14 sierpnia 2018
kod
fot. Waldemar Andrzej Jóźwiak, źródło: fanpage KOD

Performujmy swoje

Policja naostrzyła zęby i podjęła trop. Pogoń była spektakularna, pokazywana w mediach. Osaczone ofiary miały puścić farbę i zadenuncjować projektantów tego prawie-że-zamachu-stanu. Puściły jednak tylko nerwy – jednym, bo powaga ochranianego przez nich państwa została wystrychnięta na dudka, innym, ponieważ naruszono ich mir domowy i osobisty, a używanie słowa „konstytucja” uznano za podnoszenie ręki na najwyższe urzędy.

Przypomnę dla porządku kolejność zdarzeń. Najpierw był Lech Kaczyński w Szczecinie, to od niego zaczęła się ta rozpisana na wiele sierpniowych dni akcja. Identyczne zdarzenia z byłym prezydentem w roli głównej miały także miejsce w Warszawie, Radomiu, Białej Podlaskiej… Potem do Lecha Kaczyńskiego dołączyła warszawska Syrenka, zabawny wrocławski krasnal, jowialny Smok Wawelski, groźny gdański Neptun z trójzębem w prawicy. Bądźmy sprawiedliwi – nie w każdym z tych przypadków koszulka była nadzwyczajna ładna i schludna. Obok porządnych, klasycznych T-shirtów z dużym i czytelnym nadrukiem były też rzeczy łachopodobne, których typografia przypominała reklamy zakładów typu auto-części z początku lat 90.

Nie zawsze też wybierano na cel postacie tak spektakularne i rozpoznawalne, jak były prezydent czy legendarny skrzydlaty smok. W Rzeszowie koszulkę naciągnięto na postać Jana Paskosławica, XIV-wiecznego rycerza z Podkarpacia oraz ojca polskiego bluesa Tadeusza Nalepę. W Olsztynie ubrano w ten sposób kamienne figury tak zwanych bab pruskich, obiektów starożytnych i o niepewnym znaczeniu, uznawanych jednak obecnie za symbol miasta. W Poznaniu postąpiono podobnie z latarnikiem rozpalającym gazowe lampy przy użyciu długiej tyczki, z doktorem Karolem Marcinkowskim, XIX-wiecznym lekarzem, filantropem i działaczem społecznym oraz bodącą się parą koziołków fotografowanych obowiązkowo przez szkolne wycieczki. W Białymstoku udekorowano jedną z Praczek z parku Planty, tę z nagą, lewą piersią oraz heroiczną Inkę z Wileńskiej Brygady AK. W centrum Kielc odziano czteroipółtonowego dzika Kiełka, znanego z legendy o powstaniu tego miasta.

Ostatnie doniesienia dziennikarskie mówią o prawie dwustu pomnikach w całej Polsce, którym założono białą koszulkę z nadrukowanym jednym słowem: „Konstytucja”. Stanisław Dembowski z Lublina, który dokonał tego czynu na pomniku Kaczyńskiego w Białej Podlaskiej, został – dzięki nagraniom miejskiego monitoringu – błyskawicznie ujęty przez policję. Zarzucono mu znieważenie pomnika. „Czuję się jak przestępca konstytucyjny – mówił Dembowski – A zawsze wydawało mi się, że przestępcą konstytucyjnym jest ten, kto konstytucji nie przestrzega”. Łukasz Olejnik ze Szczecina, pomysłodawca całej akcji, widzi sprawę podobnie: „Nie zrobiłem niczego złego. Lech Kaczyński szanował konstytucję, Krajową Radę Sądownictwa i Trybunał Konstytucyjny. Nie zamierzałem nikogo znieważać lub obrazić. Wręcz przeciwnie”.

Happening jest działaniem, które potrafi bardzo skutecznie obnażyć władzę i jej patos. Gdy dodatkowo wykorzystuje oręż ironii, potrafi być bezlitosny, o czym pisali choćby Michaił Bachtin i Umberto Eco. To dzięki temu ogólnopolska akcja, zainicjowana przez Komitet Obrony Demokracji, odbiła się takim echem, wprawiając rządzących w niespodziewaną dla nich nerwowość. Emocjonalna dźwignia ma prosty mechanizm: im władza bardziej napuszona, nadęta i wbita w gorset świętej powagi, tym czulsza na drwinę, która wszak nie przynależy do jej świata mentalnego.

Nie wiem, jak PiS sobie z tym poradzi. Wiem za to, że cokolwiek zrobi, jest na przegranej pozycji. Historia uczy przecież, że pewny swego i samozadowolony aparat władzy ugina się pod naciskiem krytycznej siły śmiechu. Przykłady?

