18 maja 2015
alt

Michaśka ®

Sprawa czapki Michała Witkowskiego jest według mnie aferą o nic, do tego robiącą wrażenie wyreżyserowanej. Wyobrażam to sobie tak, że spotkali się na wódce wszyscy zainteresowani, rozdzielili role, ułożyli scenariusz rzekomego konfliktu, a potem dali spektakl. My, internauci i widzowie, wkurzamy się, oni zaś się cieszą, bo popularność im rośnie, a koszt żaden. Mnie to nie rusza. Jest tyle ważniejszych spraw. Dziwi mnie tylko energia idąca w hejt. A teraz jeszcze Kinga Dunin mówi, że moja obojętność to maska pogardy dla cioty.

Witkowski założył furażerkę z symbolem SS, posypały się gromy, tłumaczył, że nie wiedział, co robi, ale bardzo żałuje i przeprasza. Wydawnictwo Znak wstrzymało wydanie jego nowej powieści. Dunin, z jednej strony, bagatelizuje to, co mówi sam Witkowski, a z drugiej – bardzo dowartościowuje jego przebieranki. Powiada, że nie należy pytać pisarza o intencje, bo on różne rzeczy po prostu pokazuje i nie musi tego interpretować. Kreuje postać przegiętej Michaśki jak postacie literackie, kontynuuje „Lubiewo” własnym ciałem i życiem. Świadomie czy nieświadomie, używa kiczu i Pudelka jako narzędzi sztuki krytycznej. A kto z „autorów subtelnych analiz” na niego się krzywi albo oburza, jest hipokrytą. Ich właśnie przede wszystkim prowokuje i sprawdza Witkowski według Kingi Dunin. Każdy jego łaszek mierzy w akademickich specjalistów od queeru i kampu: „Czy naprawdę jesteście gotowi na ciotę i to, co ona ze sobą niesie?”.

Coraz bardziej mi się jednak wydaje, że czyjeś niesmak i oburzenie nie czynią sztuki krytycznej. Przydałoby się jeszcze świadomie podjęte ryzyko. Też nie lubię wyższościowych tonów, więc rozumiem gest wyjęcia Michaśki z tabloidu i włożenia w kontekst galerii sztuki. Zresztą Witkowski, wcale nie stroniący od autokomentarza, życzy sobie, żeby traktować jego stylizacje jako działalność artystyczną. Zgadzam się również, że czasami warto napisać inteligentny tekst o głupiej sprawie. Nie mówiąc już o tym, że podziwiam wielkoduszność Dunin. Bo Witkowski nie tak dawno wyrażał się o niej bardzo nieszlachetnie, deklarując niesmak. Bez żadnych cudzysłowów. Udowodnił wtedy, że wie, gdzie przebiega granica, której dbając o wizerunek publiczny, przekraczać nie wolno. On – rzecz u rzekomego kampowca co najmniej dziwna – dba i nie przekracza. I potrafi wyrazić się po żołniersku: „to PR-owe samobójstwo. Ja bym na pewno sobie na coś takiego nie pozwolił. To, że brudy gdzieś są obecne, to każdemu wiadomo. [...] Istotne jest to, czy je widać”.

Dlatego wierzę, że nie spodziewał się skandalu. Inaczej by czapki nie włożył. Jeśli mówi, że puścił bąka i przeprasza, to puścił bąka i przeprasza. Można by oczywiście pominąć jego intencje i niekonsekwencję, gdyby nie to, że przy okazji marginalizuje się pewien ważny temat. Witkowski na niespotykaną w polskiej literaturze skalę stosuje techniki promocyjne i dość otwarcie o tym mówi. Znów bez cudzysłowu. Co prawda zmienia zdanie co do niuansów. Po „Drwalu” mówił tak: „Sprzedaje się książkę, a nie siebie. [...] Ludzie wiedzą, że nie kupują autorki czy autora, tylko książkę. [...] chciałem zobaczyć, jak to jest być celebrytą, i faktycznie przez dwa tygodnie nim byłem. [...] Pokazywanie się w mediach jest w sumie smutnym obowiązkiem okresu promocyjnego”. Po „Zbrodniarzu i dziewczynie” już inaczej: „Ja promuję głównie siebie i siebie sprzedaję. Książki są przy okazji. [...] Moja kasa bierze się więc także z bywania, z innych rzeczy, na jakich zarabiają celebryci”. Ale języka nie zmienił.

