21 listopada 2012
alt

Norweski PRL

W aktualnej edycji słownika komunałów Norwegia byłaby krajem bardzo bogatym, który jednak ma problem z imigrantami i Andersem Breivikiem. Problem z Breivikiem jest przy tym konsekwencją problemu z imigrantami. Problemu Breivika Norwegia nie tylko nie potrafi rozwiązać – wręcz nagradza psychopatę małym wyrokiem i luksusowym więzieniem. Imigrantów, miast odstraszyć zamknięciem w ośrodku o więziennym rygorze, wabi zabezpieczeniami socjalnymi. Nie wiem, czy w obiegu jest nadal wiadomość, że imigrantów z Polski w Norwegii traktuje się wyjątkowo źle – odbiera im się dzieci, które trafiają do rodziny zastępczej w celu norwegizacji. I że bezduszną państwową machinę może pokonać tylko Krzysztof Rutkowski, wykradając i oddając dziecko zrozpaczonym rodzicom.

W każdym razie internetowi recenzenci „Cudownych dzieci” Roya Jacobsena o akcji Rutkowskiego już chyba zapomnieli. Jeden negatywny stereotyp wyparł inny, silniejszy. W notkach powtarza się informacja, że autor przedstawia Norwegię początku lat 60., jeszcze sprzed odkrycia złóż ropy i gazu, biedną i straszną, pełną urzędowej przemocy, odbierającą dzieci kochającym opiekunom. Marta Mizuro przypomina nawet surowo, że Norwegia była jednym z pierwszych europejskich krajów, w których podpisano ustawy o czystości rasy, co z powieścią Jacobsena ma niewiele wspólnego, za to robi odpowiednie wrażenie. Podtekst jest zawsze dość czytelny – obecnie w norweskim dobrobycie coś takiego byłoby niemożliwe. Na polską recepcję książki wpłynęło zapewne ścisłe skojarzenie biedy z państwem ingerującym w życie obywateli. I to ingerującym na ich szkodę.

Do dobrobytu państwo się nie miesza. Stąd się właśnie bierze dobrobyt – z niemieszania się państwa. Dobrobyt jest neoliberalny. W słowniku komunałów nie ma mowy o tym, że w Norwegii są wysokie podatki, bardzo niski wskaźnik rozpiętości dochodów i w większości państwowe firmy wydobywcze. Że reguły życia społecznego ustala się w dużej mierze instytucjonalnie, że sfera publiczna jest świadomie kształtowana, zadbana i przyjazna. Że opieka społeczna działa zdecydowanie i zapewne czasem się myli.

Przy odrobinie dobrej woli z „Cudownych dzieci” da się wyczytać, że w polityce norweskiej od lat 60. do współczesności nie było wielkiego przełomu, raczej ewolucja już istniejącego systemu socjaldemokratycznego. Zmiana miała charakter społeczny i kulturowy, nie polityczny. Jednak w naszym kontekście lekturę deformuje negatywny stereotyp PRL-u. Książki Jacobsena o blokowisku na obrzeżach Oslo nie można bowiem po polsku czytać bez peerelowskich asocjacji.

Tonsenjordet to robotnicze osiedle z wielkiej płyty powstałe w latach 50. Wielu budowało je w czynie społecznym. Mieszkańcy przybyli ze wsi. W ich życiu nowoczesność współistnieje z tradycją. Kobiety zazwyczaj nie pracują poza domem, więc status matki Finna, głównego bohatera, zatrudnionej w sklepie, już choćby z tego powodu jest niepewny. Poza tym rozwiodła się z mężem i sama wychowuje syna, toteż mężczyźni często zakładają, że mają prawo traktować ją protekcjonalnie. Brzmi znajomo? Jeśli dorzucimy związki zawodowe, które pomagają swoim ludziom w razie braków w zaopatrzeniu, podniosłe filmy dokumentalne o wojnie, zmianę stylu życia na bardziej konsumpcyjny, pojawienie się taniego i nowoczesnego wyposażenia wnętrz,  pierwsze pożyczki mieszkaniowe (które chłopiec nazywa „oszczędzaniem wstecz”), początki telewizji i sąsiada w siatkowym podkoszulku na dodatek, poczujemy się prawie jak w peerelowskim domu. Nawet oddziaływanie zagranicznych pism kobiecych – w Norwegii szwedzkich, w Polsce niemieckich – jest podobne.

Narracja też brzmi znajomo. Jacobsen pisze trochę tak, jak w Polsce pisuje się o PRL-u – z przekąsem bądź rozgoryczeniem. Niektórych silnie nacechowanych słów używa ironicznie. O „ludziach pracy” i „postępie” mówi u niego postać negatywna, obłudny sublokator. Główny bohater nazywa „socjaldemokratyczną” wycieczkę w góry, na którą zabiera go właśnie ten mężczyzna, chcąc wejść w rolę typowego norweskiego ojca. „Socjaldemokratyczny” jest właściwie synonimem „patriarchalnego”. Oznacza tępo odtwarzany męski rytuał narciarski. Ojcowie i synowie jadą w góry pociągiem, w którym panuje „cisza jak makiem zasiał, drzemiący tłum mężczyzn w każdym wieku, sami mężczyźni, z niemal państwową powagą na twarzach, armia w drodze na front”. Potem w morderczym tempie przebywają na biegówkach mordercze trasy, na których młodsi chłopcy muszą zdać egzamin techniki i wytrzymałości. Wszystko w osobliwym amoku: „Norweski zwierz zimowy. Niedźwiedź, co nigdy nie śpi, tylko szarpie i drapie, w pojedynkę i pospołu z innymi wiedzie przeraźliwy żywot, byle nie zamarznąć na śmierć”.

