06 lipca 2016
ka_dy_zostal

Jestem komunistą i jestem z tego dumny

Pod koniec 1985 roku w harcerskim „Płomyku” można było przeczytać o przemówieniu Wojciecha Jaruzelskiego na jubileuszowej sesji ONZ, artykuł o innym generale – Berlingu, fragment „Ptasiego gościńca” Haliny Auderskiej o bitwie pod Lenino, przestrogi profesora Kozakiewicza przed wczesną inicjacją seksualną oraz notkę o muzyce punk i nagrodzonym w Jarocinie zespole Siekiera. Zagubieni młodzi ludzie, którzy jej słuchają, chcieliby zmienić świat – informował „Płomyk”. Nawołują do wspólnej walki o pokój, piękno, prawdę. Tańczą brutalny taniec „pogo” do głośnych i „niezbyt melodyjnych” piosenek pełnych protestów przeciw niesprawiedliwości, złu, zakłamaniu.

Ta piękna socjalistyczna narracja o punkowym buncie dowodzi, że każdego bohatera można zasymilować na obcym gruncie, jeśli tylko przedstawi się go w odpowiedni sposób.

Piotr Nesterowicz potraktował swoich bohaterów lepiej niż „Płomyk” punków, ale i tak przyrządził ich w odpowiednim sosie. Strawnym dla współczesnego czytelnika. Na książkę „Każdy został człowiekiem” rzuciłam się w przeświadczeniu, że pojawił się polski odpowiednik „Czasów secondhand” Swietłany Aleksijewicz. Że wreszcie usłyszymy od ćwierćwiecza tłumiony głos zwykłych ludzi popierających i współtworzących PRL.

To było pierwsze rozczarowanie – że mówi Nesterowicz, nie jego bohaterowie. Powstał erzac książki Aleksijewicz. Cytatów tu niewiele, w trzecioosobowej narracji brzmią jak wystrzał, a i tak opatrzone są zachowawczymi komentarzami. Wiele rozdziałów ma protekcjonalne tytuły będące parafrazą cytatów. Kiedy Marian (w tym momencie uczeń szkoły górniczej) pisze: „Moja nieokiełznana natura żąda więcej przestrzeni, której brakuje w ścianach internatu i w mrokach szkolnych wyrobisk”, Nesterowicz tworzy dowcipny nagłówek: „Natura Mariana żąda przestrzeni”. Podobno dotarł do ludzi, którzy znali jego bohaterów. Nie dowiemy się jednak, które informacje zebrał współcześnie, a żyjący świadkowie nie pojawiają się w książce. Często trudno określić, kto mówi.

Jeden przykład. Kiedy Marian rusza kolektywizować wieś, chce, jak czytamy, odegrać się za poniżenia, których zaznał od wiejskich bogaczy. Nigdy zresztą nie uwolni się od pragnienia, by udowodnić światu, że nie jest w niczym gorszy. No dobrze, ale czy to jego wyznanie, wniosek autora czy informacja uzyskana z innego źródła? Poetyka, głupcze!

Recenzenci powtarzają za Nesterowiczem, że napisał reportaż. A co to za reportaż, w którym tak mało nieautorskich głosów? Delikatnie mówiąc, anachroniczny. „Każdy został człowiekiem” to raczej powieść. Szkoda, bo tylko reportaż może jednocześnie udźwignąć trudny temat i wejść w obieg popularny. Siłę gatunku docenia Małgorzata Fidelis, skoro wykorzystuje elementy reportażu w książce naukowej. Nesterowicz odwrotnie – w książce quasi-reportażowej wykorzystał wiele tekstów naukowych.

Sęk w tym, że autor wybrał lata 50., czyli okres największej przemocy (ideologicznej i realnej), wielkich przeobrażeń gospodarczych (industrializacja) i społecznych (masowe migracje do miast). Przemian, które ukształtowały nasz świat, ale słabo istnieją w zbiorowej pamięci, bo były konsekwentnie zacierane, jeszcze w samym PRL-u, a najbardziej po 1989 roku. Przemian, które wiążą się z tak silną stygmatyzacją, że trzeba się wić i krygować, żeby cokolwiek o nich powiedzieć. Nesterowicz oparł się głównie na opublikowanych na początku lat 60. pamiętnikach nadesłanych na konkurs „Młode pokolenie wsi Polski Ludowej”, a więc materiale, który przeszedł przez PRL-owską cenzurę. Sam wybrał temat i źródło, a jednocześnie chce się od nich zdystansować. Więc wspiera się i zasłania bibliografią.

