zarazem jedna z najstraszliwszych i smutnych scen w kinie ostatniej dekady). Bear nie potrafi się wznieść ponad swój punkt widzenia, odpowiada jej: „Bycie ze mną jest aż tak złe?”. Jego ewidentne braki w empatii okazują się tu tak absurdalne, że aż śmieszne.
Scena ta działa doskonale dlatego, że Barker wykazuje się w niej niesamowitym wyczuciem reżyserskim. „Obsesja” nie jest technicznym majstersztykiem, bo nie może nim być; z niskiego budżetu wprost wynikają niewielka skala i ograniczone moce przerobowe. Do nakręcenia wybitnego filmu nie zawsze jednak potrzeba tony pieniędzy ‒ czasem wystarczą pomysł, zapał i intuicja. Przymioty te połączone razem mogą zaowocować niezwykle przekonującym efektem i tak właśnie stało się w przypadku „Obsesji”. Barker wyciska z większości scen cały ich potencjał, pracuje z maksymalną efektywnością. Weźmy na przykład scenę, w której Bear wypowiada życzenie: dzięki niezwykle precyzyjnemu montażowi ogląda się ją na skraju fotela, z ekscytacją śledząc, w jaki sposób się rozwinie. Gdy na ekranie znikąd pojawia się Nikki ukryta w półcieniu, usta układają się w niemym zdumieniu. To nie jest kadr przepiękny ani pietystycznie rozplanowany, ale wciąż niebywale skuteczny.
Największym skarbem Barkera, bez którego sukces jego filmu nie byłby możliwy, jest oczywiście odtwórczyni roli Nikki. Niektórzy już wróżą Navarrette Oscara, a ja trzymam kciuki, żebyśmy faktycznie zobaczyli ją za parę miesięcy na scenie Dolby Theatre. Jestem przekonany, że jej rolę już niedługo będzie można znaleźć w wielu rankingach najbardziej kultowych występów aktorskich w historii kina. Navarrette podchodzi do swojej kreacji chyba w jedyny właściwy sposób: nie psychologicznie, a przede wszystkim fizycznie. Każda jej mina, słowo i ruch są porażające. Partnerujący jej Johnston wypada przy niej blado, ale nie ma co się dziwić – w starciu z jej intensywnością bycia na ekranie polegliby nawet najwięksi aktorzy.
„Obsesja” to w pewnym sensie mroczna bajka o naszej współczesnej kulturze indywidualizmu i przeteraupetyzowania, w której skupiamy się głównie na swoich ograniczeniach i możliwościach. Barker dobitnie przypomina, że równie ważne jest otwarcie się na potrzeby innych. Gdyby więc chcieć wyprowadzić z „Obsesji” jakiś morał, brzmiałby on nie tylko: „Uważaj, czego sobie życzysz”, ale też: „Uważnie słuchaj, czego życzą sobie inni”. Chociaż czuję, że sprowadzanie tego filmu do morału nie jest potrzebne. Najlepiej działa po prostu jako dobrze naoliwiona maszynka do wytwarzania napięcia, strachu i refleksji. Nawet miesiąc po seansie pozostaje żywy w moich myślach.