Książka w jego wypowiedziach jest produktem, o którego wartości stanowi raport sprzedaży. Jego powieści świetnie się sprzedają, dostaje za nie spore pieniądze, więc jeśli ten i ów źle o nich pisze albo ich nie nagradza, to tylko dlatego, że nie lubi autora. Przecież nie dlatego, że książka nie jest najlepsza. Witkowski nie ukrywa, że dba o PR i zatrudnia specjalistę, który zarządza jego fanpage'em. Chroniąc markę, potrafi ogłosić ostrzegawczy komunikat, że „na Facebooku powstało mnóstwo kont o nazwie «Michał Witkowski», «Witkowski Michał» itd., na dodatek posługujących się moim zdjęciem profilowym lub w taki czy inny sposób sugerujących, że kryję się za nimi ja”. Gdyby był kampowcem, rozmnożenie naśladowców i dalsze zacieranie tożsamości by mu nie przeszkadzało.

Witkowski pisze teraz książki, które w najlepszych fragmentach dorównują „Lubiewu”, ale jako całość są dużo słabsze. Nie rozwija się. (Nie czytałam tej wstrzymanej.) Wziął się do powieści kryminalnej, żeby zamarkować nowość, ale mu to nie wychodzi, bo pozostał przy technice dodawania luźno powiązanych epizodów, co wyklucza budowanie intrygi. Można przy tym odnieść wrażenie, że kolejne książki są czymś w rodzaju CV i listu motywacyjnego. Traktują o tym, że Witkowski jest celebrytą i ma duże branie. Że przytył, ale to od antydepresantów. Że pisze felietony do „Polityki”, wydał „Lubiewo bez cenzury”, jest tłumaczony na obce języki. Że wystąpił w programie TVN „Kulisy sławy”.

No i dobrze. Niechby sobie tak pisał, są gorsze przypadki. Ale oczekuje się od niego pisania ważnych książek. I on sam chyba chce być ważny. To część jego strategii marketingowej. Tyle że w literaturze ciota, na której oparł strategię, przestała już być antysystemowa, a więc ważna. Szybko nauczyliśmy się o niej mówić. Zatem Witkowski próbuje nas przekonać, że robi coś ważnego już nie z literaturą, a ze swoją rolą. Kilka lat temu w książce „Głośniej! Rozmowy z pisarkami” wystąpił jako jedna z autorek, z którymi rozmawiały Agnieszka Drotkiewicz i Anna Dziewit. To miał być taki wcieleniowy żart, sugerujący krytyczny dystans do roli. Po „Drwalu” jeszcze podobno czuł się pisarzem, po „Zbrodniarzu” obwieścił, że znudziły go zachowania, których wszyscy od pisarza wymagają, więc nie zamierza ich powtarzać. Ta odmowa ma pokazywać ograniczenia życia literackiego.

Tylko że jak przychodzi do konkretów, to Witkowski szydzi z tego, że pisarze – w przeciwieństwie do niego – są ubodzy i źle się ubierają. Super krytyka, prawda? Często informuje, ile ma na sobie tysięcy. Jakoś nie słyszę w jego głosie autoironii. Nie potrafię też doszukać się w Michaśce krytyki kapitalizmu, rynku i celebryctwa. Słyszę i widzę uzależnienie maskowane nieśmiesznym dowcipem, wzgardę i lans udający parodię lansu. W sumie nic ciekawego.

Dziewczęta kontra postszlachta
24 kwietnia 2017

Dziewczęta kontra postszlachta

Zaraz, zaraz, to „rewolucja” nie została „prześniona”? Andrzej Leder pewnie nie uznałby powieści Platówny za kontrargument przeciwko swej tezie o braku narracyjnego przyswojenia początków naszego świata...

Ta od dydaktyzmu
03 lutego 2017

Ta od dydaktyzmu

Olga Szmidt dała swojej książce świetny tytuł: „Kownacka. Ta od Plastusia”. Plastusiomania, znana kilku pokoleniom polskich dzieci, i strategia samej pisarki sprawiły, że na zawsze została ona w naszych głowach jako poczciwa, nieco infantylna starsza pani z kukiełką uszastego stworka w ręce...