Mnie jednak interesuje co innego – dlaczego skupił się na pamiętnikach, dokumencie pisanym, zawsze bardziej konwencjonalnym, uspójnionym niż historia gadana? I to pamiętnikach naznaczonych czasem powstania, siłą rzeczy nie sięgających poza początek lat 60. Dlaczego ograniczył się głównie do ich prze-pisania i opatrzenia sygnałami dystansu? Chyba nie wszyscy autorzy konkursowych pamiętników już nie żyją? A nawet jeśli, to przecież nie wymarło całe pokolenie. Dlaczego nie oddać mu głosu?

Jeszcze by powiedzieli coś niewygodnego o naszych czasach. Nesterowicz ciągle wtrąca uwagi, że bohater tego czy owego nie przewidział, to czy owo przekonanie z czasem zweryfikował, ta czy owa ideologiczna manipulacja umknęła jego uwadze. Gdyby oddał bohaterom głos, mogliby powiedzieć, jakie ideologiczne manipulacje umknęły NASZEJ uwadze. Ocenzurowane historyczne pamiętniki są problematyczne, ale i tak bezpieczniejsze niż żywa współczesna mowa.

Poznajemy kilkoro ówczesnych nowych ludzi – reprezentantów pierwszego pokolenia wykształconego i wychowanego przez socjalistyczną szkołę i propagandę. Tych, którzy urodzili się w jaskrawej nędzy, którym nowy ustrój dał szansę awansu i którzy tak czy inaczej do czegoś doszli (bo przecież byli w stanie zapisać swoją historię), czyli nowych inteligentów, działaczy społecznych, urzędników. Pokazał ich naukę, pracę, aktywność organizacyjną, życie prywatne, marzenia, rozczarowania, osiągnięcia. Działanie w ZMP, ZMW, Lidze Kobiet i innych organizacjach, przynależność do partii, pracę w Służbie Polsce, w PGR-ze, GS-ie, wiejskiej szkole, kopalni. Dzień powszedni i socjalistyczne święta, jak Pierwszego Maja czy Festiwal Młodzieży.

Śledzimy ich losy, sprzeczności i paradoksy, jakich doświadczali, życiowe strategie, emancypacyjne i nie, zaprzyjaźniamy się z nimi. Negocjowali oni kształt swego życia z dwoma silnymi ośrodkami władzy. Państwowa bardziej im sprzyjała niż kościelna. Uderza niezagrożony wpływ Kościoła w rzekomo najtrudniejszym dlań okresie. Sprawiał, że nasi bohaterowie za swoje zaangażowanie w komunizm spotykali się często z ostracyzmem i jawną wrogością prowincjonalnych społeczności zawiadowanych z plebanii.

Kobiety miały podwójnie trudne zadanie. Nieślubne dziecko, rozwód, partnerskie małżeństwo, satysfakcja seksualna, słowem role płciowe – już na polu obyczajowym było co negocjować. A jeszcze jako członkinie organizacji, bibliotekarki, nauczycielki angażowały się w pracę społeczną, chciały zrobić coś dla innych i samej przy okazji zdobyć wyższa pozycję. Miały na uwadze rozwój kulturalnej „nadbudowy”, ale też modernizację „bazy” – komfort życia na wsi, dostępność usług, ofertę sposobów spędzania czasu wolnego. Ciekawe, że działały spontanicznie i oddolnie, raczej tworzyły organizacje i nieformalne lokalne sieci aktywistek, niż wchodziły w istniejące struktury, podczas gdy mężczyźni szukali sobie miejsca instytucjonalnie gotowego. Adela założyła LZS, Marian odnalazł się w końcu jako kaowiec hufca pracy. Przynajmniej te wybrane przez Nesterowicza nie były też komunistkami, ideologia była dla nich kwestią ważną, ale wtórną.

