Nr 11/2026 Na dłużej

GATUNKI TRANSKOBIECOŚCI: Zwyczajna nadzwyczajność adwokat McCabe

J. Szpilka
Literatura Cykl

Od lat uporczywie narzekam, że współczesna, anglojęzyczna proza transkobieca – literatura, którą się zajmuję i której w dużej mierze poświęcone są GATUNKI TRANSKOBIECOŚCI – jest prawie nieobecna na polskim rynku wydawniczym. Jeanne Thornton, Cat Fitzpatrick, Alison Rumfitt czy Nicola Dinan po prostu nie są tłumaczone; właściwie jedyny wyjątek stanowi tutaj Torrey Peters. Chichotem losu jest, że pomimo wciąż powracających i bynajmniej nie bezpodstawnych krytyk amerykańskocentryczności kultury trans łatwiej trafić w polskich księgarniach na tłumaczenia (niestety czasami fatalne) latynoamerykańskiej literatury travesti niż na klasykę trans lit. Stąd też moje ogromne zaskoczenie, kiedy odkryłam, że przeczytana przeze mnie niedawno powieść „By Way of Sorrow” Robyn Gigl ukazała się w tłumaczeniu jako „Droga smutku”, nakładem nieznanego mi wydawnictwa Skarpa Warszawska. Do tego ukazała się już kilka lat temu – a ja nic o tym nie słyszałam.

„Droga smutku” to pierwsza powieść z cyklu thrillerów sądowych o adwokatce Erin McCabe. Do tej pory seria ta obejmuje cztery pozycje, z których w Polsce wydane zostały pierwsze dwie („Droga smutku” oraz „Syndrom ocalałej”). Być może dlatego ich publikacje zupełnie umknęły mojej uwadze. Moja ukochana trans lit, nawet jeśli zahacza o prozę gatunkową (szczególnie nie boi się sci-fi i horroru), funkcjonuje w obiegu krytycznym i zbliża się do literatury istotnej, problemowej. (Tutaj drobny żart: GATUNKI TRANSKOBIECOŚCI można opisać jako moje sprawozdania z tego, co ostatnio oblurbowała Torrey Peters). Seria o Erin McCabe to z kolei literatura „lotniskowa”. Nie przywołuję tego rozróżnienia, aby ustawić hierarchię jakości. Interesuje mnie raczej kwestia różnicy w obiegu i domyślnym profilu odbiorców.

Jednym z wyznaczników trans lit – od czasów „Nevady” Imogen Binnie – jest to, że ma to być literatura pisana „przez nas dla nas”. To literatura raczej dla transek, a nie transkach. Czy cel ten faktycznie udało się zrealizować, to inna sprawa, ale daje on uzasadnienie, żeby rezygnować z dydaktycznej funkcji przypisywanej książkom o transach dla cisów. Podejście Gigl – trans kobiety i uznanej prawniczki – jest zgoła inne. I to właśnie ta inność zapewnia perspektywę na chyba najpoważniejszą różnicę, z którą w GATUNKACH TRANSKOBIECOŚCI przyszło mi się mierzyć.

Jak na każdą serię popularnych powieści kryminalnych przystało, książki Gigl ustanawiają i powtarzają schemat. Jej bohaterka to niebywale utalentowana i atrakcyjna prawniczka, która kilka lat wcześniej przeszła tranzycję; jej partner z firmy to były agent FBI, Afroamerykanin, który opuścił agencję ze względu na sprzeciw wobec niekonstytucyjnej inwigilacji amerykańskich muzułmanów po zamachach 11 września. Razem podejmują się obrony niesłusznie oskarżonych, często transpłciowych ofiar knowań politycznych i ekonomicznych elit. Przeciwnicy McCabe to pozbawieni skrupułów politycy, amoralni bogacze, czy skorumpowani przedstawiciele policji; prawie zawsze są homofobami, rasistami i wyborcami prawicy.

McCabe poza tym, że walczy o sprawiedliwość publiczną, musi się jeszcze mierzyć – jak na każdą dobrą bohaterkę współczesnego thrillera przystało – z wyzwaniami w życiu osobistym. Są one różne: ojciec, który nie akceptuje jej transpłciowości; pierwszy potranzycyjny romans z mężczyzną; choroba nowotworowa matki. Problemy te zapewniają Gigl możliwość włączenia wątków nie tyle emocjonalnych, ile dydaktycznych; melodramatyczne starania McCabe o uznanie i miłość są jednocześnie przestrzenią do wytłumaczenia, co to znaczy być trans kobietą, i do przedstawienia codziennych trudów radzenia sobie z płcią.