Czterdzieści jeden lat temu, 1 października 1987 roku, wrocławska Pomarańczowa Alternatywa zorganizowała uliczną akcję pod hasłem „Papier toaletowy – pierwsze rozdanie”. Punktualnie o godzinie szesnastej rozpoczął się pochód prowadzony przez transparent z hasłem „Jesteśmy gotowi podetrzeć nawet rząd”. Uczestnicy happeningu rozwijali długie taśmy rzeczonego papieru i rozdawali go przechodniom. Papier toaletowy to nie konstytucja, ale członków Pomarańczowej Alternatywy bardzo szybko – tak jak dzisiaj – zatrzymywała policja. Podjęty trop doprowadził funkcjonariuszy nawet do osób, którym po prostu udało się ów towar deficytowy zakupić w sklepie i nieszczęśliwie dla siebie przechodzić obok miejsca akcji. Wyjaskrawiona głupota władzy, obawiającej się happenerów, którzy wytykali chroniczny – choć zawsze przedstawiany jako „przejściowy” – brak podstawowych środków higieny w handlu, sprawił, że dwa tygodnie później zorganizowano drugą edycję wydarzenia.

„Kto się boi papieru toaletowego?” przebiegało według zbliżonych założeń. Inna była za to reakcja władz. Spodziewający się, jak wcześniej, kompromitacji i wyśmiania, włodarze Wrocławia ściągnęli do swojego miasta papier toaletowy z wielu innych miast, gdzie był on w konsekwencji nie do kupienia. Milicja natomiast, mająca jasna wytyczne: zatrzymywać wszystkich z papierem toaletowym – wykonywała swoje zadanie sumiennie. W konsekwencji zatrzymano jeszcze większą liczbę postronnych przechodniów niż podczas pierwszego happeningu. Ówczesna władza centralna, która nie miała już legitymacji historycznej ani moralnej do rządzenia, utraciła wtedy legitymację ostatnią – powagi. Niespełna dwa lata później została zmieciona przez wybory (w których frekwencja wyniosłą ponad 60%).

Wiele, wiele lata temu odbył się inny performans. Było to w czasach, gdy z tak zwanego Nowego Świata przywożono do Europy „dzikusów” i wystawiano ich na widok publiczny. Ku uciesze gawiedzi, ale i dla zademonstrowania potęgi rządzących, którzy potrafili panować nawet nad ludami z krańca ziemi. Jednym z takich żywych okazów był mężczyzna z plemienia Mikmak, ze wschodu dzisiejszej Kanady. Zabrano go do Francji i umieszczono w specjalnym ogrodzie, razem z jeleniem. „Polecono mu wystąpić dla grona arystokratów. Miał upolować jelenia z łuku, oskórować go, ugotować i zjeść”, notowali świadkowie. Mężczyzna postąpił zgodnie z wydanymi instrukcjami: użył łuku, uśmiercił jelenia, sprawił go, przyrządził i posilił się. Reżyserowany pokaz zamknął jednak swobodną improwizacją, polegającą na tym, że „ulżył sobie na oczach wszystkich”. W tym przypadku performans polegał zatem na zrobieniu kupy – bardzo sensualnym pokazaniu nadzorcom, że Mikmak nadal jest człowiekiem, którego godność została co prawda złamana, ale nie unicestwiona.

Happeningi i performanse mają moc. Władza nie jest w stanie ich kontrolować, więc budzą jej strach i niepokój. Co ważne, to narzędzia oporu bez użycia przemocy, hołdujące ideałom pokojowego rozwiązywania konfliktów. W czasach, gdy władza boi się białych T-shirtów, warto pamiętać o sparafrazowanych słowach Wojciecha Młynarskiego; „Performujmy swoje”! Wzorców jest wiele, ich efektywność zaś poświadczona.

Zwieracze umysłu 2.0
11 października 2018

Zwieracze umysłu 2.0

Najbardziej zgubna bowiem w uprawianej na Zachodzie antropologii była idea kosmopolityzmu, czyli „negowanie roli momentu narodowego w historii społeczeństwa”. Dla myślenia kosmopolitycznego i globalnego nie było w dobrze pojętej, narodowej nauce miejsca...

Repatriotyzm znaczy: uchodźcy – tak!!!
26 września 2018

Repatriotyzm znaczy: uchodźcy – tak!!!

Wedle świeżych sondaży badających poczucie przynależności do obszarów cywilizacyjnych, Polska w ostatnich latach przesunęła się w wyobraźni Polaków na wschód. Słynne rozdarcie między Wschodem a Zachodem, fundujące podstawową dynamikę refleksji tożsamościowej Polaków od początku transformacji, zyskało tu wyraźny wektor...

Internując powagę
24 września 2018

Internując powagę

Książki służą do różnych rzeczy. Można nimi podeprzeć stół albo uratować życie. Jedne uczą, inne deprawują. Są takie, co ulatują z pamięci zaraz po odłożeniu i takie, których nie sposób zapomnieć...