06 marca 2015
alt

Trauma

Będąc pisarką, dobrze jest mieć w zanadrzu jakąś traumę. Jej ujawnienie po latach pokutowania w niszy pozwala przeżyć festiwal zainteresowania. Tak było z Grażyną Jagielską i jej syndromem stresu bojowego. Tak było z Magdaleną Tulli i jej traumą holokaustową. Tak jest teraz z Anną Janko i jej żałobą po eksterminowanych zamojskich wsiach. Różne pisarki, różne przypadki, ten sam mechanizm przełomu w karierze. Historia autobiograficzna i przedstawiona jako zapis wyparć i neuroz oraz procesu ich przepracowywania to medialno-rynkowy pewniak. Psychoanalityczne metafory są coraz szerzej znane, więc ten klucz coraz lepiej pasuje do indywidualnego i zbiorowego życia. A tu poznajemy tak wspaniale powikłane przypadki!

Wszystkie trzy traumy należą przecież do zapośredniczonych. Jagielska opisuje psychozę przeniesioną przez męża, korespondenta wojennego, który sam zachował równowagę psychiczną. Tulli i Janko opowiadają o ranach odziedziczonych po matkach, które same niewiele albo nic zgoła o nich nie mówią. Publiczność wiernie za pisarkami powtarza, bo tego rodzaju książki narzucają swoją interpretację wraz z gotowym językiem. Idealna czytelniczka Agnieszka Lichnerowicz, rozmawiając w TOK FM z Anną Janko, wyjąkała z pokorą, że nie ma nic do powiedzenia o tym, co zostało „oddane” w książce. Tulli na spotkaniach autorskich dyscyplinuje czytelników, którzy próbują używać innego języka interpretacji. Lubi pytania w stylu zadanego przez Dorotę Wodecką: „Co mówi lis?”. Innych pytań nie ma zresztą wiele. Nasze pisarki, korzystając z aury traumy, mogą więc mówić cokolwiek.

Tulli tworzy lepszą literaturę, doskonali sztukę metafory i niedomówienia, podczas gdy Janko uprawia łopatologię i wielosłowie. Tulli pokazuje mechanizmy społecznej opresji, czego wciąż za mało, natomiast Janko dopomina się o więcej pamięci dla polskich ofiar nazistowskiej eksterminacji, jednocześnie odgrzewając antyniemieckie i antysemickie stereotypy, co regularnie czynią zastępy prawicowych historyków i publicystów. Tulli nie życzy sobie być ofiarą, Janko wręcz przeciwnie – zazdrości ofiarom liczniejszym (jak Żydzi) czy według niej bardziej „medialnie wypieszczonym” (jak mieszkańcy Lidic). Tulli kończy „Szum” uniwersalnym przebaczeniem, Janko twardo domaga się zadośćuczynienia i kary dla niemieckich morderców. Najlepiej w postaci wbijania na pal.

Obie pisarki łączy jednak ideologiczna niechęć do PRL-u. Przypadek Janko zakrawa pod tym względem na paradoks, bo reprodukuje ona peerelowską narrację o dzieciach Zamojszczyzny i używa jej tak, jak czyniono to w PRL-u – z intencją zastąpienia opowieści o Holokauście. Dla obu pisarek PRL jest traumatycznym przedłużeniem traumy wojennej. Państwem powstałym w wyniku jałtańskiej zdrady. Hańbą, karą, wtrąceniem w nędzę. Tym dotkliwszym, im godniej i dostatniej żyło się w zachodniej części Europy, również w pokonanych przecież Niemczech. Nam, rzekomym zwycięzcom, przypadła kraina pozornego spokoju, pod powierzchnią którego kłębił się strach i agresja. Wciąż na nowo rozgrywał się spektakl wzorowany na okupacyjnym terrorze (u Tulli – publiczne egzekucje przedszkolaków w przedszkolach). PRL to piętno, jad, którym nie można się było nie zatruć. A zarazem przeciągająca się nierzeczywistość.

Tym sposobem doświadczenie zwykłych ludzi, którzy w PRL-u czuli się godnie, bo mieli pracę, dostęp do edukacji, opieki zdrowotnej i świadczeń socjalnych, niewielki, ale dla nich znaczny dobrobyt – zostaje lekką rączką wyrzucone za okno. Gdyby się taki zgłosił, to by usłyszał, że był tak głęboko upokorzony, że nawet o tym nie wiedział. Tulli, Janko i inni zwolennicy teorii traumy lepiej od niego wiedzą, co przeżył. Im bardziej temu zaprzecza, tym bardziej podlega mechanice traumy. I niech się podda terapii, bo skrzywdzi swoje dzieci. Psychoanaliza służy tu do protekcjonalnego uprzedmiotowienia politycznego adwersarza i wykluczenia go z dyskusji. Jakby nie dość został uprzedmiotowiony i wykluczony przez retorykę ipeenowską i kapitalistyczną. Kultura terapii działa przeciwko komunikacji i emancypacji, które ma rzekomo wspomagać. A przecież można inaczej – książki Ewy Kuryluk i Bożeny Keff, pod wieloma względami podobne, świetnie obywają się bez antypeerelowskich założeń.

