Czasem tylko to przeczuwamy, a czasem udajemy, że tego nie widzimy: w elitach politycznych czy towarzyskich nie ma nic szczególnie ciekawego. Są częścią jakiejś fantazji o określonym porządku społecznym, mówią coś na temat utopii czy ideologii, „właściwej” hierarchii i systemu wartości. Odkąd pamiętam, przedstawiciele elit oraz ich strażnicy próbują mnie przekonać, że status śmietanki towarzyskiej jest realizacją mitu o merytokracji, a zasługi i zalety – nie tylko świadczące o wybitności, lecz także uzasadniające zajmowaną pozycję – przedstawiane bywają jako uosobienie piękna, mądrości i wzniosłości. Na szczęście takie opowieści znajdują swoich maruderów i drwiarzy. Wielu krytycznie słucha tego, co tak zwane elity (lub ci, którzy się za nie podają) mają nam do sprzedania.
Kimś takim jest Data Tavadze, gruziński reżyser, który w Teatrze Dramatycznym w Warszawie zrealizował „Anioła zagłady”. Teatralna reinterpretacja słynnego filmu Luisa Buñuela z 1962 roku powtarza surrealistyczny koncept, na którym opiera się dzieło reżysera: po uroczystym spotkaniu w doborowym gronie goście nie mogą opuścić domu. Uniemożliwia im to jakaś tajemnicza, niezbadana siła, kaprys losu lub może wola boża, ułożenie planet albo inne okoliczności. Zamknięci, zmuszeni do pozostawania w swoim towarzystwie, stopniowo ujawniają – dotychczas skrzętnie poukrywane za formą konwenansu – popędy i obsesje. Epatują także wewnętrzną dezorganizacją czy ideową pustką.
Tavadze wiernie trzyma się tej ramy. Wprowadza jednak kilka, raczej drobnych, autorskich zmian w fabule. Jak u Buñuela pomoc domowa i służba czmychają po cichu, przygotowawszy wcześniej wszystko, co może być potrzebne przy wystawnym wieczorze, tak w spektaklu gospodarze orientują się, że nie ma w domu nikogo, kto byłby skłonny usługiwać im i ich gościom. W filmie owo tajemnicze coś, co zatrzymuje wszystkich w domu, zdaje się być zewnętrzną siłą, metafizyczną barierą nie do przejścia. W scenicznej wersji natomiast uwięzienie odebrałem jako wynikające z wewnętrznej niemocy przedstawicieli elity. Uwspółcześniony został także kontekst: przedstawicielki i przedstawiciele wyższych sfer ochoczo debatują o dzisiejszym polikryzysie – burzach politycznych, technologicznych, migranckich czy klimatycznych – jednak ich wiedza o tym, co się dzieje na świecie, jest w najlepszym przypadku powierzchowna. Poprzez obnażanie społecznej nieprzydatności oraz wątłości intelektualnych postaw towarzystwa spektakl wpisuje się w antyelitarny trend. Prawdą jest, że w ostatnim czasie pojawiło się całkiem sporo spektakli, filmów czy seriali poświęconych perypetiom elit finansowych, politycznych czy kulturalnych (m.in. „Sukcesja”, „W trójkącie”, „Biały lotos”, „Menu”, „1670” czy „Erotyczne immunitety”). Obrazy te skupiały się jednak bardziej na obnażaniu – na ukazaniu, jak bardzo obskuranckie, głupawe czy wręcz pozbawione człowieczeństwa (o etosie nie wspominając) bywają te wyższe sfery. Na tle całkiem nieźle rozkręconego już tematu rozważania twórców „Anioła zagłady” o statusie czy raczej prowizoryczności śmietanki towarzyskiej, a także obsesji na punkcie konwenansu i dystynkcji wydały mi się nie tyle oklepane, ile niezbyt świeże.