Awersja do systemu ma jednak w „Cudownych dzieciach” znacznie dramatyczniejsze przyczyny. Przyrodnią siostrę Finna, z którą „coś jest nie tak”, system próbuje na siłę zaklasyfikować jako niepełnosprawną umysłowo i poddać specjalnym procedurom edukacyjno-wychowawczym. Wokół jest wiele dzieci społecznie nieprzystosowanych, ale to akurat Lindę i jej rodzinę kontroluje się, testuje i ocenia. Urzędnicy, lekarze i nauczyciele szukają nazwy i wreszcie stwierdzają, że dziewczynka ma kiepską koordynację i koncentrację. Takie orzeczenia jednak nic o niej nie mówią. Świadczą raczej o ślepym normatywizmie władzy i medycyny.

Sześcioletnia Linda, kiedy trafia pod opiekę matki Finna, prawie nie mówi, w nieskończoność powtarza niektóre czynności, rysuje niemożliwe do zidentyfikowania konie, nie potrafi bawić się z innymi dziećmi i jest niezdarna. A jednak świetnie demaskuje autorytatywność normy. Dowodem przeciwko Lindzie może być wszystko, na przykład to, że nie umie czytać, chociaż w jej wieku rzadko kto umie. Nawet zdobycie tej umiejętności nie zmieni wyroku, bo to kwestia założeń. Finn zakłada, że siostra może się wszystkiego nauczyć i faktycznie już niedługo Linda pływa, czyta, ogrywa wszystkich w bierki, staje się bardziej niezależna, argumentuje i wypowiada się całymi zdaniami. System zakłada, że Linda i jej nowa rodzina nie dadzą sobie rady. Decyduje o ich losie, bo napiętnował zarówno dziewczynkę, jak i matkę Finna, która jako kobieta niezamężna i lecząca się psychiatrycznie też nie spełnia urzędowej normy. Ona sama zresztą poddaje się odgórnym dyrektywom, częściowo uwewnętrzniając normatywny punkt widzenia.

Intencje Jacobsena, odczytane w Polsce dość tabloidowo, na szczęście nie są do końca jasne. Oczywiste jest tylko rozgoryczenie Finna, któremu odebrano siostrę. Skojarzenia z PRL-em działają w tym przypadku jak fałszywi przyjaciele. Norwegia w „Cudownych dzieciach” to kraj peryferyjny, jak Polska, ale w powieść wpisana jest zewnętrzna perspektywa. Nastąpił gwałtowny i powszechny awans społeczny, zniknęło tradycyjne społeczeństwo rolniczo-robotnicze i wyłoniło się nowoczesne społeczeństwo dobrobytu. Symptomatyczna jest przemiana matki Finna, która dokształciła się, zaczęła więcej pracować i zarabiać, by stać się „piękną, udaną kobietą o zreperowanym dzieciństwie, szefową filii z porządkiem w rachunkach”. Jej pewność siebie i zaradność wzbudzają w synu taki sam żal jak kiedyś chwiejność i bezsilność. W jednym i w drugim przypadku pretensje wydają się słusznym, ale dziecinnym odruchem – matka postępowała zgodnie z regułami życia społecznego i zmieniała się wraz z nimi, nie mogła inaczej. Jednak są zgłaszane.

Norwegia przezwyciężyła peryferyjność własnym sposobem, bez gorliwości neoliberalnego prymusa. Jacobsen próbuje ją z tego literacko rozliczać. Wypomina zbiorową amnezję, zapomnienie o dawnej biedzie i bezradności. Widać literatura rozrachunkowa i w takiej sytuacji jest potrzebna. Czy i kiedy doczekamy się jej polskiej wersji?

Performujmy swoje
14 sierpnia 2018

Performujmy swoje

Policja naostrzyła zęby i podjęła trop. Pogoń była spektakularna, pokazywana w mediach. Osaczone ofiary miały puścić farbę i zadenuncjować projektantów tego prawie-że-zamachu-stanu. Puściły jednak tylko nerwy – jednym, bo powaga ochranianego przez nich państwa została wystrychnięta na dudka, innym, ponieważ naruszono ich mir domowy i osobisty, a używanie słowa „konstytucja” uznano za podnoszenie ręki na najwyższe urzędy...

Pejotl, zen, antropologia
30 maja 2018

Pejotl, zen, antropologia

Rewolta roku 1968 roku polegała na tym właśnie, że dawne prawdy stawały się złudzeniami, a niegdysiejsze kanony igraszkami. Sporo napisano już o udziale polityków, aktywistów, artystów i studenckich liderów w próbie ustanawiania nowego porządku...