22 grudnia 2015
alt

Srebrny sztuciec

Grudzień to miły miesiąc, byleby był biały. Jedzie do nas Mikołaj z Coca-Coli, a w radiu dziewczyny z DeSu zachęcają, by sprawdzić, czy za rogiem nie sterczy anioł z Bogiem; co prawda od piętnastu lat poszukiwania spalały na panewce, ale kto wie, może w tym roku będzie inaczej? Z kolei na fejsie zapewne powstaje kolejna grupa domagająca się Kevina także w te święta; wiadomo – tradycji musi stać się zadość.

Poznaniacy przyspieszają, by chociaż raz w roku w tempie przemieszczania przypominać warszawiaków. Na Rynku Jeżyckim rwetes: mandarynki, choinki, słodycze z Niemiec i nietłukące się bombki. Przepraszam, czy są już karpie? Klaksony na Dąbrowskiego tylko w ostatnim miesiącu roku przypominają dźwięki kolęd, na sklepowych wystawach wiszą przykurzone ozdoby z plastiku. Teatralka błyszczy gwiazdkami w kolorze know-how, a w budzie z fast-foodem pewnie dostaniemy okolicznościowe zapiekanki z kapustą i grzybami. Mickiewicz nadal góruje nad placem swojego imienia, tylko tym razem nosi czerwoną czapkę. Ot, taki sympatyczny i zabawny gest, tuszujący niedawne zabrunatnienie okolicy. Nikt nie ma czasu na głupoty! Prezenty, dwanaście potraw, goście, wyjazdy, przyjazdy i sianko pod obrusem. Wieczorem odpoczynek na placu Wolności. Tutaj można poczuć prawdziwą magię świąt jak z Ameryki! Te lampki, ten błysk! Czy w tym roku na placu zagości lodowisko, to karłowate na maksymalnie pięciu łyżwiarzy? Kto wie. I co nam będą mówić, że ten islam, który tutaj w ostatnią niedzielę (!) listopada paradował, to religia pokoju, radości i szacunku dla każdego człowieka? Przecież oni nawet naszej Gwiazdki nie obchodzą, a to dopiero jest święto wolności, radości i właśnie (s)pokoju. Co więcej, nikt nie ma zamiaru się wysadzać w okolicy stadionu Lecha czy strzelać do ludzi w kawiarniach na Żydowskiej. A ci polscy poznaniacy demonstrujący zimnego dwudziestego dziewiątego listopada to na pewno lewaki albo ci z korpo, co nie muszą się bać, że im ciapate zabiorą robotę, gdy z Syrii przybędą. Tfu!

Odpoczynek dobiega końca, na niego też czasu brak, podobnie jak na zakup prezentów. Szczęśliwie na Półwiejskiej świąteczne wyprzedaże z zupełnie darmowym dodatkiem – niewyraźnym wspomnieniem Mężczyzny w Czarnym Garniturze, co ochoczo zachęcał dresów do kopania George'a. Zabiegani, przepychamy się między ulotkarzami i zakupowiczami na Półwiejskiej, ledwie chwytamy w locie „Jingle Bell Rock” oraz końcówkę „All I want for Christmas”, a co dopiero jakieś nieprzyjemne reminiscencje. Jednak w domu, kiedy zrzucamy palto przesiąknięte codzienną harówką i torby pełne prezencików, w naszej głowie, przebijając się przez zapętlony głos Mariah Carey, pojawia się wspomnienie newsów o syryjskim lekarzu. Mężczyzna w Czarnym Garniturze coraz częściej usuwa się w cień, a powinien dostać tablicę pamiątkową: „Tutaj, dnia tego i tego, prawdziwy Polak, Mężczyzna w Czarnym Garniturze, zachęcał do rozkwaszenia drugiego człowieka, tylko dlatego, że...”.  Być może to przypomniałoby poznaniakom, że takich chojraków i chojraczki, mentalnie noszących czarny garnitur, zapewne znajdziemy w mieście na pęczki; to nie tylko łyse głowy i ONR-owskie ciągoty. Mentalny Mężczyzna w Czarnym Garniturze może mieszkać w tej samej co my klatce schodowej! Czy naprawdę chcemy z kimś takim egzystować przez ścianę?

Wyobraźmy sobie, że w Wigilię jesteśmy u jednego z nich. Mężczyzna w Czarnym Garniturze przechadza się nieopodal świątecznego stołu, dłonią poprawia świerkowe przybranie na talerzu dla zbłąkanego wędrowca, układa byle jak rzucone Pismo Święte, z którego niebawem przeczyta fragment o małym Jezusku.

„To będą super święta – mówi. – Wyjątkowo przyjdą wszyscy, nawet Asia z Piotrkiem zjechali z Londynu”. Do pokoju wchodzi Żona Mężczyzny w Czarnym Garniturze ubrana w małą czarną, do głębokich talerzy nakłada uszka, przynosi opłatek. Na TVP1 leci koncert świąteczny z zakopiańskiego kościółka. Telewizor stoi nieopodal choinki, dorodnej, wysokiej, w tym roku całej w bieli. Mąż i żona czekają, a do pomieszczenia wbiega synek.
Zadajmy im pytanie: „A gdyby tak, czysto hipotetycznie, podczas wieczerzy zawitał do państwa nieznajomy uchodźca z, dajmy na to, Syrii?”.
Co mogliby odpowiedzieć (biorąc pod uwagę, że mniej więcej szanują katolicką tradycję)?
Mąż: „Ale, co taki uchodźca je? Przecież to nie wiadomo, co podać? Takiego karpia to zje?”.
Żona: „Kaczyński mówił, że mają zarazki. Niby się trochę z tego śmiejemy, a jak to prawda? Trzeba by po kolacji wszystko wyparzyć, a sztuciec srebrny! Plastikowych lub nie do kompletu nie podam, to tak nieładnie”.
Mąż: „Przecież to po polsku nie mówi, trzeba by było tłumacza, a zresztą przy wigilijnym stole rozmawia się o sprawach rodzinnych, uchodźcy nic do tego!”.
Żona: „A my przecież na pasterkę idziemy, a ten uchodźca to ma inną religię, to jak to, przecież go ze sobą nie weźmiemy”.
Mąż: „Właśnie! Jak go zostawimy samego, to zdąży całą rodzinę sprowadzić i się zadomowić w naszych progach! Polska historia zna takie przypadki!”.
(cisza)
Żona (uderza się płaską dłonią w czoło): „Zapomniałam! Przecież my w ogóle nie mamy pustego talerza! To talerz cioci Zosi, co niespodziewanie do nas przyjeżdża!”.
Mąż: „Tak, tak! Ciocia Zosia jest naszym nieznajomym uchodźcą... to znaczy nieznajomym gościem, strudzonym wędrowcem!”.

Dlatego też wszystkim mentalnym Mężczyznom w Czarnych Garniturach życzę, by przypalony karp stanął wam ością w gardle, a pierniki ozdobił zakalec. Wesołych świąt!

Lech, Czech i postplemiona
30 sierpnia 2017

Lech, Czech i postplemiona

Relacjonując dla „Polityki” tegoroczny Przystanek Woodstock, Ziemowit Szczerek pisał o spotkaniu „postmetali, postpunków, posthipisów i innych postsubkultur”. A dalej jeszcze notował pokojowe – by nie rzec: po prostu biesiadne – współegzystowanie ich przedstawicieli, zatopionych w gęstym sosie nostalgii za czasami, w których wszystko było prawdziwsze...