Na przecięciu skomplikowanych zwrotów akcji, fabuły dreszczowca i melodramatycznych perypetii życia osobistego najmniej widać różnicę między kryminałami Gigl a trans lit. Erin McCabe jest wyjątkowa. Wyróżniają ją talent, uroda, komplikacja spraw, w które zostaje wplątana, i zdolność do rozwiązywania problemów zdających się niemożliwymi do rozwiązania. Poznajemy ją u szczytu kariery, po udanej tranzycji, gdy jest zamożną i stabilnie społecznie usytuowaną kobietą. Ma idealny passing. Jest trans kobietą sukcesu, właściwie jedyną w swoim kręgu społecznym. Życie rodzinne i romantyczne nieustannie stawia przed nią wyzwania, którym jednak jest w stanie podołać: przezwyciężyć uprzedzenia rodziców, znaleźć kochającego (wysportowanego i przystojnego) męża, zbudować doskonałą relację z siostrzeńcami, którzy bez zająknięcia mówią do niej „ciociu Erin”. Życie może nie jak z bajki – zważywszy na to, że przynajmniej raz na tom ktoś próbuje ją zamordować – ale zdecydowanie odległe od codzienności większości transek, które znam. Jeśli, jak sugeruje McKenzie Wark, trans lit można rozumieć jako próbę wypowiedzenia doświadczenia „dziewczyn takich jak my”, to trzeba powiedzieć, że McCabe trudno do tego grona zaliczyć.

Powtórzę: to nie różnica jakościowa, ale gatunkowa. Z tego względu kusi mnie porównanie kryminałów Gigl z transkobiecym horrorem, o którym sporo już w GATUNKACH TRANSKOBIECOŚCI pisałam (i do którego zamierzam na łamach cyklu niedługo wrócić). W obu wypadkach spotykamy świadome zerwanie z realizmem; nawiedzone domy i demoniczne opętania z powieści Alison Rumfitt czy Gretchen Felker-Martin nie są dużo bardziej fantastyczne niż wieloletnie spiski i filmowe strzelaniny u Gigl. Transkobiecy horror wykorzystuje gatunkową konwencję, by opowiedzieć o tym, czego się boimy, aby obrać w kształt, ciało i narrację wszystkie nasze lęki. A do czego odnosi się Gigl? Może do tego, czego pragniemy?

fot. Taylor Friehl on Unsplash

Czytając „Drogę smutku”, raz za razem przyłapywałam się na tym, że to, co zwracało w bohaterce moją uwagę – cała ta jej wyjątkowość – zarazem mnie dziwiło, ponieważ McCabe jest trans. Wyjątkowość jest prawem detektywów prawników, śledczych, ciekawskich starszych panien – a więc tych, którzy rozgościli się w polu kryminału. Rolą trans kobiet w tym gatunku jest raczej być ofiarami albo złoczyńcami. Przebierańcy, odmieńcy, zmieniający płeć i kształt są w końcu doskonałym wyzwaniem dla walczących o prawdę. Być może więc łatwiej jest mi po prostu wyobrazić sobie transkę żyjącą w grozie niż wyjątkowości? Szczególnie wyjątkowości prawniczki? Nasze pragnienie, które zdaje się wypowiadać proza Gigl, to fakt, że McCabe jest wyjątkowa, ponieważ poza swoją transpłciowością jest pod każdym względem typową reprezentantką swojego gatunku. Oznacza to, że jest więc arcyzwyczajna; że niczym w swoich zdolnościach, kompetencjach i przeżyciach nie różni się od innych kobiet takich jak ona. Ale już nie od dziewczyn takich jak my.

Może dlatego właśnie McCabe ma stosunkowo niewiele styczności z innymi trans kobietami. Owszem, pojawiają się na stronach książek, ale jako podejrzane, jako ofiary i jako świadkowie, nigdy jako przyjaciółki. McCabe zamieszkuje elitarny świat prawników, biznesmenów, wyższej klasy średniej – a jako że powieści są osadzone pod koniec lat 2000., to obecność trans kobiet jest w tej rzeczywistości faktycznie wyjątkowa (i to McCabe właśnie jest tym wyjątkiem). Co więcej, nie tylko zamieszkuje ten świat, ale również do niego należy. Nie jest w nim intruzem, ale pełnoprawnym i w pełni uznanym obywatelem. Chociaż musi mierzyć się z transfobią konserwatywnych przedstawicieli środowisk prawnych, jak również z nieustannym brakiem wiedzy i świadomości na temat samego faktu istnienia osób trans, to jednak jej zwyczajna wyjątkowość zapewnia jej prawo do przynależności i obecności. Struktury wzajemnego wsparcia i opieki, niezbędne do przetrwania w transfobicznej rzeczywistości skazującej trans kobiety na wegetację w warunkach skrajnej prekarności, nie są McCabe potrzebne. Nie tęskni do innych transek, nawet jeśli się o nie troszczy.

I to chyba jest najmocniejsza i najwyraźniejsza różnica między prozą Gigl a literaturą transkobiecą. Ta druga jest, przynajmniej dla mnie, literaturą nie tylko od nas dla nas, ale też literaturą o nas: o nas w liczbie mnogiej, nie jako wyjątkach od cispłciowej reguły, ale jako społeczności, kulturze, estetyce. Powieści Gigl nie są tym zainteresowane; zamiast tego realizują wizję świata, w której trans kobiety mogą być równie wyjątkowe, a więc takie same, jak każdy inny detektyw. Nie jest to krytyka. Powieści Gigl są dalekie od wybitności, ale doskonale spełniają swoją rolę sensacyjnego czytadła – są dokładnie tym, czym chcą być.