Według Tulli i wielu historyków dyskursu publicznego, PRL ufundowany został na przerwanej żałobie, spontanicznym i zorganizowanym zapominaniu o Zagładzie. Janko podpina się pod tę tezę z według niej zapoznaną „małą zagładą” Zamojszczyzny. Obie matki przedstawione w książkach uchyliły się od zadania przepracowania złej pamięci i przez to zostały naznaczone PRL-em. Teraz trzeba ten wysiłek podjąć za nie i dla nich. Zwłaszcza matce w książkach Tulli bardzo odpowiada państwowa polityka niepamięci. Jak PRL nie wierzy w psychoanalizę, żyje horyzontalnie, produkuje płaską normalność. Dziś to oczywisty absurd, brnięcie w neurozę.

Mam już trochę dość tego sposobu myślenia. Oczywiście nie zamierzam zaprzeczać traumie i poganiać żałobników (tym bardziej żałobnic). Zastanawiam się tylko, czy możliwe byłoby uznanie innego punktu widzenia. Zwłaszcza że najwyraźniej przyjmowała go część ofiar.

Myślę o tym, na przykład oglądając socrealistyczny „Powrót” z 1948 roku z manieryczną Ireną Eichlerówną, przy którym współpracował Tadeusz Borowski. Film z dzisiejszej perspektywy szokująco bezwzględny. Oto więźniarka wraca po wojnie z obozu i zastaje mieszkanie zajęte przez sąsiadów, a córeczkę adoptowaną. Sądząc z sytuacji, właściwie powinna być Żydówką. „Myśmy cię już dawno pochowali” – wita ją beztrosko przyjaciółka (Hanka Bielicka) i faktycznie, Elżbieta jest martwa. Nie ma dla niej miejsca, nie bardzo wiadomo, co z nią zrobić, dla najważniejszej osoby – małej Marysi – nie istnieje, a i sama nie ma na siebie pomysłu. W planie wizualnym widmową egzystencję byłej więźniarki oddają kadry z jej nałożoną na inny obraz, przezroczystą, zanikającą sylwetką. Dziwne rysy i głos Eichlerówny tworzą hieroglif żałoby po sobie.

Trwa odbudowa, każde ręce się liczą, a ona siedzi w pasiaku i boleje. Potem bierze się do pracy kelnerki-spekulantki. Inżynier i robotnik zgodnie pouczają, że powinna znaleźć uczciwe zajęcie, „zdobyć szacunek i miejsce w społeczeństwie”, a córka i radość same do niej wrócą. Słowem, musi na nie zasłużyć. Sam pobyt w obozie nic nie znaczy, nie daje jej nadzwyczajnych praw – odwrotnie, to jej stawia się wymagania, to ona powinna wykazać się przydatnością. Film, typowy przykład ówczesnego przerywania żałoby, kończy się dobrze – Elżbieta włącza się w odbudowę Warszawy i dzięki temu odzyskuje życie. Nowe społeczeństwo, nowe państwo marszowym krokiem rusza do przodu, ufundowane na tym jednym, ale skutecznym geście zerwania z traumatyczną przeszłością.

Dydaktyzm obrazu wydaje się dziś naiwny i oburzający. Opór budzi zwłaszcza pouczanie żałobnicy. Ale ta historia ma w sobie też coś wyzwalającego. Jeszcze tego nie czujecie? Wrócimy do rozmowy, kiedy nad Polską rozbije się bania z traumami. Mam przeczucie, że Tulli, a zwłaszcza Janko, to dopiero początek.

Prawa człowieka, prawa końca
11 grudnia 2017

Prawa człowieka, prawa końca

W 1991 roku u 56-letniego Saida wykryto białaczkę. Badacz odszedł we wrześniu 2003 roku. W ostatnich miesiącach pracował nad książką, którą dzisiaj możemy potraktować w kategoriach jego, owszem, przedwczesnego i wymuszonego przez śmiertelną chorobę, testamentu...

Dziewiętnasty września
04 grudnia 2017

Dziewiętnasty września

W historii najnowszej to dziewiętnasty września urasta w stolicy do symbolu niespodziewanego okrucieństwa, jakie może przynieść natura. Tego dnia w 1985 roku zderzenie płyt tektonicznych wzbudziło wstrząs, który według szacunków Narodowej Służby Sejsmologicznej mógł pochłonąć nawet czterdzieści tysięcy ofiar...

Zafejkować się na śmierć
31 października 2017

Zafejkować się na śmierć

Pacjenci mądrzejsi od lekarzy (zwłaszcza w kwestii stosowania szczepień). Rodzice mądrzejsi od uczących ich dzieci nauczycieli (jako poltergeist szkolnych zebrań). Biskupi, a nawet szeregowi księża – mądrzejsi od urzędującego papieża (szczególnie w sprawach ubóstwa i miłosierdzia)...