11 października 2018
ustawa-20-950x500
www.nauka.gov.pl

Zwieracze umysłu 2.0

Uczony polski to gorący patriota swojej ojczyzny. Jest on pełen dumy z naszej polskiej nauki, z jej osiągnięć, z jej priorytetu w najważniejszych odkryciach i pracach badawczych. Polskiemu uczonemu-patriocie obce jest wszelkie bicie pokłonów przed gnijącą, wysługującą się reakcją nauką burżuazyjną.

Brzmi znajomo? Rymuje się z hymnami na cześć dumy narodowej, które rozbrzmiewają dzisiaj z małych i dużych mównic?

Od razu wyjaśniam: to parafraza tyrady z 1952 roku, w której zamiast „radziecki” umieściłem „polski”. Tak wówczas argumentowano przeciw światowym i europejskim trendom intelektualnym, tak odcinano się od międzynarodowego obiegu myśli. Skutki znamy, ale chyba nie wszystkie równie dobrze. Reaktywowana po II wojnie światowej ‑ na Uniwersytecie Warszawskim, Jagiellońskim, Poznańskim, Wrocławskim i Łódzkim – socjologia szybko została uznana za „reakcjonistyczny kierunek”. Postępująca stalinizacja doprowadziła do tego, że w trybie administracyjnym zlikwidowano w Polsce katedry, studia uniwersyteckie, placówki badawcze i wydawnictwa poświęcone socjologii jako „nauce burżuazyjnej”. Odtąd można było ją uprawić tylko nieoficjalnie, w ukryciu, w ramach innych kierunków. Dziedzictwo Floriana Znanieckiego, Józefa Chałasińskiego, Niny Assorodobraj, Juliana Hochfelda, Ludwika Gumplowicza, Edwarda Abramowskiego i wielu, wielu innych zostało zdewaluowane i wymazane z pola nauki polskiej. Dopiero „odwilż” lat 1956‑1957 przerwała ten stan wymuszonej śpiączki i przywróciła socjologię na uniwersytety.

Czy mamy świadomość, że podobne szykany w tym samym czasie dotknęły także polską etnologię? Zgodnie z przyjętą ideologią dyscyplina ta zaczęła być etykietowana jako etnografia, co miało wyraźnie wskazywać jej nachylenie ku opisowi „kultury ludowej” i co w ramach zadekretowanego sojuszu robotniczo-chłopskiego uznano za zajęcie przynoszące naukowcom chlubę. W 1951 roku powołano do życia w skali całego kraju twór pod nazwą Studium Historii Kultury Materialnej. Idea zawarta w tej nazwie jasno wyraża, z jakimi zadaniami kojarzono działalność takich jednostek. Etnografia miała się stać nauką pomocniczą marksistowskiej historii, odciętą od uprzednich związków z antropologią społeczną i kulturową. Narzucona idea materializmu dialektycznego zmieniła Bronisława Malinowskiego w „psa łańcuchowego imperializmu”.

Próbujących myśleć inaczej szykanowano: Jan Stanisław Bystroń był atakowany przez prasę i studentów za rzekomy rasizm, Andrzeja Waligórskiego lekceważono jako „reprezentanta funkcjonalizmu”, Jana Czekanowskiego obłożono zakazem publikowania i prowadzenia seminarium, a Kazimiera Zawistowicz-Adamska została pozbawiona prawa nauczania studentów w swoim macierzystym instytucie na UŁ.

Jak tłumaczono kneblowanie rozwoju etnologii? W instruktażowej książce „Anglo-amerykańska etnografia w służbie imperializmu” (Państwowe Wydawnictwo Naukowe!) wydanej u nas w 1952 roku radzieccy autorzy pisali o trwającej „szeroko zakrojonej ofensywie ideologicznej”. Oto jakie były jej ponure oznaki:

Amerykańskie publikacje z dziedziny etnografii zawalają półki bibliotek i księgarń zmarshallizowanej Europy, podobnie jak zalewają ją amerykańskie powieści detektywistyczne z „kidnappingiem” i z niezliczoną ilością krwawych morderstw oraz nie ustępujące im w niczym hollywoodzkie filmy, konserwy z zepsutej koniny, stara odzież i jajka z proszku.

Zauważmy, że trosce o ochronę niezawisłości narodowej nauki towarzyszy tutaj także zatroskanie treścią żołądków i chęć obrony naszych kin i lodówek przed zachodnim śmieciem. Jak szlachetnie!

