Oddziaływanie literatury transgresywnej w ogóle i literatury okrutnej w szczególności jest tym krótsze, im bardziej przemijający jest jej przedmiot. Kto kieruje swoje okrucieństwo przeciwko dominującej narracji politycznej, wie, że jego dni są policzone, co trudno uznać za wadę, raczej za ograniczenie. Książka taka jak Si Sabino viviría [Gdyby żył Sabino] Ibana Zaldui, która szydzi z baskijskiego dyskursu narodowego, z jego mitów i kłamstw, będzie odbierana jako agresywna dopóty, dopóki nacjonalistyczna narracja baskijska będzie przeważać w społeczeństwie, do którego jest adresowana. Później może być czytana z zainteresowaniem lub rozbawieniem, ale bez obrazy.
Nieco mniej przemijające jest okrucieństwo wymierzone w moralność, gdyż ta bywa bardziej długowieczna niż instytucje polityczne, dla których często jest inspiracją. Ale moralność też się zmienia i to, w co święcie wierzono w jednym stuleciu, przestaje mieć znaczenie w następnym. Z tego powodu książki swego czasu uchodzące za bezkompromisowe wobec tłumienia seksualności przez katolicyzm dziś wydają nam się przestarzałe; ich trucizna straciła jad.
Natomiast dzieła poświęcone sprawom czysto ludzkim, niezwiązane z żadnym z ich wcieleń ideologicznych, zachowują swoją substancję czynną nietkniętą przez stulecia. Kto atakuje patriotyzm zamiast jakiegoś patriotyzmu, kogo nie interesuje hipokryzja jakiejś moralności, lecz hipokryzja gatunku ludzkiego, kto zajmuje się mniej mękami piekielnymi, a więcej paniką, jaką wzbudza w nas nasza śmiertelność, będzie czytany z równym zainteresowaniem w różnych krajach, epokach i kontekstach kulturowych. Choć nie będę w stanie tego potwierdzić, jestem pewien, że Proces będzie niepokoił czytelników również za sto lat, podobnie jak Auto da fé, Duży zeszyt czy niektóre fragmenty Żywota młodzika niepoczciwego, książki wykraczające daleko poza swój pozornie główny temat. Don Pablos nie skupia się wyłącznie na ukazaniu okrutnej Hiszpanii swoich czasów; robi to, rzecz jasna, lecz zarazem uzmysławia nam problemy tak samo żywotne dzisiaj jak cztery wieki temu: skąpstwo, szalbierstwo, brak skrupułów, przyjemność, jaką grupa może czerpać z poniżania słabszego. W gruncie rzeczy dobre książki zawsze wykraczają poza kontekst swojej fabuły i stają się refleksją ogólną, ponadczasową, a przynajmniej nie bardziej przemijającą niż człowiek. Shakespeare interesuje nas nie tylko dla swojej umiejętności wierszowania czy portretów Marka Antoniusza lub innego angielskiego czy duńskiego monarchy, jakkolwiek by nas to zachwycało. Shakespeare opowiada nam o nas samych i o świecie, w którym żyjemy dziś, pomimo że nie mógł go nawet przeczuć.
Być może dramat literatury okrutnej, wiecznie poszukującej jasności, polega na tym, że może wydawać się równie radykalna, co nieskuteczna. Według Frédérica Beigbedera „(…) jasność umysłu nie chroni przed rzeczywistością (…) Znajomość przyczyn smutku sprawia, że jesteś mniej głupi, ale nie mniej smutny (…) Kult jasności umysłu prowadzi do bezsilności: to bezużyteczna inteligencja”. Prawdopodobnie Beigbeder nawiązuje nieświadomie do Nietzschego – „Poznanie zabija działanie, aby działać, trzeba być spowitym w iluzje” – a ten z kolei do Hegla i jego koncepcji „świadomości osądzającej”, wprawdzie niezbędnej dla postawienia granic mocy przekonania, jednak biernej, uciekającej w słowo, niepodejmującej działań.
Mimo to autor okrutny nie musi koniecznie popaść w bierność i absolutny sceptycyzm; istnieje okrucieństwo optymistyczne, które wierzy, że jasność umysłu jest zdolna zmienić rzeczywistość; aby to osiągnąć, trzeba zdobyć się na autentyczną transgresję, która nie polega na przekraczaniu granic narzuconych przez innych, lecz na wywróceniu do góry nogami własnych wartości i wartości tych, dla których przeznaczona jest książka: być może jednym z najważniejszych zadań autora okrutnego jest zburzenie przekonań ludzi myślących podobnie jak on i w zasadzie będących jego publicznością; tylko poprzez alienację jego wola przybliża się do sensu jego pracy. Nie ma prawdziwego okrucieństwa etycznego, dopóki ci, którzy nas cenią, nie czują się obrażeni; okrucieństwo wymierzone wyłącznie w oponenta jest konformistyczne, pozornie zuchwałe. „Dzieło transgresyjne i obrazoburcze” – z satysfakcją zapowiadają na okładce książki ci, którzy uważają się za stronników autora wtedy, gdy obala on bożki innych, lecz nie swoje własne. Naturalnym przeznaczeniem autora okrutnego jest samotność; samotność Bernharda, Jelinek czy Ciorana, być może nie zupełna, gdyż tej nie da się osiągnąć inaczej niż przez samobójstwo czy szaleństwo, ale na pewno ceną, jaką płacą za jasność, jest stopniowe odwracanie się publiczności, a nawet przyjaciół. A jednak tacy pisarze i myśliciele, choćby posuwali się zbyt daleko i zbyt często sięgali po bicz, obalają mity, pokazują, jak się oduczyć, jak nie paść ofiarą oszustw, i sprawiają, że stajemy się bardziej sceptyczni, a więc bardziej świadomi, choć może nie mniej smutni.