Być może w tej różnicy chodzi o coś więcej. W opublikowanym w 2021 roku eseju „How Do Gender Transitions Happen?” brytyjska badaczka i aktywistka Jules Gleeson przedstawiła dwa modele rozumienia tranzycji jako procesu. Pierwszy z nich – który dla uproszczenia możemy nazwać liberalnym – rozumie tranzycję jako proces samoprzekształcania się podmiotu. W tym sensie osoba trans podejmuje rozmaite działania mające zmodyfikować jej płeć, których sukces jest mierzony jej zdolnością do osiągnięcia społecznego uznania jako i w docelowej płci. Temu indywidualistycznym rozumieniu Gleeson przeciwstawia alternatywny, uspołeczniony proces tranzycji, który dokonuje się nie przez zmaganie o uznanie między osobą trans i społeczeństwem, ale jako budowa relacji z innymi osobami trans. Tranzycja nie jest w tym rozumieniu czymś, co można osiągnąć, ale raczej formą troski: darem, który otrzymujemy od innych, gotowych rozpoznać nas zgodnie z naszym pragnieniem. Mówiąc nieco radykalniej, uspołeczniona wizja tranzycji oznacza, że stawanie się trans to przede wszystkim zmiana świata społecznego, w którym żyjemy, a nie siebie.

Oba te rozumienia się nie wykluczają. Nie stanowią przeciwstawnych alternatyw. Zamiast tego można na nie patrzeć właśnie jako na struktury narracyjne pozwalające uporządkować pragnienie i poczucie siebie w relacji do świata i społeczeństwa. I tutaj właśnie powraca problem (nie)wyjątkowości Erin McCabe. Kryminały wszelkiego rodzaju są, jako gatunek, zawsze narażone na konserwatywną tendencję; ich bohaterowie podtrzymują porządek prawa, instytucji, prawdy. Thriller sądowy zawsze będzie miał problem z odrzuceniem samego sądu jako właściwego miejsca domagania się sprawiedliwości.

Powieści Gigl nie są pod tym względem różne: tytaniczny wysiłek McCabe sprawia, że niewinni zostają uchronieni, a niesprawiedliwi, prędzej czy później, ponoszą słuszne konsekwencje swoich działań. Ta sama logika obowiązuje też w melodramatyczniej części perypetii McCabe, która dzięki swojemu naturalnemu urokowi, pozycji klasowej oraz upartym i cierpliwym staraniom jest w stanie uzyskać miłość i akceptację jako kobieta, nawet ze strony pierwotnie uprzedzonych do niej członków rodziny. Jej zwyczajny sukces to nagroda za jej nadzwyczajne starania.

Nie muszę chyba mówić, jak atrakcyjna jest to wizja i jak bardzo nierealna. Trans lit, o której zaczęłam pisać GATUNKI TRANSKOBIECOŚCI, tak na dobrą sprawę zaczyna się tam, gdzie nadzieja osiągnięcia zwyczajności nadzwyczajnym wysiłkiem przestaje działać. Gdzie zawodzi nadzieja na tranzycję jako radykalne i kompletne przekształcenie siebie, gdzie heroiczny indywidualizm nie wystarcza albo nigdy nie był możliwy.

Co więcej, sama Gigl jest niewątpliwie świadoma zarówno uroku, jak też i pułapki kryjącej się w jej przywiązaniu do heroicznych wizji tranzycji. Świadczy o tym fakt, że jej nadchodząca książka nie będzie kontynuacją cyklu o Erin McCabe. W Soho Press (skądinąd wydawnictwie, w którym publikuje Jeanne Thornton) planuje wydać powieść o podstarzałej trans policjantce, której nagrodą za tranzycję było odesłanie na wewnętrzne wygnanie do biurka w komisariatowej piwnicy. Zapowiedzi sugerują więc coś dużo mniej wyjątkowego niż sukcesy McCabe. Kto wie: może skończy się blurbem Torrey Peters? Chociaż na polskie wydanie bym już raczej nie liczyła.

Robyn Gigl, „Droga smutku”
Skarpa Warszawska
Warszawa 2023
data wydania anglojęzycznego: 2021

GATUNKI TRANS KOBIECOŚCI
Cykl poświęcony współczesnej, anglojęzycznej literaturze transkobiecej – tekstom, które nie zostały jeszcze przełożone na język polski. Prezentuje literaturę celowo mniejszościową, pisaną – żeby użyć sformułowania MacKenzie Wark – przez „dziewczyny takie jak my” dla innych takich dziewczyn. W tej przestrzeni gatunki transkobiecości ujawniają się w swojej wielości i polifonii, nie dającej zredukować się do dydaktycznych wywodów dla cis odbiorców, quasi-muzealnych prób klasyfikacji i ujarzmienia transkobiecej kreatywności.