Miłą odmianą było natomiast całkowite wyczyszczenie przedstawienia z potencjalnie niebezpiecznego resentymentu. Mam tu na myśli popularne swego czasu określenia typu „łże-elity”. Przedrostek „łże-” zakłada, że istnieją elity prawdziwe, które zostały zastąpione przez uzurpatorów. Tavadzemu trudno byłoby zarzucić pragnienie wyrolowania istniejących elit, aby stworzyć sobie nowe, lepsze, własne. Reżyser uniknął także atmosfery kłótni rodzinnej, według której największym przeciwnikiem elit są ich nieco bardziej zradykalizowane dzieci. Uderza on raczej w samą istotę oderwania tych sfer od rzeczywistości, ich nieprzystawalności do współczesnych potrzeb społecznych czy wreszcie zbyt dużego wpływu na życie reszty obywateli.
Mam jednak pewien problem ze środkami, które zostały zastosowane do osiągnięcia tego celu. Cały spektakl rozgrywa się w atmosferze niesamowitości, przywodzącej na myśl senny koszmar. Dość częste – szczególnie w pierwszych scenach – są repetycje fraz i fragmentów, a także pewna sztywność w ruchach postaci. Poczucie dysonansu oraz niepokoju wzmacniają muzyka (Nika Pasuri) i gra świateł (Agata Skwarczyńska). Skomplikowana, nieprzystępna dramaturgia (Paweł Sztarbowski) – na moje oko mimo wszystko całkiem dobrze przygotowana – polega w dużej mierze na złożonych kompozycjach scen zbiorowych oraz okazjonalnych przedłużeniach fragmentów scen, przerywanych nagłą gwałtownością. Owe zmiany rytmu i tempa wprowadzają nieoswojoną oniryczność i brutalnie z niej wyrywają. I choć osobiście nie mam problemu z tego rodzaju rytmem, trudno było mi przeoczyć dość sporą liczbę znudzonych widzów uciekających z sali.
Wydaje się, że istnieje inna przyczyna tego znużenia: twórcy świadomie zdecydowali się na alienację odbiorcy, wyobcowanie i oddzielenie go od perypetii elit. Oglądamy te pożałowania godne wyższe sfery, gdy stopniowo tracą swoje człowieczeństwo, z perspektywy odseparowanego od przedstawionego świata voyeura, podglądacza. Trudno jest nam złapać cokolwiek, co łączyłoby nas z postaciami, trudno jest się z tą zdegenerowaną bandą utożsamić. Czułem się, jakbym oglądał przez szybę terrarium jakieś osobliwe okazy, żyjące własnym życiem nieznane gatunki węży czy żółwi. Dobre to dla sensu i przesłania spektaklu, kiepskie natomiast dla jego odbioru. Oczywiście nie każdy spektakl musi być przystępny, dajmy twórcom poszaleć i poeksperymentować, szczególnie w teatrze instytucjonalnym, lecz być może zabrakło jakiegoś wyraźniejszego łącznika czy uzasadnienia dla widza, by jednak pozostał na widowni. W końcu obnażyć grupę można tylko przed kimś – inaczej nie dochodzi do żadnego ujawnienia czy odsłonięcia.
Pozytywne wrażenie zrobiła na mnie warstwa estetyczna spektaklu. Przygotowana przez Skwarczyńską scenografia prezentuje eklektyczną, niejednoznaczną przestrzeń o dużym potencjale plastyczności i transformacji. Trzy ściany zamykające scenę wyłożone zostały elastyczną, lustrzaną powłoką, która odbija i deformuje nie tylko ciała aktorów, lecz także refleksy lamp – niekiedy wprawiając te odbicia w falowanie rozchodzące się po ścianach i suficie widowni. Pod ścianami, ustawione w dwóch równych rzędach, stoją krzesła. W niektórych miejscach podłogi rozciągają się kwietniki, które zakłócają pierwsze wrażenie sterylności i uporządkowania. Zaprojektowana w ten sposób przestrzeń okazuje się bardzo podatna na eksperymenty z oświetleniem (za jego reżyserię odpowiada także Skwarczyńska), które nie tylko miarkuje czas akcji (przejście między dniem a nocą) czy zarysowuje ogólną atmosferę sceny, lecz także reorganizuje kontekst akcji. W tle można dostrzec ukrytą za przezroczystą pleksą typowo mieszczańską kuchnię. Kompozycję dopełnia podwieszona nad sceną na stalowym wysięgniku instalacja prezentująca trzy wyświetlacze LED-owe. Na nieregularnej, jakby pochodzącej z innego porządku estetycznego konstrukcji pojawiają się napisy zaznaczające zmiany scen oraz nieliczne, acz znaczące i wzbudzające w odbiorcy pewien niepokój komentarze.
