WK_PrzeciwCzechofilom

Dum-dum przeciw czechofilom

W drodze do pracy – tymczasowej, zaplanowanej zaledwie na tydzień, wymagającej jednak codziennego porannego wstawania i obwarowanej specjalnym kontraktem – a więc w drodze do miejsca tego tymczasowego zatrudnienia mijałem trzy punkty, które szybko połączyły się w mojej głowie w jedną, osobną od innych, opowieść. Były to dwie tablice komemoracyjne i jedna fontanna, także o charakterze upamiętniającym. Wszystkie dotyczyły twórców literatury.

Na ulicy Jaselskiej niemalże spoglądali na siebie z dwóch jej stron Robert Musil i Karel Čapek. Ten pierwszy z dwupiętrowej secesyjnej kamienicy pod numerem dziesięć, ten drugi spod piątki. „Tutaj wielki austriacki pisarz w latach 1891–1924 często przebywał u swoich rodziców, a w latach 1898–1901 studiował na brneńskiej uczelni technicznej”; „Tutaj w latach 1905–1907, podczas nauki w gimnazjum, żył Karel Čapek. Był to czas jego pierwszych kroków w literaturze” – informowały naścienne tablice, tyleż lapidarnie, ile pobudzając apetyt. Fontanna Skácela z kolei radośnie tryskała strużkami wody na Námĕsti Svobody. Na otaczających ją metalowych kręgach wyryto fragmenty jego wierszy. Paradoksalnie ogromne rozmiary obiektu sprawiły, że mało kto dostrzegał jego symboliczny wydźwięk. Nawet miejscowi, pytani o fontannę poświęconą poecie, unosili ze zdziwienia brwi.

Jak wspomniałem, mijałem te trzy punkty przynajmniej dwa razy dziennie, jeden po drugim. Na mocy owej repetycji wyodrębniły się one ze wszystkich innych miejsc, tworząc – przeciw czemu specjalnie się nie opierałem, przyznaję – pewną wizję. A właściwie rzecz biorąc, metaforę.

 

 

Na przekór wszystkim czechofilskim mirażom, wedle których literatura, czyli i kultura, i dusza i historia tego kraju, a wraz z nimi jego ludzi, składa się przede wszystkim z feldkuratów katzów, elewów kolejarskich hrmów, żon zarządców browarów, czułych barbarzyńców studiujących w piwnicach skarby zaklęte w makulaturze, amatorów śmiesznych miłości oraz myślicieli zatroskanych losem Europy Środkowej – otóż na przekór im wszystkim fundamenty czeskiej literatury zbudowane zostały z czegoś zupełnie innego.

Choć Čapek funkcjonuje u nas głównie jako literacki demiurg szczeniaka foksteriera Daszeńki, to w istocie mamy do czynienia z umysłowością absolutnie niepoślednią. Brneński gimnazjalista jako pierwszy stworzył i spopularyzował termin „robot”, który pojawił się w jego sztuce „R.U.R.” („Roboty Uniwersalne Rossuma”). W 1920 roku! Z pełną odpowiedzialnością należy go dzisiaj uznać za pioniera tak znaczącego gatunku, jakim jest fantastyka naukowa. I to już wystarczyłoby z naddatkiem dla uznania jego wielkości, Čapek wszelako nie poprzestał na tym: był twórcą krótkich historyjek detektywistycznych, pozostawił obrazoburczą „Księgę apokryfów”, parając się dodatkowo innymi formami prozatorskimi i felietonistyką (w której znajdziemy takie na przykład, jakże aktualne, myśli: „Regionalizm wzbogaca życie; separatyzm je zubaża”).

Skácel z kolei to przegapiony gigant XX-wiecznej poezji czeskiej. Z niepokojącym życiorysem jak na kogoś, kto odwoływał się do kształtów chmur, barw ptasich piór i chrzęstu lodu rozdeptywanego wczesną zimą przez dziecięce buty, jednocześnie był objęty „zapisem” przez czechosłowacką cenzurę, żył w samotności i chorobie, a w końcu umarł na dwa miesiące przed zaprzysiężeniem Havla na prezydenta. Wszyscy pracujący w duchu ekokrytyki czy animal studies mają w związku ze Skácelem nieodrobioną arcyważną lekcję. Co więcej, takie jego utwory, jak „Sto pięćdziesiąty sonet o wiośnie” czy „Sto pięćdziesiąty wiersz o jesieni” są nie tylko dowodem fascynacji Skácela – znajdziemy tam „ślimacze różki”, „gałąź głogu”, „wiatr liśćmi szeleszczący” – ale też na zawarte w nich głębokie pokłady nie ezopowego bynajmniej (pisał przecież do szuflady, dla siebie!) bólu. Egzystencjalnego cierpienia, związanego z przeczuciem przemijania i kryjącej się na nim nicości.

