dziennik 4

Dzienniczek z dni zarazy [IV]

22 kwietnia, środa

Poszukiwany: trzyczęściowy strój plażowy.

– Mówię matce, że nie ma się czego bać – opowiada mężczyzna na ulicy. – Ale ona swoje i na działkę idzie tylko ze mną, bo się boi, że dostanie mandat.

Carrefour, zakupy z dłońmi w workach foliowych. W ofercie: „Okazja! Do każdego opakowania kiwi oraz cytryn jest dołączona maseczka ochronna”.

– Wczoraj klienci chcieli u nas usiąść i zjeść – mówi kelnerka w pizzerii. – Tyle wolnego miejsca, mówili, będzie przyjemnie jak kiedyś.

Wierszyk z internetu: „Siekiera, motyka, oczy, wory / Nie ma testów, nie ma chorych” (portret ministra zdrowia) i dalej: „Siekiera, motyka, bimber, szklanka / Mamy mnóstwo hajsu w bankach” (portret prezesa NBP).

 

23 kwietnia, czwartek

– Nie mogę patrzeć na ludzi bez twarzy, to jest bardzo dziwne – tłumaczy sąsiad-aktor. – Jak tylko się da, wyjadę stąd na dwa miesiące na Mazury, mam tam łódkę.

Rowerowi dostawcy jedzenia w letnich strojach.

Wizyta u stomatologa. Najpierw ankieta z nagłówkiem „wywiad epidemiologiczny” i pytania o kontakt z „osobami z obszarów zagrożonych”, „osobami z nCOVID19”, „poddanymi kwarantannie” oraz o to, czy mam „gorączkę, kaszel, katar, zapalenie spojówek lub trudności w oddychaniu/nudności”. Dalej pytania, czy „w dniu dzisiejszym” przyjmowałem leki zawierające paracetamol, ibuprofen, kwas acetylosalicylowy (w sumie ponad sto pozycji).
– Gabinet jest ozonowany – słyszę, leżąc na fotelu. – Miałam dwa tygodnie zamknięte, zanim wreszcie poszyli fartuchy za kolana i zakrywające dłonie. A ludzi zęby bolą… I każdy przychodzi z inna teorią spiskową. Usługa podrożała.

– Chyba muszę ubrać koszulę i marynarkę – zastanawia się kuzyn-akademik. – Zawsze chodziłem na obrony dyplomów tak ubrany. Jutro mam pierwszą obronę zdalną, to chyba też muszę założyć?

 

24 kwietnia, piątek

– Mam szczerą ochotę wyrwać wtyczkę od komputera – mówi kolega z redakcji. – Już dość spektakli, koncertów, filmów… Zamiast tego wolę po prostu zrobić sobie kawę. No i mnóstwo przychodzi mejli od poetów i poetek. Kwarantanna sprzyja grafomanii.

Deskorolkarze wrócili do skate parku. W maseczkach.

– Ja nie zajadam stresu, wręcz przeciwnie – mówi znajoma z Krosna Odrzańskiego. – Ale nie wyrabiam teraz limitu dziesięciu tysięcy kroków i boczki już są…

 

25 kwietnia, sobota

– Mieszkam w domu z rodzicami. Oboje po siedemdziesiątce. Mama ma osteoporozę, a tata jest chory na serce i ma kłopoty z krążeniem. Ale chcieliby jeszcze pożyć. Dlatego od początku kwarantanny nie wychodzą poza podwórko. Oni żyją na parterze, ja na piętrze. Rozmawiamy tylko przez telefon. Gdy przynoszę im zakupy, to zostawiam w garażu, a oni je zabierają następnego dnia. Chcemy tak osłabić wirusa – opowiada mechanik, u którego zmieniam opony. – Właśnie wróciłem z Lubeki, to był mój pierwszy wyjazd od początku epidemii. Trochę się bałem, czy mnie na granicy nie zatrzymają na kwarantannę. Ale mam firmę przewozową i na wszelki wypadek wziąłem jeszcze lawetę. Przejechałem bez problemów. A w Niemczech to w ogóle nie widać epidemii! Dzieci biegają, ludzie spacerują. Widziałem tylko jedną osobę w maseczce. Starsza Niemka mówiła mi, że się boi. Jak jej opowiedziałem, co jest u nas, stwierdziła, że teraz wolałaby mieszkać w Polsce.

 

26 kwietnia, niedziela

W grupie „Koronawirus – obserwacje społeczne, miejskie i mobilnościowe” (533 członków) rozmowa o „kryzysowych strategiach zakupowych” i spadku sprzedaży alkoholu. Jeden z komentarzy: „Siermiężne chlanie w domu na dłuższą metę odpada. Alkohol jednak lubi towarzystwo”.