Scenografia skonstruowana z elementów kojarzących się raczej z osobnymi porządkami (sterylnym mieszkaniem przyszłości, naturą, wystawnym domem arystokratycznym, technologiczną dystopią) bardzo interesująco wypada w zestawieniu z dość tradycyjnymi kostiumami elit (Gosia Baczyńska): zacne grono siedzi w smokingach i sukniach wieczorowych. Z jednej strony mamy więc kilka napierających na siebie porządków oraz nagłe, brutalne wtargnięcie (dziwaczny, poskręcany „żyrandol” LED-owy), z drugiej zaś przywiązanie do tradycji, szyku i statusu. Być może twórcy chcieli powiedzieć, że chaotyczna postnowoczesność, eklektyzm i polikryzys zamykają w klatce liberalno-konserwatywne elity, które w zagrażającej ich istnieniu przestrzeni wpadają w obłęd.
Najbardziej zagadkową postacią w spektaklu pozostaje ktoś, kto nie pasuje do tej charakterystyki – jedyny przedstawiciel porządku pozaelitarnego, sługa Łukasz (Mateusz Weber). Wyróżnia go nie tylko kostium (szary kombinezon), lecz także wiedza na temat świata, w którym rozgrywa się akcja. Jego rola i słowa są nie do końca jasne dla przedstawicieli elit. Zamiast lojalnie i pospiesznie zajmować się płaszczami gości oraz znosić potrawy do stołu, Łukasz potrafi tajemniczo zniknąć lub rzucić zagadkową sentencję, która sytuuje się między groźnym ostrzeżeniem a protekcjonalnym pocieszeniem („Ja nie jestem waszym służącym, ale waszym nawykiem”). Jego status pozostaje niejasny nie tylko dla pozostałych postaci – w dobrym, frapującym sensie interpretacyjnej niejasności i niejednoznaczności był taki także dla mnie. Być może zadanie Łukasza polegało na przypominaniu widzowi pozycji, w której ten się aktualnie znajduje – między przeszłością, przestrzenią groteskowych i durnowatych, błądzących jak dzieci we mgle elit, a przyszłością, sterylną, niejednoznaczną, trochę groźną, trochę piękną, pełną takich Łukaszów, którzy porzucili hierarchię starego świata.
Oglądany na scenie Teatru Dramatycznego spektakl można byłoby określić mianem dramatu społecznego, który rozciągnięty został w interesujące strony. Dostrzegam tu znaki przeszłości, już prawie odległej i wymarłej (choć nie do końca) oraz przyszłości, której hierarchii i wartości nie możemy być pewni. Pozostają nam pewne mniej lub bardziej zrozumiałe sygnały, że świat poszedł w tym lub tamtym kierunku, że coś faktycznie wymarło lub się narodziło.
Blisko końca spektaklu, w jego kulminacji, na scenie pojawia się osobliwa rzeźba. Przypomina skierowane ku podłodze kielichy kwiatów (ze względu na czerwony kolor myślę o makach). Czy to manifestacja tytułowego anioła zagłady? Sygnał rychłego końca elit?
Zagadkowość tego obiektu w dużej mierze koresponduje z zagadkowością całego spektaklu. Nie powiem, że nie ma tu zamysłu – słabiej wypadła jednak jego realizacja. Interpretacyjne błądzenie po powidokach surrealizmu sprawiło mi sporo radochy, jednak mam wrażenie, że zabrakło w spektaklu pewnego sznurka, który doprowadziłby widza do pełnego zrozumienia i docenienia sensów przedstawienia. Skoro przesłanie zdaje się polityczne, to przekaz winien być nieco bardziej przystępny. Chyba że postępujące oderwanie się elit od reszty społeczeństwa doszło już do takiego poziomu, iż realne łącza między nami zostały całkiem zerwane. Być może – z mojej perspektywy – elitom ze spektaklu bliżej do żółwi w terrarium. Publiczność może podglądać ten świat, lecz to, co sobie myśli żółw, nie jest jej dostępne. I nie jest jej zmartwieniem.