Archiwum
15.07.2011

O rynkowych surogatach wiersza w gospodarce niedoboru sensu

Szczepan Kopyt
Felieton

Ciężko nie ulec w pierwszym felietonie (a będę je „stale” pisał do „eCzasuKultury”) pokusie autotematyzmu, więc ponieważ ulegam rzadko, pozwolę sobie tym razem pójść na łatwiznę.

Choć napisać chciałbym właśnie o trudności, nie łatwości, jaką mam ze sobą i z całą tą sytuacją z przywdziewaniem maski felietonisty, a więc – jak mi się zawsze zdawało – prawie dziennikarza. Chodzi o rzecz banalną: jestem poetą. To, co względnie wychodzi mi dobrze, to pisanie wierszy. Propozycję pisania regularnie do bliskiego mi sieciowo miejsca odebrałem zatem jako swego rodzaju uznanie dla mojej poezji, choć może było to uznanie nie dla samych utworów, ale dla ich twórcy (i jedna, i druga sytuacja jednakże sprawiła mi taką samą radość – była w końcu jedną sytuacją i nie dopytywałem którą).

Na chłopski rozum jest tak: jeśli ktoś pisze wiersze, to może mógłby pisać wiersze do czasopisma, także czasopisma internetowego – to chyba oczywiste? Ale nie takie proste: nikt nie chce publikować wierszy, nikt ich nie chce czytać. Jest to założenie redakcyjne, które staje się faktem. Ale nie tylko: wiersz pisany na zamówienie wzbudza nadal ogromne emocje. Bez względu na treść, choć emocje zdają się tym silniejsze, im treść bardziej aktualna lub po prostu polityczna. Co ciekawe: im treść bardziej polityczna, tym więcej osób węszy polityczne zamówienie i znów – samo zamówienie staje się instancją ostatecznie przesądzającą o niefajności wiersza na zamówienie, zwłaszcza jeśli tekst został opłacony. Cóż zatem może zrobić redakcja chcąca uznać na stałe talent poety, jeśli nie przetestować go na „użytecznym” polu mowy niewiązanej? Poeta mógłby wszakże pisać o wierszach, ale pamiętajmy – od tego są jego błyskotliwe koleżanki i koledzy krytycy, o ile oczywiście będzie dla nich dostatecznie dużo miejsca: jeśli nikt nie chce czytać wierszy, to czy ktoś chce czytać o wierszach?

Nie chciałbym jednak wyjść tutaj na poetycką płaczkę, a co więcej, nie mogę – mam pisać felietony na zamówienie. To, że felietony pisane są za kasę i ktoś, coś, coś z jakąś opcją światopoglądową tę kasę wypłaca – nie budzi już żadnego społecznego sprzeciwu. Jest to nawet czymś normalnym i oczekiwanym. Ba! jest pewnie nawet wręcz odwrotnie: kiedy czasem wydaje się (lub wyda), że felieton czy inny tekst średniej długości pisany jest z własnej woli, za darmo – wprawny czytelnik rozpoznaje taki tekst niemal od razu, a na jego ustach pojawia się kwaśny uśmiech.

Poeci dawno rozpoznali tę sytuację: wiersze – nie, felietony – tak. Jej rynkowa genialność i artystyczna absurdalność pobudzały ich do tekstowej hermetyczności, pisarskich przebranżowień, alkoholizmu, a czasem do wszystkiego jednocześnie. Zanim jednak i mnie dopadnie rutyna, skądinąd pożądana, chciałbym się zastanowić nad początkiem (czy logicznym?) status quo – powszechnym redakcyjnym założeniem pełniącym funkcję samospełniającego się proroctwa: „poezji nikt nie czyta, dlatego nie będziemy jej publikować”, które spełnia się w sytuacji „nikt nie publikuje poezji w czasopismach, więc nikt jej nie czyta, więc dalej nie będziemy jej publikować”. (Nie piszę tu o czasopismach literackich – ich naprawdę nikt nie czyta). Włączmy jednak wyobraźnię. Co by się stało, gdyby w „Przekroju” Marcin Sendecki zamiast recenzji mógł walnąć raz na numer wiersz lub dwa? Gdyby Krzysztof Siwczyk lub Jacek Dehnel trzasnęli poemacik do „Polityki”? Gdyby Edward Pasewicz do „Czasu Kultury” pisał cyklicznie właśnie wiersze? Jasne – zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Zamknięte koło redakcyjnych przyzwyczajeń poetyckich musi mieć jednak inne, namacalne wytłumaczenie poza samym sobą.

Jeśli dobrze się zastanowić, strach przed zawodowym, cyklicznym poetą ukazuje nasz wstyd przed wierszem jako takim, jego granicami (i ich brakiem). Przymus, jaki wiązałby się z napisaniem wiersza, byłby nie do zniesienia dla czytelników i wydawców (a być może i dla części poetów), tak jak myśl, że można by „naprawdę” uznać czyjś warsztat czy dar (tak jak uznaje się je w wypadku rysowników, grafików czy prozaików – w świecie, w którym uznanie jest z reguły „cyfrowe”). Dowcipne i celne teksty reklamowe mogłyby zblednąć w obecności wiersza! A może strach jest w drugą stroną – to wiersze wypadłyby blado?

Nie mówcie mi o listku figowym w postaci wierszy w „Wyborczej” – w wielkości biogramów ich autorów. Prawdziwymi listkami figowymi są poeci-felietoniści, a potwierdzeniem strachu przed poezją – nasza ochocza zgoda na uznanie.

alt