Przy okazji śledzenia ich perypetii wychodzi na jaw – cóż za odkrycie! – że nasi bohaterowie nie mieli trzeciej nogi czy oka na środku czoła, nie byli zsowietyzowanymi potworami, którymi straszą nasi propagandyści. Nawet Marian, najsilniej zindoktrynowany, nie cofający się przed donosem i napiętnowaniem wroga klasowego, czy Jan, siłą egzekwujący obowiązkowe dostawy od opornych rolników, w oczach czytelnika pozostają (zgodnie z tytułem wziętym z jednego z pamiętników) ludźmi. Strategia uniwersalizacji ma swoje zalety i wady. Poza tym, co ponadczasowe, interesowałoby mnie to, co dla nas dzisiaj byłoby trudno zrozumiałe.

Sięgnięcie po materiał z epoki, z pozoru śmiałe, szybko ujawnia swój zachowawczy charakter. Moment powstania i wydania pamiętników to bowiem – jak nazywa go Katarzyna Chmielewska – epoka pierwszego postkomunizmu, w której powstało wiele funkcjonujących do dziś sposobów mówienia o komunizmie. Dlatego narracja, którą re-konstruuje Nesterowicz, tak łatwo przyjmuje się na współczesnym gruncie. Nagle wszyscy powtarzają za autorem, że tak, to opowieść o naszych rodzicach i dziadkach. A co z mieszkańcami dworków, którzy do tej pory byli i pewnie jeszcze nieraz będą naszymi przodkami?

Dostajemy typowych bohaterów odwilżowej krytyki „okresu błędów i wypaczeń”: zwykłych, młodych, biednych, bez zaplecza ułatwiającego start, naiwnie wierzących w oficjalne obietnice, zwiedzionych fasadowym prestiżem, nie koniunkturalistów, a ideowców i ambicjonatów, którzy własną pracą i determinacją przy niewielkim instytucjonalnym wsparciu, ale za to mimo wielu instytucjonalnych przeszkód zdobywają wykształcenie i niejaką pozycję społeczną. Napędzani kompleksem niskiego pochodzenia. Lepsi od systemu, który wspierali.

Przy okazji możemy zobaczyć, jak ten pierwszy postkomunizm faktycznie był podobny do naszego. Przez moment wydawało się, że partia się kończy, bo stopniała liczba członków, zredukowano niższy aparat. Rozwiązano ZMP. Zaczęto fetyszyzować rolę profesjonalistów w kontraście do uprzedniej polityzacji. Niektórzy właściciele odzyskali znacjonalizowaną własność. Członkowie partii zbierali pogróżki. Kościół przejął koniunkturę. Zlot Grunwaldzki z udziałem grup polonijnych też rozumiemy bardziej niż Międzynarodowy Festiwal Młodzieży.

Bohaterowie pierwszego postkomunizmu są dziwnie podobni do bohaterów naszego. Homo sovieticus okazuje się bratem (i siostrą) homo capitalensis, choć pierwszym się nas dyscyplinuje, by przerobić na drugiego. U Nesterowicza kowale (i kowalki) swego losu walczą z bezwładnym systemem, który pragną zracjonalizować. Są przedsiębiorczy i superwytrwali. Bardzo chcą się kształcić i awansować. W państwie chłopów i robotników dążą do tego, by nie być chłopami i robotnikami. Mają ciągoty do kolektywizmu i pracy społecznej, ale szczęśliwie się nimi rozczarowują. Jeszcze chwila, a założą własną firmę. Piętnotwórcza Różnica została zastąpiona Tym Samym.

No cóż, dobre i to. Na początek.

 

Lech, Czech i postplemiona
30 sierpnia 2017

Lech, Czech i postplemiona

Relacjonując dla „Polityki” tegoroczny Przystanek Woodstock, Ziemowit Szczerek pisał o spotkaniu „postmetali, postpunków, posthipisów i innych postsubkultur”. A dalej jeszcze notował pokojowe – by nie rzec: po prostu biesiadne – współegzystowanie ich przedstawicieli, zatopionych w gęstym sosie nostalgii za czasami, w których wszystko było prawdziwsze...