W parku wrotki, rolki, rowery, badminton, deski i hulajnogi. Berek, zabawa w chowanego i spacery. Maseczki pod nosem albo pod brodą. Wiele osób bez.

– Ja mam wiele chorób współistniejących – mówi koleżanka. – Zdrowie jak u dziewięćdziesięciolatki. I mąż też. Dlatego w ogóle nie wychodzimy z domu. Czasem tylko jedziemy samochodem gdzieś na łąkę. To wszystko.

 

27 kwietnia, poniedziałek

„Płyny, maseczki, rękawiczki, żele” – reklamowy refren w witrynach sklepów.

Informacja z banku: „Szanowny Panie, epidemia koronawirusa dotyka nie tylko sfery zdrowotnej i społecznej, ale także globalnej sytuacji ekonomicznej. Rada Polityki Pieniężnej NBP, by wspomóc polską gospodarkę, zdecydowała się obniżyć stopy procentowe. Ta decyzja ma wpływ na obniżenie oprocentowania kont i lokat, z których Pan aktualnie korzysta….”.

– Mamy w domu taką naklejkę, jeszcze z czasów PRL-u. To jest telegram: „Zostań w domu. Stop. Czernienko głosuje za ciebie. Stop” – opowiada znajoma z Krakowa. – Mój trzydziestoletni syn mówi, że dopiero teraz zrozumiał jej sens.

Romska kobieta tą samą kolorową chustą zakrywa włosy na głowie i usta.

Uniwersytet odwołał wszystkie tegoroczne absolutoria.

 

28 kwietnia, wtorek

– Nienawidzę tych szmat, normalnie nienawidzę – słyszę na ulicy. – Mam syna lekarza i on mówi, że maseczka nic nie daje. To chodzi tylko o pięć stów mandatu.

Czarną farbą na ulicy Ratajczaka: „Orzeł w koronie, Polska w dupie!”.

– Nie ma rękawiczek? Tylko płyn? To wychodzę, ja tego cholerstwa nie używam – mówi klient w Dużym Benie.
– Miałem tysiąc sztuk rękawiczek, w pakietach po dwadzieścia – wyjaśnia sprzedawca. – I od razu poginęły. Klientów na pewno nie było tysiąc, kradli te rękawiczki i brali do domu.

– Ja już nie robię żadnych planów na przyszłość. Żadnych. Zostały mi tylko papierosy – mówi przez Skype’a znajoma aktorka i wypuszcza chmurę dymu.

 

29 kwietnia, środa

– Przepraszam, nie mam maseczki – tłumaczy się sąsiad na korytarzu i zasłania usta zgiętym przedramieniem. Nowy savoir-vivre.

Ogłoszenie na Facebooku: „PRACO!!! Wiem, że mnie szukasz, więc oto jestem! Matko pokory i szlachetności, przybywaj! Jestem do dyspozycji!”. Na fotografii młody mężczyzna z zawieszoną na szyi tabliczką „Wanted”. W komentarzach komplementy na temat urody i żarty.

– Przed wejściem do firmy wszyscy mierzymy sobie temperaturę. To znaczy mierzy nam sprzątaczka – opowiada znajomy. – Ale teraz nazywamy ją „doktor Jola”.

W wieczornym tramwaju połowa pasażerów bez maseczek.

 

30 kwietnia, czwartek

Rano na targowisku wszyscy w maseczkach.

– Cieszymy się, że nas nie zamknęli jak fryzjerów – opowiadają dziewczyny z „Salonu pielęgnacji psa”. – Jesteśmy zdrowe i możemy pracować!

„Choć majówka, która jest przed nami, nie zapowiada się szczególnie radośnie i słonecznie, życzę chwil spokoju i oddechu od codziennych wyzwań i kłopotów. Spacery do lasu są możliwe. Powodzenia” – pisze rektor.

– Nie męczy się pani tym krzyczeniem? – pytam sprzedawczynię w piekarni, która co chwila upomina klientów, by wchodzili do sklepu pojedynczo.
– Ja mam donośny głos i dużo mówię. I nawet to lubię.

W mailu czytam: „W tym roku majówka raczej przypomina domówkę. Czwórka przygotowała wiele znakomitych koncertów do słuchania w domu”.

 

1 maja, piątek

Puste ulice, opustoszałe parkingi.

– Od czasu do czasu robimy sobie ze znajomymi takie korona-party – objaśnia kolega z Kalisza. – W domu, każdy przed swoim komputerem, gadamy i popijamy sobie.

– Czasem spotykam się z nimi w parku – opowiada znajoma korepetytorka. – Wtedy ci maturzyści wypłakują mi się w ramię.