 

 

Co w tym gronie robi Musil? Syn Alfreda Musila i Herminy Bergauer, urodzony w Klagenfurcie (słoweńskim), kształcony na inżyniera w Brnie (morawskim), a zaliczany w poczet najwybitniejszych pisarzy austriackich? Uznajmy szybko, że na tej samej zasadzie, na której Praga posiada Franza Kafkę, Brno ma Roberta Musila. Pod brzmiącym mniej więcej tak właśnie tytułem zorganizowano w Morawskiej Regionalnej Bibliotece okolicznościową wystawę, dodając zapobiegawczo, że „Praga to wie, a Brno musi się dowiedzieć”. Upamiętniony tablicą na Jaselskiej jest Musil autorem słusznie kojarzonym w pierwszym rzędzie z „Człowiekiem bez właściwości”. Niedokończona, pisana przez kilkanaście lat. powieść, mająca być summą przemyśleń autora o współczesnym mu człowieku i rozpadającym się świecie, jest koronnym argumentem na rzecz uznania go za monsieur le vivisecteur, pana od wiwisekcji. Musil bezlitośnie punktuje „Cekanię”, ostoję zmurszałych reguł, analogon Austrii sprzed wybuchu I wojny światowej; próbując znaleźć ratunek przed zbliżającą się nieuchronnie zagładą, nie waha się przed zaangażowaniem w kazirodczą miłość. Bezpiecznego wyjścia z katastrofy jednak nie ma.

Wracam do tego, co napisałem wcześniej: na przekór czechofilskim mirażom, czeska literatura, sztuka, historia oraz dusza to Čapek, Skácel i Musil raczej niż łagodna satyra piwoszy i nostalgików. Czyli pionierska science fiction, poetycka ekokrytyka zaprzęgnięta do wozu egzystencjalnej rozpaczy i beznadziejna ucieczka z pułapki, jaką jest „Cekania”, a więc Europa Środkowa. Jak zaznaczyłem, codzienny spacer wzmacniał we mnie poczucie słuszności i siły tej metafory. Było to zarazem ożywcze, jak i kojące poczucie trafnego przemyślenia kwestii przez innych już spetryfikowanych i potraktowanych jako same przez się zrozumiałe. Z pomocą przyszła, na szczęście, sama literatura. A dokładnie wiersz Skácela (w przekładzie Michała Tabaczyńskiego) zatytułowany adekwatnie „Sztuka metafory”:

Naboje z naciętą okrywą
pociski dum-dum
są nazywane przez Chińczyków w ich obrazowym języku:

te które rozkwitają jak pąki.

Metafory kuszą słodką lekkością, owszem. Zwykle jednak wodzą na manowce uproszczeń – nowych, kolejnych, znów do odczarowania. Będę ich poszukiwał. Nie tylko podczas spacerów.

Co na tym sztandarze (oprócz szminki)?
18 lipca 2017

Co na tym sztandarze (oprócz szminki)?

Z okładki książki Anny Herbich „Dziewczyny z Solidarności” patrzy na nas poważna młoda kobieta w wielkich, „nietwarzowych” okularach, fioletowym golfiku pod niebieskim swetrem, makijażu naśladującym anemię, z papierosem w dłoni i gęstą fryzurą à la pod garnek...

Bez dotacji, bez złudzeń: jubileusz festiwalu Ethno Port
02 czerwca 2017

Bez dotacji, bez złudzeń: jubileusz festiwalu Ethno Port

Już prawie 20 lat minęło od momentu, kiedy Steven Feld, nowojorski antropolog i muzyk, ogłosił na łamach „Public Culture” swoją diatrybę na world music. Tekst zatytułowany „A Sweet Lullaby for World Music” pomyślany był jako demaskatorskie śledztwo dotyczące tego, w jaki sposób nowy, globalny gatunek muzyczny zawłaszczony został (a wpierw wymyślony i wypromowany) przez kapitalistyczną logikę rynkową...