Społeczeństwo, które nie wierzy we wszystko, co mu się opowiada, gotowe zburzyć każdy mit leżący u jego podstaw, nie zajdzie dalej niż społeczeństwo przepełnione wiarą, lecz być może popełni mniej okropności, trudniej będzie je wciągnąć w fanatyczne zdziczenie, w jakie zdarza się popadać łatwowiernym. Rozum jest powolniejszy od wiary i być może dlatego wydaje się bezsilny; również samokrytycyzm spowalnia podejmowanie decyzji. Okrucieństwo etyczne unieruchamia nas na chwilę, nie pozwala nam dalej iść, tak jakbyśmy wiedzieli, dokąd idziemy. To prawda, że gdy raz stracimy impet, potem trudno jest wybrać drogę i wielu zostaje na zawsze na rozstajach, bo nie wierzą, że można pójść w którąkolwiek stronę; inni, bez wielkiej wiary, gotowi zawrócić, jeśli będzie trzeba, zmienić kierunek, znajdą sposób na dalsze życie i działanie, a także na odmowę działania, które im się narzuca, a odmowa nie jest oznaką bezsilności, jak zdaje się sądzić Beigbeder; odmówić, odrzucić, zbuntować się to czasowniki naładowane energią, które niekiedy wymagają więcej poświęcenia niż zgodzić się, iść dalej przetartym szlakiem, poddać się, być tym, czym każą nam być.
Literatura, która wywołuje wahanie, niepewność, a zarazem wymaga wysiłku, rozmija się z oczekiwaniami czytelnika i kapitalistycznej logiki. Relaks jest po to, by odpocząć, rozrywka jest bardziej pożądana od skupienia, czytelnik potrzebuje odprężyć się, odzyskać siły, aby później móc dalej produkować, i nade wszystko nie życzy sobie, by zasiewać mu w głowie wątpliwości na temat dobra i zła. Literatura naprawdę okrutna, ta, która rujnuje nasze przekonania, wydaje się bliska jeśli nie zaniku, to przynajmniej marginalizacji. Nie jest ani pop, ani afterpop, ani nowoczesna, ani ponowoczesna; raczej przenika szczelinami poetyk jednorazowego użytku, jest elitarna, gdyż uparcie odmawia przeżuwania wciąż tej samej papki, którą serwują nam prawie za darmo i która skleja nam usta, rezygnuje z pedagogiki, ale nie godzi się z tym, że niczego nie można się nauczyć, burzy, nie wiedząc, co zbudować w miejscu ruin, zadaje ból, po czym odmawia pocieszenia. Pytanie, jakie muszą sobie zadać każdy pisarz i każdy czytelnik, zanim zaczną okrutną książkę, brzmi: chcesz patrzeć czy wolisz dalej spokojnie chodzić słoneczną stroną ulicy?
Pytanie jest uzasadnione, podobnie jak każda odpowiedź. Jestem ostatnim, który zaprzeczy zmęczeniu, który powie, że obca mu jest pokusa, by poddać się i przejść na pastylki o smaku truskawkowym. Skoro Historia się skończyła, nie ma przyszłości, zatem nie warto jej sobie wyobrażać. Jeśli, jak mówią, nigdy nie będzie nam lepiej niż teraz, lepiej włożyć kapcie i rozsiąść się wygodnie, pozamykać okna, żeby nie docierał do nas hałas z ulicy, próbować przed lustrem uśmiechy, przyjaźnie gawędzić z telewizorem.
To prawda, że nieco nas znużyła ta cała głębia i transcendencja głoszone przez awangardy, które potem nie omieszkały zrobić bilansu kasowego. Trudno zaprzeczyć, że – jak pisał Frederick Jameson – chcieliśmy przez jakiś czas pożyć na powierzchni. Ale powierzchnia stała się śliska; literatura spod znaku Prozaka nie zdołała nam wmówić, że jesteśmy szczęśliwi czy choćby umiarkowanie zadowoleni. We are not amused! Pomimo tego, że w programach informacyjnych horror blednie w sąsiedztwie relacji z wydarzeń sportowych i pokazów mody, nie udało im się sprawić, że nie cierpnie nam skóra. Dlatego właśnie, od czasu do czasu, mamy ochotę znów otworzyć oczy i spojrzeć tam, gdzie nie dociera oślepiające światło reklam. Zajrzeć do książek, które wolą otchłanie od lotów klasą biznes na listach bestsellerów. Ci, którzy zechcą przeczytać jedną z książek pokrótce omawianych w następnej części, są albo źle poinformowani, albo gotowi zapuścić się w różne otchłanne topografie.
Fragment książki José Ovejero, „Etyka okrucieństwa”, która w tłumaczeniu Urszuli Kropiwiec ukazuje się nakładem wydawnictwa Obroty. Wydawcy dziękujemy za współpracę! Tytuł pochodzi od redakcji dwutygodnika „CzasKultury.pl”.