 

2 maja, sobota

W oknach flagi narodowe, na chodnikach foliowe rękawiczki. Wiatr.

– Siedzimy akurat we trójkę na imprezie. Po raz pierwszy od miesiąca wyszłam z domu. A wcześniej tylko home office i raz na tydzień do sklepu. Moi znajomi tak samo – opowiada koleżanka z Gdańska. – Wczoraj zajrzałam na swoje konto w OFE. W ciągu dwóch miesięcy wyparowało z niego dwanaście tysięcy złotych. Tak działa wirus.

„Nie pytaj o Polskę” na pierwszym miejscu Polskiego Topu Wszech Czasów w Programie Trzecim Polskiego Radia.

– Czułam się jak menel, naprawdę – śmieje się znajoma. – Pojechaliśmy do Wrocławia. Miasto puste, jeden smutek. Na rynku kupiliśmy gotowane pierogi i jedliśmy pod ścianą, po kryjomu prawie, jak menele.

Mail: „Nadchodzi szaleństwo zakupów. Rabat na cały asortyment”.

 

3 maja, niedziela

W mejlach kontynuacja: „Wystartowało szaleństwo zakupów”.

– Mąż znajomej jest policjantem. I ona ma teraz w domu prawdziwe wariactwo – mówi koleżanka. – Bo ten jej mąż bez przerwy się dezynfekuje i myje. Nawet zakupy kąpie.

– Jak wypłacali te trzynaste emerytury, to myślałem, że mnie szlag trafi. Takie rozdawnictwo w czasie pandemii, to przecież absurd! Przez dwie noce nie spałem i myślałem, jak ratować moją firmę. A teraz jeżdżę z torbą, jak diler narkotykowy, i zbieram od krawcowych zlecone maseczki. Duże firmy wciąż ich potrzebują. Na razie z tego żyję – opowiada kolega z Elbląga.

 

4 maja, poniedziałek

Ustronie Morskie. Dziewięć dzików na Promenadzie Satyry i Dobrego Humoru.

– Pracuje się ciężko. Trzeba zmieniać rękawiczki, bo inne do żywności, a inne do pieniędzy, trzeba też używać płynu i przez to wszystko trwa dłużej. I nie wiadomo, czy piętnaście metrów kwadratowych to jest na klienta, czy na obsługę też. Dlatego nie zatrudniam nikogo więcej, chociaż studenci siedzą w domach – mówi sprzedawczyni w Caffe Ambrozja. – Pracuję tutaj dziewiętnaście lat, ale czegoś takiego jeszcze nie było.

W południe plaża bez ludzi.

– Panie, takiej majówki to ja nie pamiętam, a mieszkam w Ustroniu od urodzenia! Turystów nie ma, nawet miejscowi się boją wychodzić – opowiada sprzedawca z wędzarni ryb „Szprot”. – Jak dwudziestego kwietnia otworzyli plaże, to przez pierwsze dwa dni prawie nikt z naszych tam nie poszedł. Ale będzie lepiej, na pewno. Jarek obiecał.

Na budynku Domu Kultury plakat „Kultura z wirusem: poniedziałek – słuchowisko, wtorek – film, środa – sztuka, czwartek – teatr, piątek – koncerty, sobota – rodzinne aktywności”.

W Lodziarni Pingwinek mężczyzna w skafandrze dezynfekuje wnętrze.

 

5 maja, wtorek

Z mejli: „Szkolenie on-line: paperless, czyli jak przetrwać Covid-19 bez papieru”; „Psychologowie i psychoterapeuci z UAM oferują bezpłatne wsparcie i konsultacje psychologiczne dla pracowników, doktorantów i studentów UAM oraz członków ich rodzin, którzy przeżywają trudne chwile, doświadczają osamotnienia, kryzysu emocjonalnego lub są zaniepokojeni zmianami w funkcjonowaniu rodziny. Prowadzimy także rozmowy w językach angielskim, rosyjskim i ukraińskim”.

– Sytuacja aktorów, którzy nie grają, jest okropna, dostają grosze. Naprawdę na dnie są ci, którzy w ogóle nie mają etatów. A jest ich wielu, bo przecież przez trzydzieści lat mówiono nam, że artysta musi być wolny, że etat mi niepotrzebny. Ostatnie dwa–trzy roczniki ludzi ze szkół teatralnych w ogóle nie myślały o etatach w zespołach, wszyscy chcieli do Warszawy – mówi znajomy szef teatru.

Afisz na drzwiach kościoła: „Transmisje przez Facebook: msze święte 12.15 i 17.00, nabożeństwo o 20.30”.