Głównym wrogiem poprawnej, swojskiej etnografii była antropologia, a szczególnie jej szkoła funkcjonalna. Radzieccy instruktorzy pisali wprost, że rewolucyjne idee Malinowskiego są „ohydną syntezą wszystkiego, co zacofane, reakcyjne i antynaukowe”. Innych antropologów – Kroebera, Herskovitsa, Benedict, Mead, Batesona – oskarżano o zgubną i myślowo płytką obsesję „życiem seksualnym” i „seksualnym wychowaniem dzieci”, czego efektem były „na poły pornograficzne wydawnictwa”. Pod powierzchnią fatalnie dobieranych tematów krył się wszakże głębszy fundament ideologiczny. Najbardziej zgubna bowiem w uprawianej na Zachodzie antropologii była idea kosmopolityzmu, czyli „negowanie roli momentu narodowego w historii społeczeństwa”. Dla myślenia kosmopolitycznego i globalnego nie było w dobrze pojętej, narodowej nauce miejsca.

Wspomniana „ofensywa ideologiczna” była zmasowana i natężona. Jednak: „Zdarza się co prawda czasami, że nawet i w tym zespole łajdaków zadźwięczą pojedyncze głosy, wspominające «stare, dobre czasy», kiedy etnografowie byli «biedni, lecz uczciwi» i zajmowali się swoimi właściwymi sprawami”. Polscy etnografowie mieli być zatem ubodzy, ale czyści duchem i bogaci w wyższość moralną. To mogło dawać tylko skupienie się na archiwowaniu odchodzącej tradycji ludowej i wyjawianiu jej żywej, socjalistycznej treści.

Po co te przypomnienia? Otóż wchodząca właśnie w życie reforma ministra nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina – anonsowana hymnicznie jako „ustawa 2.0” ‑ wymazuje z pola dyscyplin naukowych w Polsce etnologię i antropologię kulturową. Nawiązuje tym samym do wzorów socrealistycznych, drwiąc przy okazji z rozwiązań wypracowanych w ramach Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), na których jakoby ta nowa reforma bazuje. Przy okazji eliminacji etnologii i antropologii kulturowej zdekapitowano także kulturoznawstwo.

Historyczne analogie są bardzo niepokojące. Socjologię zlikwidowano jako naukę rzekomo burżuazyjną, a więc sprzeczną z ideologią ówczesnej władzy. Czyżby kulturoznawstwo, etnologia i antropologia były teraz likwidowane, ponieważ nie zgadzają się z ideologią obecnej władzy? Może idzie o to, że dyscypliny te zakładają krytyczne podejście do kultury, że badają władzę, wiedzę, płciowości, wykluczenia i nacjonalizm, nie odcinając się od impulsów płynących ze strony nowej humanistyki: studiów postkolonialnych, etnicznych, genderowych?

Zamiast kulturoznawstwa, etnologii i antropologii mają teraz być „nauki o kulturze i religii”, choć nie było i nie ma w praktyce polskich nauk humanistycznych dyscypliny, którą tak właśnie nazwano. Nie istnieją placówki badawcze, które uprawiałyby taką dyscyplinę, nie ma takich czasopism naukowych, taka dyscyplina nie jest też uprawiana w Unii Europejskiej ani nigdzie na świecie. Takiego tworu raczej nie będą potrafili odnaleźć ani zagraniczni uczeni, ani grantodawcy, ani studenci.

Wiadomo, mamy być dumni: z kraju, rządu, naszej historii i naszej nauki. Ale dumnym można być głupio albo mądrze. Albo bardzo głupio.

Repatriotyzm znaczy: uchodźcy – tak!!!
26 września 2018

Repatriotyzm znaczy: uchodźcy – tak!!!

Wedle świeżych sondaży badających poczucie przynależności do obszarów cywilizacyjnych, Polska w ostatnich latach przesunęła się w wyobraźni Polaków na wschód. Słynne rozdarcie między Wschodem a Zachodem, fundujące podstawową dynamikę refleksji tożsamościowej Polaków od początku transformacji, zyskało tu wyraźny wektor...

Internując powagę
24 września 2018

Internując powagę

Książki służą do różnych rzeczy. Można nimi podeprzeć stół albo uratować życie. Jedne uczą, inne deprawują. Są takie, co ulatują z pamięci zaraz po odłożeniu i takie, których nie sposób zapomnieć...

Performujmy swoje
14 sierpnia 2018

Performujmy swoje

Policja naostrzyła zęby i podjęła trop. Pogoń była spektakularna, pokazywana w mediach. Osaczone ofiary miały puścić farbę i zadenuncjować projektantów tego prawie-że-zamachu-stanu. Puściły jednak tylko nerwy – jednym, bo powaga ochranianego przez nich państwa została wystrychnięta na dudka, innym, ponieważ naruszono ich mir domowy i osobisty, a używanie słowa „konstytucja” uznano za podnoszenie ręki na najwyższe urzędy...